Seriale TV

DARE ME. Cheerleaderki też mają swoje tajemnice

Autor: Marcin Kempisty
opublikowano

W amerykańskiej popkulturze utwierdził się wizerunek cheerleaderki jako pięknej, niezbyt lotnej umysłowo dziewczyny machającej papierowymi pomponami, zagrzewającej sportowców do boju oraz zapatrzonej w wysportowanych chłopaków, z którymi związek byłby spełnieniem jej marzeń. Oczywiście, to głupi i krzywdzący stereotyp, toteż w serialu Dare Me stacji USA Network podlega on całościowej dekonstrukcji.

Produkcja, którą można teraz również oglądać na platformie Netflix, rozpoczyna się niczym rasowy dramat prosto z festiwalu Sundance. Oto gdzieś na amerykańskiej prowincji rozgrywa się cicha tragedia młodzieży zakleszczonej między brakiem środków finansowych a poczuciem beznadziejnego, bezcelowego życia w miejscu zapomnianym nawet przez Boga. Addy (Herizen F. Guardiola) i Beth (Marlo Kelly) przyjaźnią się od dziecka, więc spędzają ze sobą mnóstwo czasu, także poza szkołą. Jedna ma więcej pieniędzy dzięki rodzinie, drugiej wiedzie się odrobinę gorzej, ale obie łączy potrzeba zapomnienia o wszechobecnej nudzie. Wspólne przechadzanie się po mieście, wieczorne imprezki, obowiązkowo przy świetle zachodzącego słońca – zamieszkiwana przez nich mieścina nie ma innych atrakcji do zaoferowania. Mija dzień za dniem, nic poważnego się nie dzieje. Rozedrgana kamera z lubością przygląda się ich umięśnionym, wygimnastykowanym ciałom, gdy trenują kolejne układy cheerleaderskie, albo gdy bujają się po ulicach w poszukiwaniu Godota.

Dare Me

Jak zwykle w takich historiach, zmiana nadchodzi wraz z przyjazdem tajemniczej osoby wprowadzającej chaos do zastanej rzeczywistości. W Dare Me taką funkcję spełnia nowo zatrudniona trenerka zespołu cheerleaderek – Colette (Willa Fitzgerald). Kobieta szybko stawia podopiecznym twarde warunki i stara się za wszelką cenę zdusić jakiekolwiek przejawy buntu. O ile Beth nie chce ukorzyć się przed niewiele starszą opiekunką, o tyle Addy zaczyna powoli zbliżać się do niej, w czym pomaga poznanie najskrytszych tajemnic Colette. Rozpoczyna się cicha, pełna napięcia wojna między trzema bohaterkami.

Oglądanie Dare Me jest frustrującym doświadczeniem. Z jednej strony widzowie mają do czynienia z bardzo schematycznie prowadzoną historią, składającą się z obowiązkowych elementów – odkrywanej tajemnicy rozrywającej więzy wśród członków lokalnej społeczności, przemocy, kolorowo oświetlonych imprez niesionych tłustymi hip-hopowymi bitami – a to wszystko kręcone jest kamerą z ręki, czasami w zwolnionym tempie, byle tylko było bardziej widowiskowo. Chwilami propozycja USA Network przypomina odrobinę łagodniejszą wersję Euforii od HBO. Powstały też inne tego rodzaju produkcje, w których doszukiwano się ciemnej strony młodości, niosącej ze sobą znacznie więcej problemów aniżeli pozytywnych aspektów. Przykładami mogą być między innymi Trzynaście powodów i Assassination Nation. Pod tym względem Dare Me reprezentuje kolejna formę utyskiwania na trudy życia na amerykańskiej prowincji, gdzie młodzi ludzie nie widzą przed sobą żadnych perspektyw. Nie negując tego wątku, najprawdopodobniej niezwykle istotnego dla pewnej grupy wiekowej, należy jedynie podkreślić, że wnioski stawiane w serialu stacji USA Network absolutnie niczym nie różnią się od tez proponowanych przez poprzedników.

Momentami jednak jest to do bólu szczere, gdy nareszcie można zapoznać się z elementami kobiecości niedefiniowanymi w kontekście miłosnych relacji.

Natomiast da się odnaleźć w tej sztampie kilka fragmentów wynoszących ów serial na znacznie wyższy poziom. Przede wszystkim tyczy się to konfliktu między trzema bohaterkami, rzadko kiedy prowadzonego w jednoznaczny sposób. Między kobietami jest bardzo dużo napięcia, również seksualnego, sojusze zmieniają się z godziny na godzinę, aż trudno nadążyć, która z bohaterek w danym momencie wygrywa. Również stawka prowadzonej wojny jest niezwykle istotna – nie chodzi o pozycję w stadzie i możliwość wpływania na inne koleżanki. Chodzi o to, które podejście do życia okaże się tym skuteczniejszym i bezpieczniejszym. Chodzi o być albo nie być.

Dare Me

Liczy się także sama dekonstrukcja stereotypów na temat cheerleaderek, o których była mowa na samym początku tekstu. Twórcy Dare Me oddają głos bohaterkom, nie patrząc na nie przez pryzmat związków. One w tej historii są same dla siebie, nie potrzebują mężczyzn, by udało się wydobyć na światło dzienne targające nimi emocje. Nie są głupiutkimi trzpiotkami, lecz nareszcie osobami z krwi i kości, dla których życie nie kończy się na randkowaniu. Dokonywane w scenariuszu upodmiotowienie bywa czasami przeprowadzane instrumentalnie, zwłaszcza gdy na siłę wikła się dziewczyny w wątki przemocowe, aby pokazać, ile zła w nich drzemie. Momentami jednak jest to do bólu szczere, gdy nareszcie można zapoznać się z elementami kobiecości niedefiniowanymi w kontekście miłosnych relacji. 

Dare Me zachwyca i nie zachwyca. Na pewno gwarantuje przestrzeń do dyskusji na temat sposobu przedstawiania młodych kobiet w popkulturze, zarówno jeżeli chodzi o ich cielesność oraz seksualność, jak i kwestie charakterologiczne. Z drugiej strony wiele rozwiązań formalnych zna się już na pamięć. Amerykański serial nie jest przejawem rewolucyjnego myślenia. Stanowi raczej formę ugruntowania pewnych zdobyczy, które osiągnęli twórcy wcześniejszych produkcji, a jednocześnie dokłada drobną cegiełkę do ostatecznego przeformatowania języka wypowiedzi na temat bolączek przedstawicielek płci żeńskiej. 

Ostatnio dodane