Seriale TV

Drugi sezon SANTA CLARITA DIET. Neonaziści, małże i perfekcyjna pani zombie

Od tego krwawego smakołyku wprost trudno się oderwać. Dziesięć epizodów jest jak dziesięć przekąsek, które zamiast nasycić, wzmagają apetyt.

Autor: Karolina Nos-Cybelius
opublikowano

Wyprodukowany przez Neflix serial wraca na ekrany. Rodzina Hammondów z Sheilą (Drew Barrymore) na czele ponownie rusza na polowanie. W ich lodówkach, zamiast truskawek i bitej śmietany, ludzkie szczątki. Nerki, piętki, paluszki… Czy kontynuacja opowieści o półżywej perfekcyjnej pani domu z amerykańskich przedmieść jest równie smakowita i makabryczna, jak dziesięć odcinków, które mieliśmy okazję zobaczyć przed rokiem?

Kontynuacja entuzjastycznie przyjętego przez widzów serialu (recenzja pierwszego sezonu TUTAJ) jest bezpośrednim nawiązaniem do wątków z pierwszej odsłony. Pamiętamy doskonale, że w ostatnim odcinku scenarzyści Santa Clarita Diet zamknęli Sheilę w ciemnej piwnicy, ponieważ stała się nieobliczalna i zaczęła zagrażać bliskim. Jej nastoletnia córka, Abby (Liv Hewson), i ciamajdowaty, ale bardzo inteligenty rówieśnik dziewczyny, Eric (Skyler Gisondo), usiłowali w pośpiechu spreparować serum, które powstrzyma metamorfozę ciała i degradację osobowości kobiety, której serce nagle przestało bić… Pięciogodzinny maraton serialu zaczynamy dokładnie w tym samym momencie, w którym skończyliśmy. Nie będzie wielkim spoilerem, jeśli zdradzę, że misja się powiodła. Przemiana zostaje zahamowana. Sheila nie musi się już bać, że zgnije, straci palec u stopy, oko czy ucho. Do żywych co prawda nie wróci, ale przynajmniej nie będzie gorzej. Pierwszy odcinek nie przynosi zatem żadnej rewolucji ani filmowych fajerwerków, ale spokojnie, potem jest już tylko lepiej.

Stylistyka Santa Clarita Diet się nie zmieniła. Mamy do czynienia z tym samym pierwszorzędnym połączeniem komedii z konwencją kina gore. Jest brutalnie i krwawo, ale przy tym przezabawnie. Wrażenie robią szczególnie mistrzowskie dialogi o dużym ładunku groteski i czarnego humoru. Mam wrażenie, że drugi sezon jest nieco bardziej wulgarny i odważniej podchodzi do komentowania pewnych kwestii. Czy serialowa opowieść o współczesnym zombie-kanibalu to miejsce na komentarz do zjawisk społecznych, takich jak dyskryminacja płciowa oraz rasowa, absurdy radykalnego feminizmu i hiperpoprawności politycznej, ekoterroryzm, etc.? Dlaczego nie? Twórcom Santa Clarita Diet z powodzeniem udaje się przemycić do tej ociekającej posoką produkcji didaskalia – czy może raczej przypisy – w postaci nawiązań do całego spektrum współczesnych zjawisk. Kto powiedział, że o neonazizmie i diecie wegańskiej można mówić wyłącznie śmiertelnie poważnie?

Nie o realizm tu chodzi, tylko o grę z kinowymi stereotypami oraz nieskrępowaną satyrę na współczesność, podlaną krwiście czerwonym sosem z homo sapiens.

Rzeczywistość jest pełna absurdów, dlaczego więc teoria, że za przemianę w zombie odpowiedzialne są zjedzone przed dwoma tygodniami nieświeże małże, miałaby być mniej uprawniona niż ta, że zombiakiem można stać się w wyniku wycieku toksycznych substancji albo tajnego rządowego eksperymentu? Cytując Monikę Geller: “Czy ja ciebie pytam o realizm?”. Nie o realizm tu chodzi, tylko o grę z kinowymi stereotypami, oraz nieskrępowaną satyrę na współczesność podlaną krwiście czerwonym sosem z homo sapiens.

Jeśli o samą fabułę chodzi, drugi sezon przynosi kilka nowy wątków, a także rozbudowuje rolę postaci, które w poprzedniej odsłonie miały marginalne znaczenie. Pojawia się na przykład młodziutka sprzedawczyni z supermarketu Ramona. Kim naprawdę jest i jaki ma interes w tym, by zbliżyć się do Hammondów? Na scenę wkraczają też łowcy zombie. Tajemnicza para o niesprecyzowanych planach i motywacjach, która podąża tropem Hammondów oraz porzuconych tu i ówdzie niedojedzonych zwłok. Równie podejrzliwie spogląda na bohaterów nowa partnerka odkrywającej swoją seksualność sąsiadki, policjantka Anne (Natalie Morales). Nieoczekiwanie powraca też bohater, który “zginął” na początku pierwszego sezonu. Zabicie trupa po raz drugi okazuje się ogromnym wyzwaniem… emocjonalnym. Sheila udowodniła już, że przemiana w zombie jest równoznaczna z diametralną odmianą charakterologiczną. To dotyczy nie tylko jej, ale wszelkich nieumarłych. I jak tu pozbyć się dupka, który nieoczekiwanie zamienił się w równego gościa, tyle że lekko zdekompletowanego pod względem fizycznym?

Wszystko można by podsumować słowami: same shit different day. Dużo się dzieje, co i rusz niespodzianki, ale jednocześnie nie jest to nic, z czym Hammondowie by sobie nie poradzili. Bohaterowie chyba powoli przyzwyczajają się do tego zaburzonego trybu (nie)życia. Z odwagą i spokojem stawiają czoła kolejnym krwawym atrakcjom. Co ciekawe, pozytywnie wpływa to na więzi rodzinne. Łączy ich mroczny sekret i jadą na jednym wózku. Muszą się wspierać, współpracować i wykazać lojalnością. Inaczej skończą marnie.

Drugi sezon zapracował na mocną siódemkę. Jedno oczko mniej niż pierwsza odsłona. Nie oszukujmy się, na kompletne zaskoczenie i powiew świeżego filmowego mięsa przy kontynuacji nie można już liczyć. Nadal jednak jest to jedna z najbardziej wciągających produkcji od Netflixa. Od tego krwawego smakołyku wprost trudno się oderwać. Dziesięć blisko półgodzinnych epizodów jest jak dziesięć przekąsek, które zamiast nasycić, wzmagają apetyt. Jestem ciekawa, ilu widzów, tak jak ja, z zachłannością połknęło cały sezon na raz. Obudziliście się następnego dnia z poczuciem, że jesteście zbyt ciężcy? A może macie apetyt na więcej?

Po świetnym, przekomicznym finale drugiego sezonu zdecydowanie wtrząchnęłabym jeszcze trochę tego krwistego dania. Santa Clarita Diet, moja ulubiona dieta.

Ostatnio dodane