Ranking

SZYBKA PIĄTKA #17. Filmy, które bardzo zyskały po kolejnych seansach

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Karolina Chymkowska

  1. Władca Pierścieni – nadal mogłabym bez namysłu wyliczyć całą listę irytujących mnie wad. Ale z każdym kolejnym seansem powoli przestawały się liczyć, ustępując przed tym, co w fajerwerkach wizualnych Jacksona dobre. Z niemałym trudem, ale nauczyłam się patrzeć na film i książkę jako na dwie odrębne całości i tym samym czerpać z oglądania Władcy… niekłamaną przyjemność.
  2. Kasyno – to już było, pomyślałam po pierwszym seansie. Nazywało się Chłopcy z ferajny i stało kilka poziomów wyżej. I zabierzcie mi sprzed oczu tę rozwrzeszczaną Sharon Stone! Jednak z czasem doceniłam mroczny portret skorumpowanego Las Vegas, odnalazłam w nim świeżość wybijającą się ponad formułę zapoczątkowaną w Chłopcach z ferajny, inaczej rozłożone punkty ciężkości, inną perspektywę. Zaakceptowałam nawet Sharon – ostatecznie chodzi właśnie o to, by była tak upiornie irytująca.
  3. Aż poleje się krew – przekonanie, że mam do czynienia z czymś dobrym, po pierwszym kontakcie z filmem Andersona było u mnie kwestią bardziej przeczucia niż czegokolwiek innego. Uzasadnić bym nie zdołała. Trudno też byłoby znaleźć dla niego określenia inne niż „cóż… dziwny”. Czy oczekiwałam czegoś innego? Być może. Czy byłam zawiedziona, że tego nie dostałam? W pierwszym odruchu tak. Dzisiaj jednak cieszę się, że dostałam coś zupełnie innego. Coś absolutnie samoistnego i jedynego w swoim rodzaju. Tę „dziwność”, która narzuca się myślom i nie pozwala o sobie zapomnieć.
  4. Titanic – po raz pierwszy obejrzany na wyjątkowo nieudanej randce, ani mnie nie wzruszył, ani nie poruszył, a na dodatek trwał zdecydowanie za długo. Byłam gotowa powtarzać, że to ckliwa, przesłodzona i płaska jak naleśnik historia miłosna w rozbuchanej oprawie wizualnej. Kolejny seans w komfortowej samotności sprawił jednak, że zmieniłam zdanie. Polubiłam bohaterów, dałam się porwać, zaczęłam czekać na poszczególne sceny, doceniać drobiazgi, a nie tylko ogólny imponujący rozmach.
  5. Osada – przy pierwszym podejściu kwestia osławionego twistu, zakończenia i całej otoczki w postaci dyskusji, która się wokół filmu Shyamalana toczyła, przesłoniła mi wszystko, oczywiście negatywnie. W „Osadzie” jest jednak przecież więcej – fantastyczna muzyka, cudowna scena z ręką w ciemnościach, świetne operowanie kolorami, urocza delikatność Bryce Dallas Howard, Adrien Brody zawieszony na granicy między psychozą a dziecięcą niewinnością. Ten film ma klimat wykraczający poza meandry scenariusza. Finał nie jest aż taki istotny.

Rafał Oświeciński

  1. Teksańska masakra piłą mechaniczną – jeszcze parę lat temu synonim bezsensownej ekranowej przemocy. Dziewczyna ucieka, drze się wniebogłosy, goni ją koleś z piłą mechaniczną. Ot, brutalność i gwałt, który jest fetyszyzowany, a jakoś nie mogłem przełknąć takiego filmowego zakalca, który tak serio i bez ogródek pokazuje kawał zabójczej rzeczywistości. Nietrudno mi wskazać moment, w którym film Hoopera zacząłem bardzo doceniać – był to okres premier tych wszystkich torture porn z sequelami Pił, Hostelami i innymi horrorowymi pustakami, które bazowały na szokowaniu przede wszystkim. Hooper, wbrew pozorom, postawił na coś zupełnie innego, wszak krwi w jego filmie niewiele – postawił na pokazanie prymitywnego, bezmyślnego zła wypełzającego z brudnego, śmierdzącego świata. I to wszystko na poziomie dużego realizmu skąpanego w jakiegoś typu… surrealizmie. Dzieło niesamowite, jedyne w swoim rodzaju – odpychające i fascynujące.
  2. Matrix 2 & 3 – oczywiście trudno zapomnieć o wątku mesjanistycznym w Rewolucjach, niemniej sequele Matrixa to spektakularne i wyjątkowe kino akcji. I przy okazji bardzo ambitne, złożone z przeróżnych kontekstów. W swoim czasie obie części były przede wszystkim rozczarowaniem po kultowej “jedynce”, jednak z czasem wydaje mi się, że “Reaktywacja” i “Rewolucje” nabierają dużych rumieńców. Pokłony przed pomysłowością Wachowskich.
  3. Przyczajony tygrys, ukryty smok – pierwsze zetknięcie z wuxia było bolesne. Walka w drzewach? Skakanie wielkimi susami po dachach? Ekwilibrystyka walk godna Dragon Balla? Zderzenie było brutalne, a pierwszy odbiór za bardzo skupiony na tym, co niezrozumiałe, absurdalne. Otrzeźwienie przyszło wraz z prostą konstatacją: to walka nie tyle fizyczna, ile walka dusz, sumień, charakterów – film Lee to dosłowna ekranizacja tychże. Piękna, wyjątkowa sprawa, tym bardziej wartościowa, że sama historia jest cicha, intymna, skupiona na szczerych emocjach.
  4. Rambo: pierwsza krew – na kasecie TDK, ultranowoczesnej 360 minut, miałem nagrane 3 części przygód Johna Rambo. Jedynka zawsze była przeze mnie traktowana jako ten film, który zawadza w dostaniu się do genialnej “dwójki” i nie mniej wspaniałej “trójki” – inny klimat, mniejsza sieczka i jeszcze cierpiętnicze monologi na koniec. Dopiero po latach zacząłem “Pierwszą krew” doceniać nie tylko w ramach historii o Rambo, ale i pod względem czysto dramaturgicznym z bardzo wyraźnym tłem psychologicznym (postwojenna trauma). To dojrzałe, niegłupie kino znaczące więcej, niż się zwykle wydawało.
  5. Miami Vice – od Michaela Manna. Człowiek, który zrobił Gorączkę, najlepszy film sensacyjny w historii kina, bierze się za Miami Vice? To nie mogło nie intrygować, dlatego rozczarowanie było gigantyczne – irytujące cyfrowe zdjęcia, mizerna i niespójna akcja, przesadny lans i zerowa chemia między bohaterami. Wiecie co? Kolejny seans odwrócił wszystko do góry nogami – po pierwsze, zdjęcia są przepiękne i trzeba być wyjątkowo ślepym, żeby nie zauważyć znakomitej kompozycji kadrów. Po drugie bohaterami są 100-procentowi faceci – twardzi, nieustępliwi, pewni siebie i najważniejsze: nie mielący bez potrzeby jęzorem. To widok pewnych archetypów męskości w lekko mizoginistycznym sosie – cudownie konserwatywnie, niemodnie i pod prąd. Wszystko zaczęło się ze sobą odpowiednio kleić, a wcześniej wyczuwalny chaos okazał się być niesamowitą konsekwencją Manna w kreowaniu bohaterów, ich światopoglądu, potrzeb i słabości.

Ostatnio dodane