Ranking

SZYBKA PIĄTKA #61. Ulubione filmy z najmniej lubianego gatunku/ów

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Nawet jeśli kochamy kino miłością bezgraniczną, staramy się oglądać niemalże wszystko i wyciągać z poszczególnych filmów jak najwięcej, także przyjemności, nie wszystkie gatunki lubimy tak samo. Ba, niektóre z nich przemawiają do nas na tyle słabo, że nie zapatrujemy się zbyt pozytywnie na kolejne filmy w danej konwencji. Piękno kina polega jednak między innymi na tym, że potrafi nas zaskoczyć i tym samym zachwycić nawet wtedy, gdy zupełnie się tego nie spodziewamy. Przyjemność jest tym większa, gdy naprawdę spodoba nam się film z gatunku, którego z jakichś względów zupełnie nie darzymy sympatią.

Dawid Konieczka – musical

  1. Miasteczko Halloween – Boże Narodzenie nie byłoby kompletne, gdyby zabrakło przesiąkniętego duchem Tima Burtona musicalu Henry’ego Selicka. To właśnie typowo burtonowskie elementy, jak wszechobecna makabra i groza połączone z czarnym humorem i ironią, niezwykłe, fantazyjnie wykreowane postaci oraz poklatkowa animacja sprawiają, że Miasteczko… jest dla mnie tym, czym dla wielu Polaków Kevin sam w domu – obowiązkowym seansem w czasie świąt. I nawet polski dubbing stoi na naprawdę wysokim poziomie — również w przypadku chwytliwych, niezapomnianych piosenek.
  2. La La Land – świat filmu zwrócił uwagę na Damiena Chazelle’a już po jego debiucie, Whiplash, ale to dzięki La La Land udowodnił on swoje doskonałe umiejętności reżyserskie. Cały aspekt warsztatowy jest wprost znakomity — od pracy kamery, przez prowadzenie aktorów, po użycie koloru. Ale musical to przede wszystkim muzyka. Chociaż zazwyczaj piosenki z filmów tego gatunku specjalnie do mnie nie trafiają, tak Justin Hurwitz w La La Land wprowadza utwory nacechowane ogromem emocji, które jednocześnie są wkomponowane w fabułę filmu tak organicznie, że nie ma tu mowy o sztuczności, której tak w musicalach nie cierpię.
  3. Skrzypek na dachu – wielkość tego filmu opiera się w zasadzie na dwóch elementach: wspaniale wykreowanych postaciach, z wulkanem charyzmy w osobie Tewje na czele, oraz niezwykle energetycznych utworach, silnie zakorzenionych w kulturze rosyjskich Żydów. Do tego przejmująca, tragikomiczna historia sprawia, że Skrzypek na dachu to jeden z najlepszych musicali w historii kina.
  4. 8 kobiet – sztuczność musicali i niedorzeczność sytuacji, w których wszyscy ni z tego, ni z owego zaczynają tańczyć i śpiewać zazwyczaj wywołuje we mnie zażenowanie i to pomimo faktu, że zdaję sobie sprawę z zasad gatunkowej konwencji. 8 kobiet François Ozona to szczyt sztuczności, ale jest to sztuczność jawna, samoświadoma, a przez to śmieszna, ujęta w wielki nawias umowności. To dodatkowo dodaje atmosfery niepoważności intrydze kryminalnej, a dzięki obsadzie złożonej z samych świetnych aktorek francuskiego kina Ozon łączy lekkość z gatunkową dekonstrukcją.
  5. Czarnoksiężnik z Oz – klasyka musicalu, która urzeka przede wszystkim ciepłem opowiedzianej historii okraszonej przepiękną oprawą audiowizualną. Chyba nie ma kinomana, który nie znałby historii Dorotki, psa Toto i ich trzech osobliwych towarzyszy. Rozmach i fantazyjność inscenizacji zachwycają, piosenki śpiewane przez Judy Garland (i nie tylko) zapisały się już na trwałe w kulturze popularnej, a uniwersalną opowieść o ucieczce od problemów zakończonej uświadomieniem sobie, że „nie ma jak w domu”, nawet dziś ogląda się z niemal dziecięcą fascynacją.

