Seriale TV

CHILLING ADVENTURES OF SABRINA: CZĘŚĆ 3. Zanudzające krew w żyłach przygody

Nudno, nudno i jeszcze raz nudno

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Nowy sezon Sabriny cierpi na przypadłość, która jest niewybaczalna. Jest nieangażujący do granic możliwości. Nawet makabryczne zwroty akcji nie są w stanie wynieść serialu na nowy poziom, a w dodatku zdarzają się one sporadycznie. Niestety 3 sezon okazuje się nieudaną kontynuacją, która bardziej nuży, niż wciąga jak wcześniejsze sezony.

Pierwsze odcinki kręcą się wokół prób wyciągnięcia Nicholasa z piekła. Kiedy misja kończy się powodzeniem, twórcy wprowadzają nowego przeciwnika – pogan. Jednak cały ten wątek jest zupełnie nieciekawy. Cały czas mówi się, że stanowią oni ogromne zagrożenie i gdy wkrótce nadciągną, to zniszczą wszystko. I mówi się, mówi, mówi i jeszcze raz mówi, a oni jakoś nie nadciągają. Przez większość sezonu zamiast emocjonującej walki mamy słowne przepychanki pomiędzy czarownicami i starodawnymi bóstwami, które pragną krwi. A był potencjał na coś więcej. Niestety wszystko zostało ugrzecznione i wygładzone, dlatego sceny, w których ktoś zostaje zamordowany, odstają od całości. Nie żeby było ich przesadnie dużo…

Nowy sezon Sabriny cierpi niestety na brak kreatywności, co jest zaskakujące w kontekście dwóch pierwszych serii. Widz zostaje wrzucony w cztery główne wątki, z których niewiele wynika. Także przeciwnicy są nijacy i stanowią klasyczną zapchajdziurę. Jedyny ciekawy motyw dotyczy zejścia do piekła, w którym widzimy kolejne piekielne kręgi i potępione dusze. Ale to niestety za mało, by uratować sezon.

Oczywiście w tle toczą się dramaty sercowe, które są w ogóle niepotrzebne. Rozumiem, że twórcy wyszli z założenia, że Sabrina w każdym kolejnym sezonie musi zerwać z chłopakiem i znaleźć sobie kandydata na nowego. Niestety jej rozterki do niczego nie prowadzą. Potencjalny nowy obiekt westchnień to książę piekieł Kaliban, w całości ulepiony z gliny. I kupiłabym to, gdyby nie fakt, że jest on pozbawiony osobowości. Jedyne, co robi, to wdzięczy się do kamery – i nic poza tym.

Również wątek Czarnego Pana, któremu udaje się uciec, mógłby w ogóle nie istnieć. Ta postać nie robi praktycznie nic, jedynie szwenda się po planie bez ładu i składu. Liczyłam na dużo więcej w tej kwestii. W ogóle antagonistów jest w tym sezonie zdecydowanie za dużo, a większość z nich jest całkowicie niepotrzebna. Nie mam pojęcia, dlaczego twórcy uznali, że walka z kilkoma przeciwnikami, z których żaden tak naprawdę nie wyróżnia się na tle innych, będzie czymś, co przyciągnie uwagę widza.

Mam wrażenie, że sezon 3 to szereg bezcelowych pomysłów, które w głowie twórców wyglądały lepiej niż w rzeczywistości. Walka z poganami, rozterki miłosne Sabriny i do tego takie „cuda” jak występy cheerleaderek okazały się przepisem na katastrofę.

Martwi też brak należytego wykorzystania jakże mocnych aktorsko punktów, takich jak Michelle Gomez grająca Mary Wardwell/Lilith czy Richard Coyle w roli ojca Blackwooda. W poprzednich sezonach stworzyli pamiętne kreacje, pełne energii i mające ogromny potencjał. W tym sezonie są jedynie niemrawym tłem dla naszej tytułowej bohaterki. Wypadają nijako i pojawiają się na ekranie wyłącznie po to, by przedstawić ekspozycję czy popchnąć fabułę do przodu. A wielka szkoda, bo Lilith była najjaśniejszym punktem całej serii. Niestety większość postaci nie rozwinęła się wcale bądź też wróciła do punktu wyjścia. Nie wiem, dlaczego twórcy tak bardzo wypychają Sabrinę przed szereg, jeśli jej towarzysze mają ciekawe cechy charakteru (nie ty Harvey!), które można by wykorzystać. Dar Rosalind pojawia się tylko po to, by między nią a Harveyem doszło do kolejnych rozterek uczuciowych; gdy jest naprawdę potrzebny, okazuje się bezużyteczny.

Mam też problem z tym, że to mógł być bardzo kobiecy sezon. Silne, wpływowe panie rządzące światem i go ratujące to jest to, co chciałabym oglądać. Niestety kwestia ta zostaje całkowicie zepchnięta na drugi plan, bo rozterki miłosne Sabriny i jej nieciekawa walka o tron piekieł okazują się ważniejsze. Tak jak kocham Michelle Gomez, tak i Miranda Otto w roli Zeldy Spellman wyrasta na naprawdę istotną postać. Jednak dostaje ona tak mało czasu ekranowego, że to aż boli. To dzięki niej sabat czarownic zostaje uratowany, jednak to za mało, by twórcy poświęcili jej należną uwagę, wikłając się w niepotrzebnie wydłużone wątki.

Muszę jednak przyznać, iż finałowy odcinek był niesamowity, i ubolewałam, że reszta sezonu wypadła nijako i nieciekawie. Długo zastanawiałam się, dlaczego reszta odcinków nie mogła pójść w tym kierunku. W ostatnim epizodzie mamy krew, mrok, flaki, podróże w czasie, koronacje w piekle i wiele innych intrygujących momentów, które sprawiły, że finał był świetny.

Niestety, ale nawet pomimo tego trzeci sezon Sabriny to jedno wielkie rozczarowanie. Mrok i przygoda zostały przykryte niepotrzebnymi wątkami, rozterkami miłosnymi bohaterów i zbyt dużą liczbą wrogów, z których żaden z nich nie dostaje potrzebnej ilości czasu. Nie wiem, jaki był zamysł twórców, ale wszystkiego jest za dużo i do niczego to nie prowadzi. Już sam fakt, iż tytułowa bohaterka jest córką samego Lucyfera, powinien stanowić punkt wyjścia do czegoś intrygującego, a niestety tak nie jest. Po tym, co obejrzałam, zupełnie nie czekam na kolejny sezon. A szkoda, bo pierwszy był niesamowity.

Ostatnio dodane