Seriale TV

I THINK YOU SHOULD LEAVE WITH TIM ROBINSON. Żenująco śmieszny serial

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Byliście kiedyś w sytuacji, w której wracacie do domu po ciężkim, dwunastogodzinnym dniu pracy, macie ochotę tylko wziąć prysznic i położyć się spać, ale okazuje się, że wasza dziewczyna znalazła na Netfliksie jakiś nowy komediowy serial, którego w ogóle nie chce wam się oglądać, ale zaczynacie zerkać jednym okiem, żeby nie wyjść na dupka, po czym czujecie olbrzymie zażenowanie, bo serial przedstawia sytuację tak chorą i dziwaczną, że czujecie wstyd za jego bohaterów, ale im dalej brniecie w ten seans, tym bardziej śmieszą was te żenujące scenki, a nawet zauważacie, że macie ochotę na więcej, więc szykujecie kilo popcornu i siedzicie dwie godziny w środku nocy, by obejrzeć wszystkie dostępne odcinki, a po zakończeniu żałujecie, że nie ma tego więcej? Byliście kiedyś w takiej sytuacji? Bo ja nie. To znaczy – do zeszłej soboty.

W gąszczu seriali komediowych, sitcomów, programów satyrycznych, kanałów youtube’owych, stand-uperów, kabaretów i innych form humorystycznych moimi typami są zwykle rzeczy przypadkowe. Przypadkiem trafiam na coś, co ma dobrą ocenę – daję szansę. Rzadko przywiązuję się do konkretnego wykonawcy na dłużej. Próbowałem wciągać się w seriale – poza Biurem do żadnego nie zapałałem głębszym uczuciem. Jestem świadomy istnienia wielu talentów, ale… po prostu nie mam dla nich czasu. A jednak, zdarzył się taki Tim Robinson, który po kilku chwilach kupił mnie swoim humorem. Nie słyszałem o nim wcześniej, chociaż gdzieś mignął mi współtworzony przez niego serial The Detroiters, a on sam znany był także za sprawą występów w Saturday Night Live. W każdym razie Robinson dostał od Netfliksa szansę zrealizowania swojego autorskiego projektu. Do spółki z Zachem Kaninem i Johnem Solomonem (cała trójka ma na swoich kontach nominacje do Emmy oraz nagród Amerykańskiej Gildii Scenarzystów) napisał sześć krótkich odcinków wypełnionych dłuższymi i krótszymi skeczami. Motywem przewodnim całości jest tytułowe „wyjście”, czyli doprowadzenie do sytuacji, w której ofiara żartów – czy to bohater serialu, czy też sam widz – ma ochotę jak najprędzej wydostać się z niekomfortowej sytuacji.

Robinson, Kanin i Solomon mają ważną umiejętność: potrafią w kilku słowach i kilku gestach zarysować ciekawe, żywe, wiarygodne postacie. Trzy „psiapsiółki” jedzące razem lunch, denerwujący snob muzyczny traktujący wszystkich z góry, wredna żona ośmieszonego męża czy goście na urodzinowym przyjęciu nieszczerego jubilata – niezależnie od tego, czy padają ofiarami okrutnych sytuacji, czy też są ich prowodyrami, wszyscy bohaterowie od razu dają się zidentyfikować i dopasować do pewnych klas, charakterów, grup społecznych – okej, czasem także stereotypów, ale mamy w końcu do czynienia ze scenkami po maksymalnie trzy-cztery minuty. Widz jest rzucany ze skeczu w skecz i musi szybko odnaleźć się w nowej scenie. Wiarygodne postacie i naturalne reakcje na niektóre wydarzenia zostają skontrastowane z absurdalnymi, cringe’owymi, niezręcznymi, żenującymi wybuchami. Tutaj kreatywność scenarzystów zdaje się nie mieć limitów. Nie oszczędzają nikogo, nie biorą jeńców. Każdy ma szansę zostać postawionym pod ścianą i paść ofiarą niesmacznych dowcipów. Często ma się ochotę odwracać głowę, a jeszcze częściej – po prostu wyjść, co jest chyba najlepszym miernikiem zrealizowania przewodniej idei.

Gwiazdą całości jest Tim Robinson, przeciętny everyman pozbawiony wyczucia sytuacyjnego. Jego twarz wydaje się niezmącona refleksją i idealnie pasuje do tonu całości. Część humoru polega na oczywistości puenty, której można domyślić się w połowie żartu, ale i tak się na nią czeka. W tego typu skeczach Tim sprawdza się idealnie – można przewidzieć jego reakcję i z góry założyć, że nie uda mu się wyjść z sytuacji z obronną ręką. Nie ukrywam – miałem dziką satysfakcję z oglądania postaci brnących w czarną dziurę. Może ma to coś wspólnego z faktem, że chwilami się z nimi identyfikowałem. Mocną stroną serialu są także malutkie epizody takich gwiazd jak Will Forte, Steven Yeun czy Andy Samberg. Niestety, nie wszystkie skecze trzymają wysoki poziom, ale mniej więcej połowa serialu jest błyskotliwa, a mniej więcej druga połowa – po prostu zabawna. Jest też kilka zupełnie niewinnych skeczy, które nawet jeśli nie pasują do całości, to znakomicie sprawdzają się w roli przerywników. Truizmem byłoby stwierdzenie, że nie jest to humor dla każdego, bo czy też w ogóle istnieje taki humor, który zadowoli wszystkich bez wyjątku? Ja wiem na pewno – I Think You Should Leave with Tim Robinson to mój typ humoru i nie pogardzę drugim sezonem, o ile Netflix się na niego zdecyduje.

Ostatnio dodane