Ranking

SZYBKA PIĄTKA #85. Filmy, które nadrobimy w 2019 roku

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Początek roku sprzyja postanowieniom i jest dobrą okazją do tego, by postawić sobie nowe cele na najbliższe miesiące. Niekoniecznie musi być to coś, co w perspektywie odmieni nasze życie – wśród noworocznych zamiarów mogą znaleźć się też seanse filmów, które od dawna leżą na liście „do obejrzenia”. Zatem, jakie to filmy?

Filip Pęziński

  1. Dwunastu gniewnych ludzi – trudno wymienić większy amerykański klasyk i trudno nie zauważyć, że choć w recenzjach filmów z tak odległą datą premiery (1957 rok!) często pada fraza „jak na tamte czasy”, to w przypadku filmu Sidneya Lumeta czyta się, że to doskonałe kino. Po prostu. Wstyd nie znać i na pewno w tym roku zostanie nadrobione.
  2. Cinema Paradiso – w moim rodzinnym domu wydanie DVD tego filmu dołączone do jednego z poczytnych wtedy dzienników leży na półce od jakiejś przynajmniej dekady. Wciąż nieruszone.
  3. Przerwana lekcja muzyki – bardzo cenię twórczość Jamesa Mangolda i Winonę Ryder, a jednak skutecznie udało mi się omijać tytuł jakże ważny w dorobku obu tych nazwisk. Koniecznie do nadrobienia.
  4. W imię ojcaodwiedzając pod koniec zeszłego roku irlandzki Dublin, podskórnie czułem, że z historią tego kraju łączy się jakieś ważne dzieło (oprócz Michaela Collinsa i Głodu oczywiście). W końcu udało mi się przypomnieć tytuł filmu z Danielem Day-Lewisem i szybko dopisałem go do filmowych zaległości.
  5. Imperium Słońca – nie tyle zaległość, ile chęć odświeżenia filmu, który jakimś cudem widziałem jako małe dziecko, a o którym pamiętam tyle, co nic.

Jakub Piwoński

  1. Wspaniała przygoda Billa i Teda – planuję opisać ten film w moim Fantastycznym cyklu. Zachęciły mnie do tego dwa fakty. Film obchodzi w tym roku trzydziestą rocznicę powstania. A dwa – wieści o zapowiadanej kontynuacji wydają się bardzo realne. Jeśli dodam do tego, jak bardzo lubię Keanu Reevesa, to w takich okolicznościach grzechem jest tego zwariowanego filmu nie znać.
  2. Thor: Ragnarokchodzi za mną ten film już od jakiegoś czasu i spokoju nie daje. Zlekceważyłem go kompletnie, gdy wszedł w 2017 do kin, bo odczuwałem wówczas przesyt historyjek superbohaterskich (który de facto wciąż nie ustał). Ale pozytywne recenzje i opinie kolegów utwierdziły mnie w przekonaniu, że błędem było niepójście do kina. Zapewne nadrobię film podczas kolejnego seansu u kolegi, ze szklanką napoju wyskokowego w dłoni. Jak myślicie, nada się?
  3. Władcy ognia – długie lata przymierzam się do nadrobienia tego filmu i wciąż mi to umyka. Film spełnia wszelkie kryteria, by mógł mi się spodobać. Fajni, znani aktorzy w niecodziennych, zapomnianych rolach. Brud i realizm. Widowiskowe sceny. No i, rzecz jasna, intrygujący na kilometr pomysł wyjściowy, łączący tradycje fantasy z postapokalipsą. Kto wie, może zrodzi się z tego tekst do Fantastycznego cyklu.
  4. Zimna wojna – nie obchodzi mnie już to, czy nowy film Pawlikowskiego dostanie nominację do Oscara, czy nie. Czy wygra kolejne nagrody, czy nie. Dawno nie czułem się tak bardzo zobligowany do nadrobienia jakieś ubiegłorocznej zaległości. Po prostu ani w rodzinie, ani w pracy nie mogę zająć stanowiska na temat tego filmu, co powoli zaczyna mnie męczyć.
  5. Opowieść podręcznej, sezon 2. – zestawienie kończy drugi sezon serialu, który chciałbym nadrobić w najbliższych tygodniach. Odbierane zewsząd pozytywne recenzje nie powinny nikogo dziwić – to chyba jedna z ciekawszych, mocniejszych pozycji serialowych z gatunku science fiction ostatnich lat. Inteligentny socjologiczny komentarz zadziałał na mnie za pierwszym razem i nie mogę sobie wybaczyć, że tak długo zwlekam z obejrzeniem kontynuacji tej historii. Zwłaszcza gdy żona seans ma już za sobą.

Szymon Skowroński

  1. Dzień gniewu – jest jakaś setka filmów z całego świata, które wypadałoby zobaczyć przed śmiercią, i wiele wskazuje na to, że obraz Dreyera jest jednym z nich. Sam twórca jest z kolei jednym z najbardziej wpływowych reżyserów w historii, a filmografie takowych zawsze warto poznać.
  2. Slacker – bo lubię chodzone, gadane, nudne i niedziejące się kino. O Slackerze dowiedziałem się kilkanaście lat temu, w czasie gdy namiętnie katowałem Sprzedawców Kevina Smitha. I od tamtej pory zalega na mojej liście wstydu, mimo że widziałem sporo innych filmów Linklatera. Czas nadrobić zaległości.
  3. Mój sąsiad Totoro – bo w moich kinematograficznych odkryciach i podróżach anime wciąż jest nieco zaniedbane. Nie oglądam wielu filmów animowanych, ale japońskie produkcje tego typu przemawiają do mnie wyjątkowo.
  4. Życie i śmierć pułkownika Blimpa – bo wygląda mi to na kawał soczystego, solidnego, celuloidowego, atelierowego, sztucznego, klasycznego wojennego melodramatu. Ten duet nigdy mnie nie zawiódł, a na Blimpa ostrzę sobie zęby od paru lat.
  5. Kobieta z wydm – jeden z największych klasyków japońskiego kina, którego jeszcze nie miałem okazji oglądać.

Łukasz Budnik

Przypadek

  1. Przypadek – cenię sobie kino Kieślowskiego i jestem zachwycony jego wrażliwością, a mimo to nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z jednym z jego najsłynniejszych dzieł. To nie przystoi! Dlatego właśnie mam zamiar już wkrótce zasiąść do seansu Przypadku, licząc, że – podobnie jak inne filmy tego reżysera – wedrze się wprost do mojego serca i zostanie tam jeszcze na długo po napisach końcowych.
  2. Serce z kamienia – miałem w zeszłym roku ogromną przyjemność odwiedzić na kilka dni Islandię i ten czas wystarczył, bym na zabój zakochał się w tym miejscu. Stąd też chętnie sięgnę po Serce z kamienia. Jedno, że ten islandzki film z pewnością pozwoli pocieszyć mi się tamtejszymi pięknymi widokami – jest także kinem o dorastaniu, podejmuje więc tematykę, którą w kinie bardzo lubię. Czuję się zachęcony.
  3. Nienawistna ósemka – jedyny film Tarantino, z którym jeszcze nie zdążyłem się zapoznać. Co zaskakujące, nie czułem większej potrzeby, by nadrobić tę zaległość, choć bardzo cenię sobie twórczość tego reżysera – zraziły mnie chyba mieszane opinie czytane po premierze. Tak czy inaczej, gdzieś z tyłu głowy ciąży fakt takiej luki w filmografii Quentina, zatem – przy okazji premiery Once Upon a Time in Hollywood – zamierzam obejrzeć również Nienawistną ósemkę.
  4. Tamte dni, tamte noce – już wkrótce na dobre rozkręci się sezon oscarowy, a ja wciąż mam wstydliwe zaległości z poprzedniego… Tamte dni, tamte noce polecano mi wielokrotnie i bardzo jestem ciekawy, jak oczekiwania wypadną w konfrontacji z rzeczywistością. Mam nadzieję, że się nie rozczaruję, tak filmem, jak i zachwalaną rolą Timothée Chalameta.
  5. Mały Książę – zbieram się do tej animacji już od czasu premiery. Książkowy oryginał to jeden z moich ulubionych kawałków literatury, ciekawi mnie zatem ta właśnie interpretacja. Liczę, że choć w niewielkim stopniu poczuję zachwyt, jaki towarzyszył mi podczas wielokrotnych lektur Małego Księcia. 

Tomasz Raczkowski

  1. Bohemian Rhapsody choć muzykę Queen lubię i szanuję, to końcowa forma obrazu kinowego o grupie Freddy’ego Mercury’ego niespecjalnie mnie zelektryzowała, wkraczając na ekrany kin. W efekcie pominąłem Bohemian Rhapsody podczas zeszłorocznych seansów premierowych. Jednak powstały wokół filmu szum splendoru – (kontrowersyjny) Złoty Glob dla najlepszego dramatu i bardzo pozytywne przyjęcie przez publiczność sprawiają, że dzieło to znajduje się wysoko na mojej liście do obejrzenia na rozpoczynający się rok – wymaga tego chociażby rzetelność, nakazująca wyrobić sobie własne zdanie.
  2. Nikt nie woła – jedna z moich fundamentalnych zaległości w zakresie klasyki polskiego kina, a konieczność jej nadrobienia stała się jeszcze bardziej paląca po niedawnej śmierci reżysera filmu – Kazimierza Kutza. Wśród składających się na medialne epitafium głosów tytuł z 1960 powracał często jako sztandarowe dokonanie twórcy Tryptyku Śląskiego, przez co od dawna istniejący i sukcesywnie odwlekany pociąg do tego obrazu jeszcze się zwiększył.
  3. Dajcie mi głowę Alfredo Garcii – twórczość Sama Peckinpaha nieustannie mnie przyciąga. Przez lata obejrzałem większość jego najsłynniejszych dokonań – niektóre nawet po kilka razy (chociażby Dziką bandę czy Pata Garretta i Billy’ego Kida) – jednak wciąż pozostało mi kilka zaległości z katalogu „Krwawego Sama”. Wśród nich pierwszą pozycję na liście do obejrzenia zajmuje zdecydowanie Dajcie mi głowę Alfredo Garcii, po którym spodziewam się jakości co najmniej dorównującej najwybitniejszym dokonaniom reżysera.
  4. Tak daleko, tak blisko Niebo nad Berlinem to jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów, którego każda scena wciąż pozostaje dla mnie niezwykłym kinowym przeżyciem. Chyba właśnie dlatego wciąż nie zebrałem się do seansu Tak daleko, tak blisko, stanowiącego kontynuację arcydzieła Wima Wendersa. W tym roku mam zamiar w końcu się przełamać i z duszą na ramieniu zanurzyć się w dalsze losy granego przez Bruno Ganza Damiela oraz miasta nad Łabą.
  5. Szatańskie tango – już od dwóch lat mam zamiar nadrobić ten monumentalny obraz Béli Tarra, cesarza slow cinema. Po wybitnej powieści László Krasznahorkaiego na samą myśl o siedmiogodzinnej ekranizacji twórcy Konia turyńskiego (jednego z najwybitniejszych filmów, jakie widziałem) przeszywają mnie dreszcze ekscytacji. Jednak ciągle coś mi przeszkadza – przede wszystkim ogromny metraż Szatańskiego tanga, którego seans wymaga wygospodarowania całego wolnego dnia, pozwalającego zanurzyć się w narracji we właściwy sposób. Naprawdę wierzę, że w tym roku w końcu ów z dawna odwlekany seans się ziści.

Jakie filmy zamierzacie nadrobić? Dajcie znać w komentarzach! 

 

Ostatnio dodane