Seriale TV

DZIEWCZYNY NAD WYRAZ. “Seks w wielkim mieście” dla nastolatek

Guilty pleasure. Brak głębi na rzecz warstwy wierzchniej.

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

Pamiętacie Seks w wielkim mieście? Serial swego czasu odważny, przełomowy, świeży, a przy tym niezwykle lekkostrawny. Dziewczyny nad wyraz, luźno inspirowane historią słynnej redaktor naczelnej magazynu “Cosmopolitan” Joanny Coles, twórczyni Sarah Watson oparła na podobnym schemacie. Trzy kobiety w trzeciej dekadzie życia pracują dla globalnego kobiecego tytułu. Interesują je “imprezy, chłopaki i ogólnie takie, takie…”.

Infantylizuję, bo cholernie zazdroszczę Jane Sloan (Katie Stevens, znana z serialu MTV Faking It), Kat Edison (Aisha Dee) i Sutton Brady (Meghann Fahy, w Samej przeciw wszystkim wcieliła się w epizodyczną rolę Clary Thomson) życia, w którym problemy zdaje się rozwiązywać magiczna różdżka. Poza tym są ładne, przebojowe, zawsze świetnie wystylizowane, na obiecujących stanowiskach, a faceci (i kobiety) ustawiają się do nich w kolejce. Do tego mieszkają w Nowym Jorku, ukazanym jako miasto na wskroś romantyczne, obfitujące w wydarzenia artystyczne. Ba, zdaje się, że dla głównych bohaterek nie ma wieczoru bez imprezy!

Najlepsze przyjaciółki pracują w “Scarlet”, wziętym tytule dla nowoczesnych kobiet. Jane pisze artykuły, Kat zajmuje się mediami społecznościowymi, a Sutton pomaga w dziale modowym. Gdzie w tym wszystkim wspomniany we wstępie “Cosmopolitan”? Redaktor naczelna “Scarlet”, Jacqueline Carlyle (Melora Hardin to ekranowe wcielenie Joanny Coles), to osoba, która rządzi twardą ręką, a jednocześnie za każdym ze swoich pracowników staje murem. Przestrzeń biurowa “Scarlet” z całym zamieszaniem, ale i wzajemną serdecznością, stanowi wzór redakcji idealnej, dla wielu drugi dom.

Część krytyczną zacznę więc od pochwały: jeśli chodzi o ukazanie pracy zespołu popularnego magazynu, widz otrzymuje rzetelny obraz zza kulis.

Serial ma misję społeczną, ulokowaną tu na zasadzie drugiego dna. Redaktorki “Scarlet” swoimi działaniami i tekstami angażują się w kampanie edukacyjne dotyczące m.in. regularnego badania piersi, używania przyjaznych środowisku kubeczków menstruacyjnych, akceptacji swojego ciała czy asertywności w miejscu pracy. Z drugiej strony, Dziewczyny nad wyraz informują widzów (założę się, że 90% spośród nich reprezentuje płeć żeńską) o trendach, które w naszym kraju dopiero raczkują, i problemach, z których istnienia ja jako kobieta nawet nie zdawałam sobie sprawy.

Serial amerykańskiego kanału Freeform (niegdyś ABC Family) ukazuje problemy bezproblemowo. Ważne tematy pomykają tutaj w szpilkach, wymalowane szminką w odcieniu 051, na spotkania w “trendującej” nowojorskiej sokarni lub ploteczki w redakcyjnej garderobie, wypełnionej strojami od projektantów. Piękne aktorki grają dziewczyny, które grają. Są zawsze błyskotliwe, odważne, w dodatku mówią hasztagami. Piją tequilę na śniadanie i wszystkie posiłki jedzą na mieście. Kto tak robi? Dziewczynom nad wyraz brak głębi na rzecz przesadnie rozbudowanej warstwy wierzchniej. To dynamiczna akcja, która nie zwalnia, bo wtedy nie zostałoby nic.

Jestem jednak ostatnią osobą, która będzie pastwić się nad dobrym guilty pleasure, dlatego lojalnie uprzedzam.

Dziewczyny nad wyraz to serial:

  • tak odległy od realiów, że można by mu przypisać gatunek science fiction;
  • zbudowany wokół znanych klisz, takich jak romans z członkiem zarządu, muzułmańską lesbijską artystką, kolegą z pracy, itd.;
  • typowo babski, pełen pisków, plotek i roztrząsania każdej sytuacji;
  • osadzony częściowo w wirtualnej rzeczywistości. Każdy tu tweetuje, transmituje i puszcza snapy.

Czy nie szkoda czasu na produkcję, którą oceniam na ledwie 6 “gwiazdek”? By docenić arcydzieło, trzeba przyjąć słuszną dawkę dzieł przeciętnych. Kogo ja oszukuję? Oglądam, ponieważ Dziewczyny nad wyraz relaksują jak lampka dobrego szampana (i nowy numer Cosmo #GirlPower). A zaraz po seansie w Showmaksie lecę na Triera lub Andersona, tak dla równowagi.

Ostatnio dodane