Ranking

SZYBKA PIĄTKA #46. Filmy, które obudziły w nas kinową pasję

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Przemysław Brudzyński

  1. Drzewo życiastosunkowo późno, bo dopiero w 2011 roku, po wielu latach zainteresowania kinem, odnalazłem reżysera, którego twórczość – w zasadzie cała – przemawia do mnie bardziej, niż czynią to inne znakomite filmowe dzieła. Utwory Malicka traktuję jako coś więcej niż dobre, wartościowe kino – oglądając je, odczuwam pewne pokrewieństwo duchowe, uświadamiam sobie, że twórca Cienkiej czerwonej linii osiąga coś, co udaje się bardzo niewielu nawet znakomitym artystom, przekracza granicę fikcji, fabuły, świata przedstawionego, docierając do wnętrza – do uczuć, marzeń, pragnień i tęsknot odbiorców tej sztuki. Każdy z jego filmów (choć nie każdy w takim samym stopniu) zajmuje szczególne miejsce pośród moich spotkań z szeroko pojętą kulturą. Drzewo życia to zaś najpełniejsze wyrażenie jego twórczego geniuszu, film tak piękny, odważny i bezkompromisowy, jak uczucia i idee, o których opowiada. Nie istnieje utwór, który traktowałbym w bardziej osobisty sposób i który w moich oczach lepiej wyrażałby magię kina.
  2. Lista Schindleraniełatwo ożywić na ekranie przeszłość, jeszcze trudniej sprawić, by stała się widzowi bliska. Spielbergowi udało się coś jeszcze bardziej skomplikowanego: ożywił prawdziwą historię świata, namacalną i bliską zwłaszcza w naszym kraju, o której wielu z nas nie chciałoby pamiętać; sprawił, że nie da się pozostać wobec niej obojętnym. Niewątpliwie istnieje podświadoma pokusa, by zdystansować się wobec doświadczeń tak dramatycznych i emocjonalnie wyniszczających, jak Holocaust; by odsunąć je od siebie i, żyjąc uporządkowaną codziennością, starać się z ich ponurym dziedzictwem nie mierzyć. Lista Schindlera znacznie utrudnia to zadanie; za pomocą inteligentnego scenariusza, łączącego niezwykłą symbolikę i bezkompromisowy realizm, znajduje ludzi zarówno w ofiarach, jak i w oprawcach, starając się zawsze oddawać sprawiedliwość opowiadanej historii i obrazować Prawdę. Finał dzieła zaś – być może najwspanialszy, jaki widziałem w kinie – był jednym z najwcześniejszych moich doświadczeń tego, jak wiele film (i sztuka w ogóle) może powiedzieć o tym, co naprawdę stanowi o istocie naszego człowieczeństwa.
  3. Piknik pod Wiszącą Skałązanim poznałem arcydzieła Wernera Herzoga i zafascynowałem się rodzimymi produkcjami z pogranicza filmowej baśniowości takimi, jak choćby Wino truskawkowe Jabłońskiego, jednym z pierwszych kinowych spotkań z mistycyzmem i rzeczywistością nadprzyrodzoną był dla mnie seans owego dziwnego, nieprzeniknionego obrazu Petera Weira. Już sam kraj pochodzenia i arena przedstawianych wydarzeń nadaje dziełu szczególnego charakteru; Australia – ów enigmatyczny i po dziś dzień nie w pełni odkryty kontynent, kraina z marzeń, tak odległa i inna, że aż odrobinę nierzeczywista. Piknik pod Wiszącą Skałą zawiera minimalną liczbę elementów fabuły, osnutej wokół tajemniczego zaginięcia dziewcząt z elitarnego Appleyard College, zaś maksymalnie mocno koncentruje się na kreowaniu niezwykłego, nieopisywalnego słowami klimatu i obrazowaniu duchowości zaklętej w naturze – groźnej i pięknej dziką, pierwotną urodą. Choć od czasu mojego pierwszego seansu Pikniku… minęło wiele lat, film Weira pozostał ze mną i wciąż do mnie powraca. To więcej niż dobre kino – to przeżycie i doświadczenie.
  4. Plac Zbawiciela mówi się, że żaden film nigdy nie odda rzeczywistości w pełni i że w żadnym dziele sztuki bohaterowie nie mówią językiem ludzkiej codzienności. To zapewne (na szczęście) prawda; jeśli jednak istnieje pewna wąska grupa obrazów, w których przedstawione realia do złudzenia przypominają otaczający nas świat, to Plac Zbawiciela ma wśród nich zapewnione miejsce.  Bez żadnych wątpliwości, nikt nigdy nie obejrzy tego wspólnego dzieła małżeństwa Krauze z powodów eskapistycznych. To doprawdy bezwzględny obraz naszej rzeczywistości, relacji międzyludzkich i patologii układów społecznych, jakie nimi rządzą. To dzieło do głębi wstrząsające; jeden z tych filmów, do których niechętnie wraca się nie z racji ich niedoskonałości, lecz z powodu wrażenia i wpływu emocjonalnego, jaki wywierają. Wcześniej i później w mojej filmowej edukacji przychodził czas na inne doświadczenia, po których trudno się otrząsnąć, jak choćby Idź i patrz Klimowa czy Drabina Jakubowa Lyne’a. A jednak to właśnie Plac Zbawiciela, ze względu na ów rzadko spotykany poziom emocjonalnego i fabularnego realizmu, wzbogaconego ponadprzeciętnym talentem artystycznym twórców, wciąż pozostaje dziełem najsilniej oddziałującym. Odczucia, które ze sobą przyniósł, pozostały ze mną na trwałe – nawet jeśli najczęściej wolałbym o nich nie pamiętać.
  5. Filmy przyrodnicze (różne) – nie byłoby naszej fascynacji kinem, gdyby nie wczesne, jeszcze na wpół świadome, inicjacyjne spotkania z magią ekranu i jego oddziaływania na nas – nie tylko za pomocą słów, ale czasem, może przede wszystkim – za pomocą obrazu i dźwięku. W moim przypadku bodaj największą rolę w kształtowaniu tej świadomości odegrały nie tyle dzieła stricte fabularne, co te dokumentujące przyrodę otaczającego nas świata. W połączeniu z realnymi doświadczeniami spotkań z naturą – tą mniej i (zwłaszcza) tą bardziej dziką, wzbudziły wieloletnią fascynację, która przetrwała różne okresy mojego życia, aż do dziś – fascynację światem odsuniętym w codzienności życia w mieście na boczny tor, który jednak, gdy zostanie przywołany, powraca ze zdwojoną siłą. Późniejsze spotkania z bardziej artystycznymi wizjami natury opierały się właśnie na tych z lat wczesnych, jeszcze dziecięcych – ze światem przyrody ożywionej i nieożywionej, egzotycznej i całkiem bliskiej. Spotkania te przynosiły całkiem bezwiednie wówczas rosnącą świadomość tego, że istnieje w naturze pierwiastek wyjątkowości i głębszej duchowości, pierwiastek tak bardzo wyraźny, że aż niemal namacalny, pierwiastek, który w świecie ludzkim nierzadko tak trudno jest poczuć.

