search
REKLAMA
Seriale TV

BETTER CALL SAUL – SEZON PIĄTY. Uroczy przegryw, fatalna miłość i dekonstrukcja amerykańskiego snu

Marcin Kempisty

27 kwietnia 2020

REKLAMA

Better Call Saul jest opowieścią o krainie, w której mit amerykańskiego snu funkcjonuje na zasadzie pustynnej fatamorgany. Choć nie da się w serialu stacji AMC wskazać choćby jednego bohatera realizującego ten kult (a przypomnijmy, że to część fundamentu założycielskiego Stanów Zjednoczonych), to i tak każdy w niego wierzy. A że nikomu sukces nie jest dany, to jego poszukiwania trwają również po nielegalnej stronie, z dala od sprawiedliwości. Brak perspektyw, wybujałe ambicje, kompleksy, a także resentyment do zdegenerowanych elit – oto cztery składniki niezbędne do przeprowadzenia społecznej rewolucji.

Zadzwoń do Saula

Jej emanacją jest postać Jimmy’ego McGilla alias Saula Goodmana. Zmiana nazwiska, ciekawie na niwie fabularnej wytłumaczona przez scenarzystów, jest też symbolicznym zerwaniem z dziecięcą wiarą w możliwość rozwoju, a przede wszystkim odkupienia. Bohater zaczynał jako lokalny cwaniaczek bez perspektyw, “Jimmy Ślizgawka” próbujący oszukać ludzi na kilka dolców. Pójście śladami brata i zrobienie dyplomu prawnika, choćby i na Uniwersytecie Amerykańskiego Samoa w formie korespondencyjnej, świadczyło o chęci powrotu do normalności rozumianej jako zdobycie fachu, legalne zarabianie pieniędzy i założenie rodziny. Tymczasem minęło 50 odcinków serialu, a Jimmy nadal jest traktowany jak niepoważny chłoptaś. Na nic podejmowane przez niego próby – skoro został zaszufladkowany, to ma tam siedzieć do końca swoich dni, co wpływa na narastającą w nim frustrację. Kontekst ekonomiczny jest tu niezwykle kluczowy, bez niego charakterystyka Saula byłaby niepełna. To istniejący szklany sufit sprawia, że bohater staje się coraz bardziej chętny do łamania prawa. Nie trzeba nachalnej retoryki Parasite i innych tego typu filmów, wystarczy cicha historia drobnego prawnika, by wszelkie napięcia klasowe zostały ujawnione z całą swoją mocą.

Ale to nie dociskanie gazu do dechy jest najlepszym elementem scenariusza serialu. Widzowie przyzwyczaili się do tego, że w wielu produkcjach wraz z rozwojem fabuły narasta napięcie, a bohater jest już tak bardzo zafiksowany na swoich potrzebach, że przekracza kolejne moralne granice. W przypadku Saula też tak się dzieje, gdy wyjeżdża na pustynię po pieniądze na kaucję za Lalo, ale po wszystkich perturbacjach, a zwłaszcza po rozmowie w domu ze swoim mocodawcą, jest przerażony tym, w co się właśnie wpakował. To tak rzadko spotykane w sztuce i tak bardzo ludzkie, że musi zostać podkreślone – choć dobrze wiadomo, jak skończy Jimmy, to i tak twórcy dają mu szansę na wycofanie się z przestępczego procederu. Dają mu przestrzeń do przeżywania wyrzutów sumienia, wątpliwości, a przede wszystkim odczuwania strachu o swoje życie, a także o losy Kim. Być może gdyby nie partnerka, to bohater w końcu wyjechałby z Albuquerque, ale miłość do niej jest na tyle silna, że pewnie ostatecznie da się przekonać i wspólnie zrobią kolejny przekręt. Ktoś, kto wcześniej był traktowany niczym koło ratunkowe dla Jimmy’ego, teraz może okazać się kotwicą ciągnącą go na dno. Z kolei Kim, tak bardzo wierząca w wyznawane zasady i pewność porządku prawnego gwarantującego bezpieczeństwo społeczne, nagle odwraca się od dotychczasowego życia, by pofolgować długo skrywanym fantazjom. A wszystko toczy się w pokoju hotelowym, na który kiedyś nie było ich stać, gdy oboje są odziani w piżamki, wcześniej zjedli lody i pozostało im już tylko czyszczenie zębów przed snem. Czy można było to lepiej skonstruować?

Bohaterowie serialu Better Call Saul zdają się tak bardzo ludzcy, że można o nich rozmawiać jak o znajomych, których losy w jakiś sposób są dla nas frapujące. A oprócz tego widzowie otrzymują przecież jeszcze fantastycznie zbudowane kadry, pełne przestrzeni, kolorów, symetrii, tak opowiadające historię, że postacie nie muszą gawędziarsko wszystkiego referować. Obrazy mówią same za siebie. Z tego względu produkcję stacji AMC można od razu postawić w czołówce tegorocznych telewizyjnych propozycji. Nie ma drugiego takiego tytułu, potrafiącego zaangażować emocjonalnie, a jednocześnie dotykającego tak ważnych tematów natury społecznej.

Avatar

Marcin Kempisty

Serialoholik poszukujący prawdy w kulturze. Ceni odwagę, bezkompromisowość, ale także otwartość na poglądy innych ludzi. Gdyby nie filmy Michelangelo Antonioniego, nie byłoby go tutaj.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA