Seriale TV

DES. Doskonały David Tennant jako seryjny morderca

Autor: Łukasz Budnik
opublikowano

Oparte na faktach historie seryjnych morderców to temat z jednej strony przerażający, a z drugiej wdzięczny dla filmowców, bo naturalnie kumulujący w sobie wiele elementów, które są atrakcyjne z punktu widzenia odbiorcy. Śledztwo, mroczne tajemnice, granie na delikatnych emocjach za pomocą obrazowych opisów czy kadrów... Głównym wabikiem są jednak w takich przypadkach postaci samych morderców, odpychające, ale w dziwny sposób fascynujące. Wie o tym doskonale David Fincher, wiedzą autorzy dokumentu o Tedzie Bundym, wreszcie wiedzą też twórcy Desa – Lewis Arnold, Luke Neal i Kelly Jones.

Dennis Nilsen, dla znajomych Des, szkocki seryjny morderca i nekrofil, który pozbawił życia co najmniej dwunastu młodych mężczyzn, często bezdomnych i/lub uzależnionych od narkotyków. To on jest tytułowym bohaterem trzyodcinkowej miniserii ITV i to z pokłosiem jego makabrycznych poczynań mierzy się ekipa pod wodzą nadinspektora Petera Jaya. W przeciwieństwie do Zodiaka Finchera, gdzie osią fabuły była próba złapania tytułowego zabójcy, w Desie punktem wyjścia jest pojmanie Nilsena i działanie wstecz, polegające na zidentyfikowaniu jego ofiar, których nazwisk mężczyzna nie pamięta, a które są potrzebne do jego oskarżenia i skazania.

Skonstruowanie fabuły w ten sposób pozwoliło scenarzystom na wplecenie wielu scen dialogowych z Nilsenem. Rozmawia z nim nie tylko policja, lecz także pisarz, który ma spisać biografię mordercy – to głównie w tych scenach twórcy nakreślają nam przeszłość Nilsena i wydarzenia, które skierowały go ku bestialskiej działalności, także zresztą opisywanej w dialogach. W tym momencie zatrzymajmy się na chwilę przy Davidzie Tennancie, który wciela się w Nilsena, po raz kolejny udowadniając, jak wspaniałym jest aktorem. Fizyczne podobieństwo do oryginału to jedno – można je osiągnąć dzięki charakteryzacji. Zerknięcie na oryginalne nagrania z Nilsenem dowodzi jednak, że Tennant bezbłędnie opanował manieryzmy i sposób wypowiedzi mordercy (z wyłączeniem mocniejszego akcentu), nie tworząc karykatury, lecz postać, która fascynuje i odpycha jednocześnie. Twórcy serialu w żaden sposób nie gloryfikują Desa, ale Tennant przyciąga do ekranu i nie pozwala odwrócić wzroku, jednocześnie nie dając zapomnieć, jak potwornych czynów dopuściła się jego postać. Węszę nominacje do nagród.

Choć Des to popis Tennanta, reszta obsady nie ma się czego wstydzić – grany przez Daniela Maysa protagonista Peter Jay to postać, której chce się kibicować w jego dążeniu do odnalezieniu nazwisk ofiar i zapewnieniu spokoju ich rodzinom. Wspomniany Zodiak pokazywał, jak niszczące i czasochłonne może być ściganie mordercy, Des udowadnia, że szukanie tożsamości ofiar także wyciska z człowieka – w tym przypadku Jaya – ostatnie soki. Zależność pracy w wydziale zabójstw i życia prywatnego (a raczej jego braku) jest zresztą aspektem często poruszanym w produkcjach podejmujących tematykę seryjnych morderców, i bardzo dobrze, bo nadaje dodatkowego wymiaru ich okrutnym poczynaniom, mającym długofalowy zasięg nawet lata później, a w przypadku rodzin ofiar: do końca życia. Trzecim z głównych bohaterów jest Brian Masters (wspomniany biograf Nilsena, którego książka posłużyła jako kanwa scenariusza), choć jego postać przez większość czasu służy głównie jako sposób na naturalne wyciągnięcie z Nilsena informacji na temat jego życia oraz poglądów.

Po lewej: David Tennant w serialu. Po prawej: prawdziwy Dennis Nilsen

Już dwa razy przytaczałem w tym tekście Zodiaka Finchera, oczywiście nieprzypadkowo. To nie tylko mój ulubiony film tego reżysera, lecz także faworyt wśród produkcji traktujących o seryjnych mordercach – z radością mogę stwierdzić, że oglądając Desa, nieraz miałem skojarzenia właśnie z Zodiakiem. Nie chodzi tu o stronę wizualną, bo ta Finchera jest nie do podrobienia (w Desie czas akcji nie jest zresztą szczególnie akcentowany za pomocą formy – można to uznać za wadę lub zaletę), ale o tę specyficzną surową atmosferę, klimat beznadziei i świadomość, jaki wpływ ma śledztwo na ludzi z nim powiązanych. Świetnie widać to w ostatnim odcinku, w którym oglądamy proces Nilsena, a stres Jaya i jego towarzyszy udziela się także nam. Szkoda jedynie, że twórcy nie rozwinęli nieco wątku ówczesnej sytuacji w Londynie, zarysowanej w prologu, a dobrze rezonującej z wątkiem ofiar Desa.

Biorąc pod uwagę to, że kampania promocyjna serialu była co najmniej niepozorna (przynajmniej w Polsce), Des może zostać uznany za przyjemne zaskoczenie i gratkę dla wszystkich, którzy interesują się tematyką seryjnych morderców lub tęsknią za produkcjami w stylu Mindhuntera. To paskudny świat, w którym paradoksalnie ciekawie się zanurzyć – choć oczywiście tylko z perspektywy widza przez ekranem.

Ostatnio dodane