Seriale TV

GHOST IN THE SHELL: SAC_2045. Udany powrót znanej marki science fiction

Duch pozostaje ten sam.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Takie rzeczy tylko w Japonii

Ghost in the Shell wraca, ale w świeży i nietypowy dla siebie sposób. Zmienia się tonacja, zmienia się problematyka. Duch pozostaje ten sam. I dobrze. Bo tym zmęczonym patosem daje oddech, a tym przywiązanym do tradycji gatunku daje satysfakcję.

Oglądając czołówkę serialu Ghost in the Shell: SAC 2045, można odnieść wrażenie, że gdzieś się ją już widziało.

Wytrawny sympatyk fantastyki naukowej dostrzeże różnice między SF japońskim a tym tworzonym przez kulturę Zachodu. Japończycy zdają się być w sposobie myślenia i stawianych wnioskach o krok dalej. Jako że kulturowo są znacznie bardziej zaznajomieni z nowymi technologiami, zdołali się z nimi obyć, przez co w swych wizjach znacznie odważniej podchodzą do tematu sztucznej inteligencji. Podczas gdy Zachód tkwi w marazmie schematów, w kółko opowiadając praktycznie tę samą historię o robocie buntującym się przeciw swemu stwórcy, Japończycy zdołali już owego robota poskromić, niejako wyciszyć ucieleśniany przez niego strach i dojść do zgoła innych konkluzji.

Oglądając czołówkę serialu Ghost in the Shell: SAC_2045, można odnieść wrażenie, że gdzieś się ją już widziało. Nie mam jednak na myśli poprzednich odsłon tytułów z uniwersum japońskiego anime, których czołówki są ich wizytówkami. Pieczołowicie ukazany proces tworzenia syntetycznego ciała, a dokładniej głównej bohaterki, przypomniał mi bowiem o Westworld. Bodaj najgłośniejszy serial science fiction ostatnich lat każdorazowo zaczyna się dokładnie w ten sam sposób. Różnica między najnowszym GitS a Westworld leży jednak… w podkładzie muzycznym. Podczas gdy produkcja HBO podniosłym brzmieniem daje widzowi do zrozumienia, jak poważnie należy do niej podchodzić, w nowym Ghost in the Shell postawiono na zaskoczenie wplatając w czołówkę dźwięczny i żywiołowy kawałek „Fly with Me” zespołu Millenium Parade. Zresztą zobaczcie i posłuchajcie sami:

Po tym nieco przydługawym wstępie przechodzę do sedna. Wywołałem czołówkę serialu nie bez powodu. Myślę, że stanowi ona kwintesencję tego, co osiągnął nowy Ghost in the Shell, a czym zachodnie SF po prostu nie potrafi. Mam na myśli bycie czymś mądrym, przyciągającym uwagę, estetycznym, mającym określoną wagę ideową przy jednoczesnym byciu czymś konkretnym, niezobowiązującym, pociesznym i po prostu przyjemnym. Męczą mnie powoli wizje fantastyki naukowej przekazywane w taki sposób, jakby odkrywano Amerykę, podczas gdy nie ma w nich dosłownie niczego odkrywczego, gdyż powtarzane są w nich komunały pamiętające jeszcze czasy Isaaca Asimova. Natomiast Ghost in the Shell: SAC_2045 idzie w zupełnie innym kierunku. Tworzy wciągającą przestrzeń dla przygody odbywającej się w cybernetycznym świecie, w którym każdy bohater ma już technologię wpisaną w swoje DNA. Nie trzeba tu już tracić czasu na męczące ekspozycje świata przedstawionego, tłumaczenie zagrożenia, kreślenie stanu rzeczy. Przyszłość dzieje się właśnie teraz, na naszych oczach, pora pójść o krok dalej.

Tą dojrzałość widać już na wstępnym etapie, podczas wprowadzania widza w fabułę. Akcja przenosi nas do roku 2045 (czyli lata po wydarzeniach oryginalnego filmu Ghost in the Shell, ale także lata po tym, co działo się w serialu Stand Alone Complex, do którego nowa produkcja nawiązuje). Byli członkowie Sekcji 9 to dziś najlepsi w swym fachu najemnicy. Działają w wyjątkowych okolicznościach, podczas trwania tak zwanej „zrównoważonej wojny” – stanu konfliktu, który permanentnie podtrzymywany stanowi remedium na kryzys gospodarczy. Jest on także stanem uśpienia, oddalającym zagrożenie ze strony sztucznej inteligencji. Efektem ubocznym tego procesu jest pojawienie się „postludzi” – żywych przykładów transhumanizmu, jednostek ludzkich w sposób dalece niekontrolowany usprawnionych dzięki technologii. W zdefiniowaniu  przeciwstawieniu się nowemu zagrożeniu pomaga nie kto inny jak major Motoko Kusanagi.

Świetnie się nowy GitS ogląda, bo od początku daje on widzowi do zrozumienia, że marka nie zatraciła swego ducha. W pierwszej chwili, na etapie zwiastuna, miałem problem z nową kreską, a w zasadzie – animacją. Odniosłem wrażenie, że zamiast klasycznej mangi wchodzi ona bardziej w stylistykę gier komputerowych. Później jednak zdałem sobie sprawę z tego, że był to zabieg celowy. SAC_2045 to twór niesamowicie dynamiczny. Konkretne, mięsiste dialogi przeplatają się tu z nie mniej dosadnymi scenami akcji. Odcinki są krótkie, trwają nie więcej niż 25 minut, dlatego zwykle nie ma tu czasu na nudę. Ta intensywna przygoda w posthumanistycznym świecie pozwala sobie jednak na krótkie, dość zaskakujące momenty przestoju, dające czas do namysłu.

Poświęciłem temu wstęp, więc wrócę do tego na zakończenie. Czasem nie jest ważne, co się mówi, tylko jak to się robi. GitS ani przez chwilę nie daje do zrozumienia, że chce czegoś widzów nauczyć, przekazać jakąś wiedzę tajemną o przyszłych losach ludzkości. Daleko mu do moralitetu – tę część odhaczył już filmowy Ghost in the Shell oraz jego znacznie bardziej filozoficzny sequel pod tytułem Niewinność. Ewidentnie da się wyczuć, że twórcy skoncentrowali są tym razem na tym, by po prostu dostarczyć swym fanom dobrej zabawy. Przy udziale błyskotliwej treści, wartkiej akcji i fajnych bohaterów – to wystarczyło. Najważniejsze, że jako całość jest to niegłupie, że nikt tu nie przynudza sztampą. W wątku poświęconym postludziom kryje się bardzo nieprzyjemne odbicie nas samych – chylących się ku upadkowi jednostek, którym technologia przestaje już tylko zagrażać, a które zaczyna więzić. Ale nie trzeba dochodzić do takich wniosków. Można po prostu popatrzeć na fikuśne ruchy pani major, czyniącej w bójce cuda, i puścić do niej oko.

Ostatnio dodane