Seriale TV

UGLY DELICIOUS. Street food na miarę la cuisine

Pizza, chińszczyzna i grill. Uniwersalna kuchnia narodów świata

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

UGLY DELICIOUS. Street food na miarę la cuisine

Gdy David Chang, twórca sieci restauracji Momofuku i gospodarz Ugly Delicious, zamawia do poważanej brooklyńskiej pizzerii placek od Domino’s Pizza, wiem, że to będzie dobre show – mimo że serial dokumentalny. Ramsay najchętniej wrzuciłby tę pizzę do niszczarki, uprzednio po niej poskakawszy. Gesslerowa wykonałaby efektowny rzut potrawą o kafelkową ścianę. Chang je, wchodzi na zaplecze sieciówki, a następnie towarzyszy w pracy dostawcy. Pyta jak dziecko: dlaczego?

Dystrybuowany przez Netfliksa Ugly Delicious uczy widza, jak jeść świadomie. Nie fit-srit i bezglutenowo, tylko z wiedzą na temat produktu i potrawy. W każdym odcinku Chang bierze na talerz jedno danie i dogłębnie je analizuje. Skąd produkty? Jak gotuje się je w restauracji, jak w McDonaldzie, a jak w barze przy ulicy? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Za przykład wezmę odcinek o krewetkach i langustach, w którym Chang odwiedza Houston i bada kuchnię viet cajun – potrawy mniejszości etnicznej Cajun (ludności wywodzącej się od francuskich osadników) podawane w restauracjach Wietnamczyków, przybyłych do USA po wojnie. Typowy amerykański miszmasz. Na tej opowieści akcja się nie kończy: Chang jedzie do Wietnamu, by w barze wietnamskiej Amerykanki spróbować amerykańskiego viet cajun, które serwuje ona hanojczykom – oczywiście w fuzji dostosowanej do miejscowej ludności. To jeszcze nie wszystko. Chang rozważa. Gdyby potrawy serwowane przez kobietę wróciły do Ameryki, jaki miks kulturowy zawierałyby w sobie? Nie można drążyć głębiej.

Ugly Delicious: street food to nie guilty pleasure

Podróże kulinarne to sprawdzony telewizyjny format, jednak dzięki dynamicznej i zróżnicowanej konstrukcji Ugly Delicious widz ma wrażenie, że ogląda program świeży, wręcz eksperymentalny. Lekcje historii zapewnione zostają przez materiały archiwalne i opowieści świadków, a wykłady z biologii (czym langusta różni się od krewetki?) podane są w atrakcyjnej, komiksowej formie. Montaż nie pozwala nam się nudzić – 55-minutowy odcinek dzieli się na urywki: 5 minut z Tokio, 5 z Kopenhagi, tu wstawka historyczna, tam półzbliżenie na filozofującego Changa. Godzina mija niepostrzeżenie. Na uwagę zasługują także świetne intra. W jednym z nich kamera z perspektywy kurczaka przybliża nam całą drogę jego istnienia: od zwierzęcia do przedmiotu konsumpcji.

Czy można jeść, nie znając bagażu kulturowego potrawy?

O wartości przygotowanego tak dużym nakładem pracy dokumentu świadczą według mnie nie tylko zdjęcia z całego świata, nie wygrzebane w archiwach materiały czy najbardziej zwariowane efekty wizualne. To mądrość i szczerość prowadzącego, który nigdy nie mówi o jedzeniu w oderwaniu od kultury.

Biali biorą się za kuchnię koreańską, wkurza mnie to. Teraz każdy podaje kimchi. Ale koledzy nie wytykali ich palcami, bo w ich domu cuchnęło. Nie doświadczyli tych emocji.

Takie komentarze otwierają oczy. A objaśnienie, dlaczego czarnoskórzy nawet dzisiaj stronią od jedzenia publicznie smażonych udek z kurczaka, uderzyło mnie bardziej niż Służące, Kamerdyner czy Zniewolony. 12 Years a Slave. Ugly Delicious zachowuje idealny balans między głębokimi rozważaniami (to wcale nie truizmy) a akcją prowadzoną w różnych zakątkach świata. Rozmowy ekspertów są nieprzegadane, nie tylko dla hobbystów. Prowadzone w tonie swobodnym, domowym, przy stole z codziennym jedzeniem.

Razi mnie jedynie zapraszanie do wspólnej konsumpcji gwiazd (Jimmy Kimmel, Aziz Ansari czy Steven Yeun z The Walking Dead), które z kulinariami niewiele mają wspólnego. Może to dobrzy znajomi Changa, a może nazwiska wystawione jako lep na muchy.

Czy Ugly Delicious to dokumentalny fast food? Jest wszak przystępny, zaprawiony ulepszaczami smakuje świetnie, a eksperckie analizy przyjmują w nim niezobowiązujący ton. Traktuję program jako idealny produkt popkulturowy, i jest to komplement. Edukacja poprzez rozrywkę lepsza jest niż żadna, a dla miłośnika kulinariów po wszelkich “masterchefach” to miła odmiana. Porównawczych studiów kulturowych nie dokonano dla potrzeb dokumentu ad hoc, zatem i kulturoznawcy mogą odkryć po programie nowe lądy. Tylko tytuł nietrafiony, bo wszystkie potrawy jedzone (spożywane naprawdę, nie tak jak w filmach) przez Changa i spółkę prezentują się bardzo dobrze.

Ostatnio dodane