Seriale TV

NAWIEDZONY DOM NA WZGÓRZU. Groza w odcinkach

W swych najlepszych momentach „Nawiedzony dom na wzgórzu” zmienia grozę spotkania z duchem w coś tragicznie doniosłego; w swych najgorszych metafizyka staje się pożywką dla rodzinnego melodramatu.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Filmografia Flanagana z każdym dziełem (wśród których znajdują się wspomniany już Oculus, skromny Hush o pojedynku głuchoniemej pisarki z psychopatą, stylowa, zrealizowana na modłę kina lat 70. Ouija: Narodziny zła oraz Gra Geralda na podstawie powieści Stephena Kinga) każe widzieć w nim coraz bardziej znaczącego autora ekranowej grozy. Nawiedzony dom na wzgórzu jest jego najlepszym do tej pory dokonaniem, w którym subtelność literackiego oryginału zostaje uzupełniona o efekty bardziej dosadne, nigdy nieidące w stronę szoku bądź obrzydzenia, lecz podkreślające dramat głównych bohaterów i wpisany w ich życie horror. Warsztatowy sznyt służy zaś czemuś więcej niż technicznemu popisowi, czego najlepszym dowodem jest odcinek szósty, sklejony z zaledwie kilku bardzo długich ujęć, których cięcia przenoszą widza między dwiema burzliwym nocami, jedną w przeszłości oraz drugą w teraźniejszości. Płynność i dynamika master shotów łączy rodzinę Crainów, zebranych w jednym miejscu, jako dzieci wspólnie radzących sobie z zagrożeniem, lecz w swych dorosłych wcieleniach odbijających się od siebie przy niemal każdym zetknięciu.

Również zmiany, jakich Flanagan dokonał względem książki, podyktowane są czysto praktycznymi powodami – u Jackson mamy zaledwie czwórkę głównych bohaterów, akcja rozgrywa się niemal w całości w Hill House, a fabuła podporządkowana jest eksperymentowi, który ma dowieść, czy dom rzeczywiście jest nawiedzony. Serial rezygnuje z naukowego podejścia, oferując widzom spektakl dużych emocji, rodzinny epos oraz medytację na temat zależności między życiem a śmiercią, tego, jak szybko myśl o tej drugiej gości w psychice dziecka oraz efekt tegoż, kiedy dorastamy. Pojawiają się tu również bohaterowie książki (Theo, Luke, Nell, Hugh Crain), zaskakująco wiernie odwzorowani, pomimo uczynienia z nich członków jednej rodziny. Jedynie doktor Montague, w powieści nadzorujący eksperyment, jest w serialu postacią zaledwie epizodyczną, choć równie bezmyślną. Gra go Russ Tamblyn, który pojawił się również w pierwszej ekranizacji Nawiedzonego domu, choć większość widzów będzie go kojarzyła z roli innego psychiatry, doktora Jacoby’ego z Miasteczka Twin Peaks.

Niemal cała obsada serialu jest zresztą wspaniała, ze szczególnym uwzględnieniem wcielającej się w rolę matki Carli Gugino oraz Henry’ego Thomasa i Timothy’ego Huttona, którzy grają ojca rodzeństwa na różnych planach czasowych. Pojawiają się tu twarze znane z poprzednich filmów Flanagana (Elizabeth Reaser, Kate Siegel, Lulu Wilson, Annabeth Gish), choć największe wrażenie robią kompletnie nieznani Victoria Pedretti i Oliver Jackson-Cohen jako dorośli Nell i Luke, być może dlatego, że ich bohaterowie są najtragiczniejszymi postaciami serialu. Dziecięca obsada sprawdza się znakomicie, a dzięki podobieństwom fizycznym (zwłaszcza Wilson i Reaser wyglądają, jakby rzeczywiście były jedną i tą samą osobą) i charakterologicznym nietrudno nam uwierzyć, kiedy widzimy na ekranie obie wersje tych samych postaci. Na osobną uwagę zasługuje Robert Longstreet, który jako dozorca, pan Dudley, zaledwie jedną sceną poraża zrozumieniem i niezgłębioną dobrocią swej postaci. I tylko grający starszego Stevena Michiel Huisman, tak dobry przecież w przerażającym Zaproszeniu Karyn Kusamy, wyraźnie ustępuje reszcie obsady, nie potrafiąc oddać gniewu i bezradności swojego bohatera w wiarygodny sposób.

Flanagan był o krok od nakręcenia wybitnej historii o duchach, czerpiącej tak z klasyki, jak i nowoczesnego odczytania motywu nawiedzonego domu, ale wyraźnie zwolnił na ostatniej prostej.

Im bliżej finału, tym horror uderza mocniej w ckliwe tony. Jest to oczywiście konsekwencją zmiany polegającej na uczynieniu bohaterami rodziny, nie zaś nieznanych sobie ludzi, jak to miało miejsce w książce. Rozum przegrywa nie z szaleństwem i schizofreniczną naturą domu, lecz z sercem, czyniąc z zakończenia niezwykle katartyczne doświadczenie, acz pozbawione już strachu. Również nawiedzona posiadłość, choć przecież zła sama w sobie, zmieniająca kochających ludzi w potwory, staje się miejscem, które musi ukorzyć się przed siłą miłości. Flanagan był o krok od nakręcenia wybitnej historii o duchach, czerpiącej tak z klasyki, jak i nowoczesnego odczytania motywu nawiedzonego domu (w serialu znaleźć można ślady surrealistycznej grozy japońskiego Ju-on, a odcinek, w którym młodszy Hugh Crain stara się naprawić szkody po burzy, przynosi skojarzenia z Dziewiątą sesją), ale wyraźnie zwolnił na ostatniej prostej. Finałowe odcinki nie mają już tej siły, co pierwsze, a zwłaszcza środkowe epizody, przerażające w swym tragizmie, atmosferze żałoby oraz niepowetowanej straty. Te zostały zastąpione nadzieją, sprowadzając metafizyczny niepokój do poziomu rodzinnego melodramatu.

Mimo to Nawiedzony dom na wzgórzu jest jednym z najlepszych horrorów tego roku, przypominającym, że bardziej niż spotkania z duchami powinniśmy bać się, że żywych zaczniemy traktować jak nic nieznaczące byty. Flanagan, mocniej niż Jackson, wierzy w człowieka, choć podobnie jak ona nie daje większych szans pojedynczej jednostce w zetknięciu z nieznanym. Oprzeć się złu możemy, rozpoznając i akceptując własne błędy, prosząc o pomoc drugą osobę i to wsparcie otrzymując. Konkluzja pobrzmiewa fałszem głównie dlatego, że przynosi rozwiązanie tam, gdzie nie powinno ono być w ogóle możliwe. Jak słyszymy na początku i końcu serialu (a są to słowa wzięte bezpośrednio z książki), dom jest niepoczytalny; czy możemy zatem wierzyć w jakiekolwiek rozstrzygnięcie, jakie rzekomo oferuje?

Ostatnio dodane