Seriale TV

HIGH SCORE. Historia gier wideo w kolorach tęczy

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Dla tych, którzy niespecjalnie kojarzą tytuł – High Score to świeżutki serial dokumentalny produkcji Netflixa opowiadający o początkach branży gier wideo. W sześciu odcinkach mamy zatem okazję poznać kulisy powstawania najbardziej rozpoznawalnych marek, a także przybliżyć sobie profile zarówno tych, którzy gry tworzyli, jak i tych, którzy namiętnie w nie grali. I co się dowiadujemy? A między innymi to, że gry projektowali czarni, geje i transseksualiści. Lamenty się rzecz jasna podniosły dość głośne, przez co od pewnego czasu w kontekście serialu da się w sieci jedynie wyczytać zarzuty, że jest kolejnym przejawem propagandy LGBT. Postaram się jednak spojrzeć na to nieco szerszym okiem, by odpowiedzieć na pytanie, czy naprawdę stanowi to tak rażący problem.

Podszedłem do serialu z dużym luzem. Oczekiwałem po prostu mile spędzonego czasu, podszytego nostalgią za tym, co bezpowrotnie minęło – dzieciństwem. Wiedza to jedno, ale chyba najbardziej chciałem powspominać. Na łamach portalu nie raz mieliście bowiem okazję dowiedzieć się tego, że prócz oglądania filmów nie mniej radości dają mi gry wideo. Zawsze widziałem w nich bowiem doskonalszą formę eskapizmu. Podczas gdy książki, komiksy i filmy, zachęcając mnie do uczestniczenia w przygodzie, pozwalają mi jedynie zachować bierność, gry idą o krok dalej, mnie samego czyniąc bohaterem opowieści. Fascynująca to odskocznia, charakteryzująca się pełną interaktywnością świata przedstawionego. Walki, akcje, przygody, zagadki – w grze nie ma rzeczy niemożliwych. Jak tego nie kochać?

W High Score czuć tę miłość. W celu uniknięcia typowego dla dokumentów wrażenia „gadających głów” twórcy uzupełnili serial licznymi 8-bitowymi animacjami, mającymi odwoływać się do estetyki gier i jednocześnie tworzyć atrakcyjny klimat dla historii ukazanej w serialu. Efekt ten dociera do nas już na etapie czołówki, która jest skromnym mistrzostwem tego przedsięwzięcia. Co się zaś tyczy samego scenariusza, to bodaj największą jego zaletą jest to, że został podzielony na czytelne segmenty. Te sześć odcinków serialu rzecz jasna nie wyczerpuje historii gier, ale oddaje jej sedno. Odbywa się to za sprawą nakreślenia konfliktu takich gigantów jak Nintendo i Sega oraz ukazania procesu, jaki gry przeszły od infantylnej zabawy dla dzieciaków po krwawą, mroczną i etycznie niejednoznaczną rozrywkę dla młodzieży i dorosłych.

To przykłady jednak najlepiej oddają konkretne miejsca w historii. Dlatego począwszy od Pac-Mana, Mario i Sonica, przez Final Fantasy i Mortal Kombat, aż do Dooma skaczemy z 2D do 3D, z kolorków w mrok. Tak barwnie nakreślona została droga utorowana technologicznymi przełomami. Niejednokrotnie można odnieść wrażenie, że popularność gier inspirowała twórców do poszukiwania nowych, konkurencyjnych sposobów na to, by dać graczom coś świeżego, coś, czego jeszcze nie uświadczyli – vide powołanie pierwszych gier sportowych. Zasada ta obowiązuje do dzisiaj – twórcy od lat prześcigają się w dostarczaniu odbiorcom jak najlepszej grafiki, w prostej linii prowadząc nas do epoki fotorealizmu. Autorzy High Score dla prawdziwego wyjadacza gier nie odkrywają jednak wiedzy nieznanej. Nie znajdziemy zatem w produkcji niczego, czego wcześniej nie przeczytaliśmy w numerze „Secret Service”. Serial adresowany jest bardziej dla tzw. casuali, czyli niedzielnych graczy, którzy chcieliby po prostu uzupełnić swoją wiedzę o niezbędne ciekawostki.

Serial ogląda się bardzo przyjemnie, chociażby dzięki możliwości wysłuchania tego, co takiego mają do powiedzenia zarówno twórcy gier, jak i ci, którzy bez grania żyć nie mogą.

Nie zmienia to jednak faktu, że serial ogląda się bardzo przyjemnie, chociażby dzięki możliwości wysłuchania tego, co takiego mają do powiedzenia zarówno twórcy gier, jak i ci, którzy bez grania żyć nie mogą. I mnóstwo w tym autentycznej miłości do medium, które łącząc tradycje innych sztuk kultury popularnej, dostarczyło odbiorcom całkowicie nową jakość. Co więc z tymi nieszczęsnymi gejami wciśniętymi do serialu na siłę? Po części zarzuty te rozumiem. Podczas formułowania tezy, że twórcy gier mają kolor tęczy, autorzy serialu zapomnieli o tym, że te kilka osób musiało przecież współpracować, a jeszcze częściej polegać na osobach, które już do mniejszości nie należą. Dlaczego więc wydobyto z odmętów historii akurat twórcę pierwszej gejowskiej gry, która na domiar złego została zagubiona? Czy jest to fakt na tyle istotny w kontekście dziejów gier, że niezbędnym było umieszczenie go w scenariuszu? Mam nieodparte wrażenie, że to nie tyle jest tak, że historia gier napisana została przez gejów, ale to interes gejów został na tyle mocno uwypuklony, by wyglądało, jak bardzo jest on z historią gier związany. Innymi słowy – narracja z lekka nagięta pod tezę.

Zaskoczę was jednak, ponieważ nie uważam tego w ogólnym rozrachunku za coś, co mogłoby mi utrudnić seans High Score. Historia twórcy gejowskiej gry wygląda co prawda idiotycznie, ale zarówno ona, jak i kilka innych wstawek tego rodzaju zaskakująco dobrze współgrają z nadrzędnym przesłaniem tej produkcji. A to brzmi silnie i uniwersalnie, gdyż wskazuje, iż nadrzędnym atutem gier jest możliwość wejścia w przestrzeń, w której przyjmując nową tożsamość, możemy przeżyć swój los znacznie lepiej, niż odbywa się to w rzeczywistości. Uwaga – w wirtualnym świecie nie ma miejsca na słabości, nie ma miejsca na dyskryminację. Tu każdy może okazać się zwycięzcą. I to jest właśnie w grach takie piękne.

Ostatnio dodane