Jacek Lubiński

  1. Nowa nadzieja – pierwszy obejrzany film fabularny, nie będący animacją. To ryje beret, wychodząc zdecydowanie dalej poza zwykłe „być jak Han Solo, słuchać ryku Chewbacci i patrzeć, jak księżniczka Leia układa się do twoich stóp”.
  2. Wielki błękit – pokazana w taki sposób miłość Luca Bessona do oceanu po prostu musiała przełożyć się na miłość do kina jako taką.
  3. Pewnego razu na Dzikim Zachodzie – Perfekcyjne zespolenie obrazu, dźwięku i muzyki; znakomita, wielowarstwowa historia z galerią niezwykle barwnych postaci. I te pamiętne zbliżenia. Esencja kina w pełni pokazująca jego siłę. Po tym już nic nie było takie, jak przedtem.
  4. T2 – Płynny metal, Arnuld at his best i „I’ll be back” właściwie wystarczają za definicję czystej, kinowej rozrywki, nie będącej jedynie pustą, odmóżdżającą papką. Tutaj zwłaszcza pytanie „jak oni to zrobili?” (połączone z podekscytowaniem w rodzaju „ja też tak kcę!”) nie mogło pozostawić obojętnym.
  5. Kino Nowej Przygody – nie da się wybrać z tych wszystkich Spielbergów, Lucasów (z tym jednym, powyższym wyjątkiem), Zemeckisów, Howardów, Dantech czy Carpenterów tylko pojedynczych dzieł, które „zrobiły swoją robotę”. Tutaj zadziałał dogłębnie cały nurt, nadal nie mający sobie równych względem inspiracji, zapożyczeń oraz oddziaływania na wyobraźnię.

+ Jack Nicholson – odkąd pamiętam, zawsze był gdzieś tam, choćby w tle, zawsze zawadiacko uśmiechnięty, prowokujący, zarażający swoją ekranową bytnością. Buddusky, JJ Gittes, McMurphy, Jack Torrance, Daryl Van Horne, pułkownik Jessep, George Hanson, sadystyczny Wilbur Force, pocieszny Warren Schmidt… – współczesne kino bez Jacka byłoby puste i w jakiś sposób wyprane z szaleństwa zachęcającego do wejścia w jego głąb.

Karolina Chymkowska

Niekończąca się opowieść – film mojego dzieciństwa, pierwszy widziany w kinie, do którego wracam wciąż tak samo chętnie. Mnóstwo wzruszeń z nim związanych, morze łez wylane nad słynną sceną na bagnie, galopująca Nicość pochłaniająca cały świat, aż serce bolało – jednak wszystko wynagradza końcowy lot, od którego ciepło się robi na duszy. I Falkor. Kocham Falkora. Gdybym miała wskazać ten początek początków, to byłoby właśnie to.

Filmy Chaplina – nie tylko Chaplina zresztą, również Flipa i Flapa czy Bustera Keatona. Oglądane wspólnie z tatą, dostarczały mi mnóstwo radości i inspiracji do podwórkowych zabaw. A gdzieś tam głębiej, bez udziału mojej świadomości, rodziła się powoli fascynacja i podziw dla filmowej magii.

Ojciec chrzestny – to z kolei pierwsze zetknięcie z poważniejszym kinem. Również dzięki tacie. Kluczowy moment, kiedy zaczęłam rozumować takimi kategoriami jak fabuła, dialogi, scenariusz, kreacja aktorska. Nadal trylogia Coppoli zajmuje wysokie miejsce na liście filmów mojego życia.

Willow – podróż w piękny świat fantasy, który ożywił moją wyobraźnię, wzbudził żądzę przygód i pragnienie wyruszenia (teraz, zaraz, natychmiast!) na jakąś fantastyczną misję. To również dzięki Willow odkryłam, że można film interpretować na wielu płaszczyznach, dosłownej i metaforycznej.

Robin Hood: Książę złodziei – pierwszy film, jaki oglądałam na domowym magnetowidzie, który sprawili sobie dziadkowie. Ależ się emocjonowałam! Ależ zaciskałam kciuki za powodzenie planów Robina i jego ekipy! Jak płakałam nad ślepym Duncanem! Kiedy tylko mam okazję, robię sobie powtórkę. Nigdy mi się nie nudzi.

Ostatnio dodane