Jacek Lubiński

  1. Horror – nie przepadam za “potworami wyskakującymi z szafy”, wolę thrillery. Ale i w czystych straszakach da się znaleźć sporo dobra. W tym wypadku jednym z pierwszych tytułów automatycznie przychodzących na myśl jest Carrie (oczywiście oryginał). Przepiękne poetycka rzecz o koszmarze dorastania, z typową dla gatunku sceną, na którą zawsze daję się nabrać. Zresztą podobnie mam z obracającym się na pograniczu tego samego gatunku 28 dni później.
  2. Biograficzny – specyficzna rzecz, bo ekranowa sylwetka autentycznej postaci może przybierać formę różnych gatunków filmowych. I to właśnie na formę tutaj postawię – American Splendor to znakomity przykład atrakcyjnego spojrzenia na osobę dla nas kompletnie anonimową i udana próba zainteresowania nas jego życiem oraz twórczością.
  3. Dokument – najmniej interesujący kinomanów gatunek, mnie kompletnie nieprzyciągający, choć przecież jakże ważny w kontekście społecznym. Czasem jednak trafiają się filmowe perełki – i w takich kategoriach należy rozpatrywać Człowieka na linie, którego ogląda się jak rasowy heist movie (a już na pewno o wiele lepiej niż jego późniejszą, fabularną wersję z Hollywood).
  4. Bollywood – może nie do końca gatunek per se, ale generalnie nie cierpię. Głównie dlatego, że kino indyjskie to nie tylko takie podrasowane do przesady, oczojebne odpowiedzi na amerykańskie hity, ale przede wszystkim dlatego, że to niekończące się molochy, bardzo często poprzecinane dodatkowo zbędnymi numerami taneczno-wokalnymi, z których niemal każdy jeden brzmi i wygląda tak samo. Oglądając jednak takie rzeczy jak (wybrani kiedyś zupełnym przypadkiem) Trzej idioci, można łatwo dać się tej stylistyce ponieść (przynajmniej częściowo), a nawet i czegoś nauczyć…
  5. Dramat sądowy – jeden z najbardziej schematycznych gatunków. Jeśli widziało się jeden, to widziało się wszystkie – i to jest chyba największy grzech sądowych batalii. Postawię tu zatem na dwa tytuły, które mogę oglądać bez końca z takimi samymi emocjami: Anatomia morderstwa oraz Ludzie honoru, czyli przede wszystkim znakomite aktorskie pojedynki 1:1 i świetna inscenizacja dramatycznych procesów o śmierć i życie.

