search
REKLAMA
Seriale TV

KSIĘGA CZAROWNIC – SEZON 2. Kiedy przyzwoity serial zamienia się w katastrofę

Gracja Grzegorczyk

3 lutego 2021

REKLAMA

Kiedy dowiedziałam się, że na HBO wyszedł drugi sezon serialu Księga czarownic, serialowej adaptacji cyklu powieściowego Księga Wszystkich Dusz bardzo się ucieszyłam. Pierwsza odsłona nie była ekranizacją idealną, ale oglądało się ją z dużą ciekawością i przyjemnością. Nie mogłam zatem się doczekać, kiedy moja guilty pleasure roku 2020 wróci na ekrany. Niestety, mimo dobrych chęci, wraz z drugim sezonem serial niebezpiecznie zbliża się do upadku, pokazując, że historia o demonach, czarownicach i wampirach może być po prostu nudna.

Nasi bohaterowie, uciekając przed pewną śmiercią, trafią do elżbietańskiego Londynu, gdzie Diana będzie próbowała nauczyć się władać magią, zaś Matthew rozpocznie poszukiwania Księgi Życia. Niestety sprawy zaczną się komplikować, kiedy okaże się, iż członek rodu de Clairmont musi wrócić do swoich zadań z przeszłości, czyli torturowania wrogów Korony. Zmiana epoki i otoczenia sprawia, że nasi bohaterowie coraz częściej stają naprzeciw siebie, broniąc swoich racji, a ich związek zdaje się zmierzać ku nieuchronnej katastrofie.

Bardzo chciałam polubić drugą odsłonę serii, jednak wszystko zdawało się stawać temu na drodze. Kilka razy złapałam się na tym, że urywki z teraźniejszości, historia ciotek czarownic czy wątek wampirzego syna Matthew wciągały mnie dużo bardziej niż przygody naszej pary, a to już o czymś świadczy. Dodatkowo sam wątek podróży w czasie, który można było przygotować na tysiąc różnych sposobów, zdaje się iść na łatwiznę i po prostu nuży. Zresztą bohaterka na każdym kroku rozpowiada wszystkim, że jest podróżniczką w czasie, więc wszelkie animozje, zgrzyty i potencjalne ciekawe wątki nie dochodzą do głosu, bo wszyscy wiedzą, że bohaterowie przybyli z przyszłości. Jedyne, co nam zostaje, to zwiedzanie elżbietańskiego Londynu, ale nawet to z czasem staje się nudne i wtórne.

Jeżeli chodzi o aktorstwo, to niestety również jest słabo. To, co wywoływało uśmiech w pierwszym sezonie, tym razem męczy. Nawet występy tak dobrych aktorów jak Matthew Goode są drewniane i pozbawione życia. Czasami miałam wrażenie, że reżyser specjalnie kazał mu nie grać, by nikt z jego towarzyszy nie wypadł źle. Na plus należy zaliczyć grę Alex Kingston, która jest klasą samą w sobie. Ale większość kreacji ociera się o autoparodię. To, co w pierwszym sezonie bawiło i sprawiało dużo frajdy, w tym nuży i przyprawia o wrażenie, iż aktorzy męczą się, wypowiadając kolejne bezsensowne kwestie.

Najbardziej irytowało mnie jednak sprowadzenie relacji głównych bohaterów do banału. Oglądając tego typu seriale, zawsze powtarzam, że gdyby postacie uwikłane w związek usiadły i szczerze porozmawiały, moglibyśmy uniknąć szeregu jakże bezsensownych nieporozumień. Tak też jest w tym przypadku, bo przecież zarówno Matthew, jak i Diana muszą za każdym razem unieść się dumą albo działać w tajemnicy przed drugą osobą. Dochodzi przez to do absurdalnych wręcz sytuacji, których łatwo można by uniknąć. Cała ta zabawa w kotka i myszkę wcale nie wprowadza ich relacji na nowe tory – każda przeszkoda to tylko chwilowe nieporozumienie, które nie wnosi nic do fabuły.

Trzeba także zwrócić uwagę na to, że twórcy nie do końca stosują się do wytyczonych przez siebie założeń dotyczących magii i podróży w czasie. To, co w pierwszym sezonie powtarzano jak mantrę, w drugim jest całkowicie ignorowane przez bohaterów. Dianę cały czas pokazuje się jako czarownicę o ogromnej mocy, która panuje nad żywiołami, a tutaj nie potrafi ona praktycznie nic. Kiedy już zaczyna się szkolić, to okazuje się, że jej moce są zupełnie inne niż początkowo. Pod koniec pierwszego sezonu ot tak, po prostu, przenosi siebie i Matthew do przeszłości, a teraz nie może wrócić, bo nie ma przeszkolenia. Coś twórcy za bardzo w tej materii kombinują.

Nowa odsłona Księgi czarownic wypada ledwo poprawnie i bardzo rozczarowująco. Na ekranie zamiast pewnej naiwnej lekkości znanej z pierwszego sezonu króluje telenowelowa nuda – guilty pleasure dla kobiet zostaje zastąpiona przez Modę na sukces w wersji fantasy. Szereg interesujących wątków zepchnięto na trzeci plan, podczas gdy mało zajmujące poczynania głównych bohaterów rozłożono na aż 10 odcinków. Drugi sezon nie porwał mnie w ogóle. Mimo to nieśmiało czekam na kolejną odsłonę serii, bo mam jeszcze cichą nadzieję, że teraźniejszość może przynieść coś ciekawszego niż przeszłość.

Avatar

Gracja Grzegorczyk

Chociaż docenia żelazny kanon kina, bardziej interesuje go poszukiwanie takich filmów, które są już niepopularne i zapomniane.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA