Ranking

SZYBKA PIĄTKA #18. Filmy, które znacząco straciły z kolejnymi seansami

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Ewelina Świeca

1. Na wschód od Edenu – oglądany przed laty hipnotyzował, a to za sprawą roli legendarnego Jamesa Deana. W ogóle nie przeszkadzała mi przesada w gestach, mimice, poruszaniu się aktora. Pełna fascynacja! Minęły lata i dziś drażni przerysowanie emocji oraz przesadna ekspresja gry Deana. Te jego szarpaniny, szturchańce i zbolała mina pięciolatka sprawiają, że postać zatraca realizm, wiarygodność. Chociaż mam świadomość, że taki był zamysł roli, zgodnie z metodą Stanisławskiego. Jednak inni aktorzy tego filmu, którzy grają mniej „wybuchowo”, wydają się naturalniejsi, przekonują mnie. Co do samej formy filmu Kazana obiekcji nie mam, tyle że samego Deana w filmie jest tyle, iż trudno ogląda mi się całość.

2. Z odzysku – gdy pierwszy raz widziałam ten film Fabickiego, dostrzegałam w nim same plusy, np. symboliczną wymowę, temat, przedstawiony świat. Widziałam ogromny potencjał reżyserski i zapał młodego twórcy. Natomiast po obejrzeniu „Miłości” i zachwyceniu się tym nowym filmem reżysera, postanowiłam wrócić do „Z odzysku”, żeby porównać na świeżo oba obrazy. I tu szok: kiepskie dialogi, w dodatku słabo zagrane. Kreacja Antoniego Pawlickiego (główny bohater) w ogóle do mnie nie trafia, mimo że mamy do czynienia z ciekawą historią oraz interesującą, dynamiczną postacią. Film ukazał mi się niczym wprawki reżyserskie, ciekawy pomysł filmowy, który można by nakręcić raz jeszcze.

3. Urodzeni mordercy – film kultowy, kontrowersyjny, ważny, ciekawy, ale przy drugim oglądaniu znudził mnie swoją destrukcyjnością i groteskowością, to znaczy ich nadmiarem, nagromadzeniem. Rozumiem wizję reżysera, ale za drugim razem film wywołał we mnie przesyt i nużył, już nie bawił tak jak kiedyś, nie zachwycał swoim demaskowaniem zła, przemocy oraz ich medialności poprzez ciągłą eskalację. Zdecydowanie przegrywa z Bonnie i Clyde, Prawdziwym romansem czy Pulp Fiction.

4. Pachnidło – w tym przypadku film stracił nieco blasku i powabu po lekturze książki Patricka Süskinda. I nie chodzi o to, że w filmie czegoś brakuje, coś ominięto czy pokazano inaczej niż w książce. Nie mam tych kwestii w ogóle na myśli. Sądzę, że czytanie Pachnidła o wiele bardziej pobudza wyobraźnię i dostarcza głębszych doznań niż film. Więcej emocji i wrażeń dostarcza czytanie o zapachu w wydaniu Süskinda niż oglądanie tych zapachów na ekranie, mimo że obraz Toma Tykwera świetny, dobrze zrobiony i wciąga w przedstawiony świat.

5. Pokłosie – za pierwszym razem temat filmu i estetyka zdjęć przyćmiły mi braki w narracji i dialogach. Naiwność, niewiarygodność, sztuczność dialogów oraz nienaturalna, zbyt nachalna zbieżność spotkań, natknięć na siebie postaci (by podtrzymać akcję) dostrzegłam w filmie za drugim razem. Nie przekonuje mnie to, że na tak głębokiej wsi (jak chciano miejsce akcji pokazać) ludzie nie mówią po wiejsku, a jedynie szybko i nieco innym szykiem zdań, do tego wygłaszają mądrości rodem z książek. Gra Stuhra też jakoś wyblakła, może właśnie przez tę niewiarygodność jego dialogów. Dostrzeżone braki nie pozwalały mi „chłonąć” po prostu filmu, skupić się na jego treści.

Szymon Pajdak

1. Avatar – pamiętam, że cierpiałem na „Avataromanię”, w kinie byłem 3 razy i za każdym razem bawiłem się tak samo dobrze. Świat Pandory i historia Jake’a zassały mnie i nie puszczały przez długi czas. Kolejny seans, już w domowym zaciszu, sprawił, że zacząłem się zastanawiać, co tak naprawdę podobało mi się w filmie Camerona? Strona techniczna, mimo że świetna, zaczyna męczyć jaskrawością i nagromadzeniem kolorów, historia wydaje się jeszcze słabsza, a długość filmu sprawia, że podczas seansu zaczyna boleć tyłek. Wiem, że długo do „Avatara” nie wrócę.