Agnieszka Stasiowska

  1. Chicago nie znoszę musicali. Jeśli jeszcze w disneyowskich filmach dla dzieci piosenki mi nie przeszkadzają – a nawet, jak ostatnio w przypadku Vaiany: Skarbu oceanu, zdarza mi się je lubić – tak koncepcja filmu dla dorosłych, w którym znienacka główna postać zaczyna tańczyć i śpiewać, budzi we mnie niesmak i irytację. Kilka wyjątków oczywiście jest, a najważniejszym jest Chicago Roba Marshalla. Zaskakująca obsada (śpiewający Richard Gere…? Do głowy by mi nie przyszło!), świetne układy taneczne (dynamiczny, doskonale dopasowany do akcji All That Jazz) i popisy wokalne pań (w tym absolutnie boskiej Queen Latifah w numerze When You’re Good to Mama) sprawiają, że Chicago to nie tylko mój ulubiony musical, ale i jeden z ulubionych filmów niezależnie od kategorii.
  2. Czarownica – lubię oglądać bajki dla dzieci, ale w wydaniu filmów animowanych. Te z aktorami rzadko kiedy do mnie trafiają – nie jest to fantastyka dla dorosłych, żeby akcja była dla mnie zajmująca, i nie jest to też kolorowa, odprężająca animacja, przy której mogę znowu poczuć się dzieckiem. W tej kategorii wyjątkiem jest Czarownica. Tak jak nie cenię zbyt wysoko umiejętności aktorskich Angeliny Jolie, nie podoba mi się wizualnie Elle Fanning i uważam, że dorabianie około-historyjek do znanych opowieści zwykle kończy się marnie, w przypadku tego filmu żadne z powyższych nie zmieni faktu, że Czarownica to spójna, świetnie zrobiona, zajmująca i ciekawa opowieść. Angelina wczuła się w rolę po mistrzowsku, sceny ze smokiem są pierwszego sortu, a zabawa w wypatrywanie dzieci Angeliny w tłumie aktorów nigdy mi się nie nudzi. I nigdy już nie spojrzę inaczej na króla Stefana z disneyowskiej Śpiącej Królewny, jak ze wstrętem.
  3. Bez przebaczenia – westerny zawsze będą mi się kojarzyły z nudnymi niedzielnymi popołudniami z czasów dziecięcych i z plastikowym do bólu Johnem Wayne’em. Może to niepopularna opinia, ale nie mogę się do niego przekonać, a razem z nim do reprezentowanego przez niego gatunku. Obejrzeć mogę, nie powiem, ale bez przesadnej przyjemności, a na pewno nie z wyboru. Wyjątków, jak w przypadku musicali, jest kilka, w tym Szybcy i martwi Sama Raimiego (ale tam grają Russell Crowe i Sharon Stone, może to coś tłumaczy…), ale na ich czele stoi niepowtarzalny Clint Eastwood w Unforgiven. W tym filmie doskonały jest on, doskonała jest historia, doskonałe jest wszystko.
  4. To właśnie miłość – niejednokrotnie już prezentowałam tu chyba opinię, że komedie romantyczne to zło. Najczęściej niewiele mają w sobie elementów porządnie komediowych, a elementy romantyczne budzą we mnie bestię. Schematyczność tych filmów wali po oczach i innych organach, i przynajmniej we mnie przedstawiane w nich historie nie budzą pozytywnych emocji. Wyjątkiem jest tutaj klasyk sprzed piętnastu lat – To właśnie miłość. To zasługa nie tylko wspaniałej obsady (Emma Thompson, Alan Rickman, Liam Neeson, Hugh Grant), ale i samych historii, które wyjątkowo mnie poruszyły. Od lat dla mnie ten film to obowiązkowa pozycja na świąteczne popołudnie.
  5. Wyspa tajemnic – OK, filmy z Leonardo DiCaprio to może nie jest oficjalnie gatunek, ale był taki moment, kiedy miałam wrażenie, że produkcje z jego udziałem to jeden niekończący się film. Ten sam trencz, ta sama fryzura, ta sama mina, historie tak podobne do siebie, że nie umiałam ich od siebie odróżnić. Wyjątkiem była zawsze Wyspa tajemnic w reżyserii Martina Scorsese, film, który w mojej opinii prześcignął literacki pierwowzór – a prozę Dennisa Lehane’a cenię sobie dość wysoko. Odróżniam, wyróżniam, oglądam po wielokroć.

Filip Pęziński

Nie tyle może nie lubię, bo żeby nie lubić, wypadałoby znać, a ja horrory niemal ignoruje. Kolejne (ponoć) lepsze i (ponoć) gorsze tytuły kompletnie mnie omijają. A jednak udało mi się znaleźć pięć filmów, po które sięgnąłem i które zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

  1. Lśnienie – film absolutnie hipnotyzujący i w którym perfekcjonizm Stanleya Kubricka okazał się znakomitym nośnikiem grozy. Mógłbym wracać bez końca i zawsze będę równie przerażony, co zachwycony.
  2. Dracula – bez wątpienia horror, ale operujący bardziej romantyzmem i klimatem niż bezpośrednią grozą. Urzekający stroną wizualną, zachwycający obsadą. Jeden z licznych powodów, dla których kocham Winonę Ryder.
  3. Jeździec bez głowyTim Burton od początku kariery przemycał do swoich obrazów elementy horrorów i grozy, ale tylko raz stworzył pełnokrwisty horror. Efekt jest naprawdę powalający.
  4. Halloween – reinterpretacja klasyka Johna Carpentera w interpretacji Roba Zombiego to kino mocne, ale i o dziwo także bardzo mnie wzruszające. Do finału wracałem niezliczoną liczbę razy.
  5. To – zeszłoroczna ekranizacja powieści Stephena Kinga to paradoksalnie dość kiepski horror (jeśli horror ma nas przestraszyć), ale znakomita historia o czającym się w ludziach złu i dziecięcej niewinności, która potrafi mu się przeciwstawić.

Ostatnio dodane