2. Mroczny Rycerz powstaje – ponownie film, gdzie nakręcony do granic możliwości wyszedłem z kina zachwycony. Z perspektywy czasu tylko Bane, Catwoman i ośnieżone Gotham wychodzą obronną ręką. Dziur w fabule jest tak dużo, że człowiek co chwila łapie się za głowę, a głupota niektórych akcji wręcz poraża. Jednak największym zarzutem, który za pierwszym razem zwyczajnie olałem, jest brak Batmana w filmie o Batmanie! To niedopuszczalne, że ten bohater i jakby nie było główna postać pojawia się na ekranie przez około 15 minut!

3. Niesamowity Spider-Man – fanem pająka nigdy nie byłem, ale ucieszyłem się, kiedy usłyszałem o reboocie tej serii, bowiem filmy Raimiego nigdy mi specjalnie nie leżały. Za pierwszym razem wyglądało to nawet nieźle. Fajna chemia między postaciami, charakter głównego bohatera, niezły Garfield i nieco poważniejszy ton. Za drugim razem nie byłem w stanie wytrzymać do końca.

4. E.T. – klasyk, który oglądany za dzieciaka zachwycał, a obecnie sprawia, że zasypiam w fotelu. Nie odmawiam mu tego, że dalej potrafi wzruszyć, ale całość jest zwyczajnie nudna i nie czaruje tak jak kiedyś.

5. Anakonda – w gimnazjum hicior. Ogromny wąż, dżungla, jeden mega kozak i cała reszta. Obecnie nie mogę na to patrzeć. Efekty postarzały się niemiłosiernie, Voight robi z siebie jakąś parodię, a Ice Cube gra jednym wyrazem twarzy. Jedyne, co jest ponadczasowe, to Jennifer Lopez i jej walory, ale to niestety nie ratuje tego filmu.

Krzysztof Walecki

1. Shrek –  uwielbiana przez wszystkich animacja z każdym kolejnym seansem traci, choć podejrzewam, że wynika to poniekąd ze zmęczenia materiału – średnio 3 razy do roku można ją obejrzeć w telewizji. Osobiście mam już dość zarówno postmodernistycznego zacięcia, jak i piosenek zespołu Smash Mouth. Szybko zestarzał się ten film, za to część drugą mogę oglądać do woli.

2. Niesamowity Spider-Man – kinowy seans nowego Spider-Mana zaliczyłem do udanych, ale gdy zobaczyłem film Webba kilka miesięcy później, wydał mi się on nudny i średnio widowiskowy. Wątek romantyczny jest jak najbardziej wygrany, jednak w pierwszej kolejności jest to komiksowe kino akcji, a tej tu jak na lekarstwo. Do tego pomysł, aby jeszcze raz przedstawić genezę Człowieka-Pająka, uważam za chybiony. Coś czuję, że w kontynuacji znów dostaniemy nastoletni melodramat z kilkoma efektami specjalnymi.

3. Mission: Impossible II – po znakomitej pierwszej części kontynuacja była rozczarowująca już w dniu premiery, ale jeśli oceniać ją w oderwaniu od poprzednika, broniła się całkiem nieźle. Dziś jednak z całą pewnością mogę powiedzieć, że nie lubię filmu Johna Woo. Podobnie jak przy „Spider-Manie” większy nacisk jest położony na historię miłosną niż widowisko, które, gdy się już pojawia, jest najwyższych lotów (finał jest genialnie zrealizowany). Choć Thandie Newton wygląda tu wspaniale i tworzy z Cruisem ładną parę, to niestety nie przekłada się to na ciekawą historię – przez pierwszą godzinę tak naprawdę niewiele się dzieje, a największym grzechem kina akcji jest brak akcji.

4. Zabójcza broń 3 – uwielbiam cykl Richarda Donnera, a ostatni seans części trzeciej utwierdził mnie w przekonaniu, że ten człowiek jest geniuszem. Scenariusz tu jest tak zły, nielogiczny i pełen cudownych zbiegów okoliczności, że tylko dzięki talentowi Donnera nie mamy do czynienia z klapą. Dawniej był to dla mnie przykład doskonałej komedii sensacyjnej, w której wszystko pozostawało w idealnych proporcjach. Obecnie widzę, że tego wszystkiego jest tu za dużo (tempo szaleńcze, śmiechu co niemiara), tylko po to, aby zakryć wady scenariusza.

5. Szybcy i martwi – strasznie statyczny western. Za dzieciaka tego nie dostrzegłem, podobał mi się styl filmu Raimiego, główne role oraz pojedynki same w sobie. Dziś natomiast widzę, że za tym wszystkim kryje się niezbyt oryginalna fabuła i totalny bezruch – jest miasto, są pojedynki, a z każdym ubywa bohaterów. Nic więcej tu nie ma.

Ostatnio dodane