Ranking

SZYBKA PIĄTKA #112. Najgorsze role ulubionych aktorów

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Przemysław Mudlaff

1. Marion Cotillard – wiem, że wypominanie Marion tej roli może być już dla wielu nudne, ale – na skrzydła Batmana! – jak Nolan mógł sobie pozwolić, żeby w jego efektownym zwieńczeniu trylogii o Mrocznym Rycerzu tak ważna postać, jaką bez wątpienia jest Miranda Tate/Talia al Ghul, była tak nudna i nieinteresująca? Cofnijmy się do 2011 roku, bowiem to wtedy rozpoczęły się zdjęcia do filmu Mroczny Rycerz powstaje (2012). Marion Cotillard z Oscarem i wcześniejszym udanym występem w Incepcji na koncie miała wszelkie predyspozycje, by znów z powodzeniem zagrać u Nolana. Wydawać mogłoby się więc, że trzecia odsłona przygód Batmana tylko potwierdzi wypracowany przez paryżankę status gwiazdy. Tymczasem bezbarwny występ zakończyła jedna z najokropniej odegranych scen śmierci w dziejach kina. Koncert drgawek i spazmów przedśmiertnych Marion przypomina bowiem tzw. mioklonie, czyli napadowe zaburzenia ruchowe występujące u niektórych osób przed zaśnięciem.

2. Daniel Day-Lewis – przykład Daniela Day-Lewisa potwierdza, że nawet największym, najbardziej wybrednym i precyzyjnym aktorom w historii kina przydarzają się wpadki. Mowa tu o jego występie w produkcji Nine – Dziewięć (2009) Roba Marshalla. Film będący ekranizacją wychwalanego broadwayowskiego widowiska, które z kolei jest musicalową wersją legendarnego Osiem i pół Felliniego, okazał się rozczarowującym niewypałem. Niestety duża w tym zasługa Daniela Day-Lewisa. Jego gra w roli kabotyna, wypalonego artysty Guido Continiego, okazała się bowiem zupełnie chybiona i przeszarżowana. Co gorsza, karykaturalny występ Day-Lewisa przyćmił pozostałe gwiazdy produkcji, przez co w rezultacie otrzymaliśmy nudną ekranizację znakomitego musicalu.

3. Marlon Brando – kolejne legendarne nazwisko w mojej piątce. Nieudany występ Marlona Brando w filmie Wyspa doktora Moreau (1996) Johna Frankenheimera nosi jednak znamiona szaleństwa (depresja po stracie córki), które zawładnęło aktorem pod koniec jego kariery. Jak bowiem inaczej nazwać zachowanie Brando na planie wymienionej produkcji, skoro zmusił twórców do zatrudnienia poznanego poza planem karzełka albo zdecydował się na noszenie na głowie podczas zdjęć wiadra z lodem. Napięcie wywołane absurdalnością zachowań Marlona Brando podczas kręcenia scen wdarło się do filmu, który jest jednym wielkim bałaganem, dziwadłem i chaosem.

4. Jack Nicholson – należę do grupy ludzi, którzy uważają Jacka Nicholsona za najwybitniejszego aktora wszech czasów. Niełatwo jest więc mówić mi o jednej z jego artystycznych porażek, za jaką uznaję film Dwóch Jake’ów (1990). Dwadzieścia kilogramów po Chinatown (1974) powraca tu bowiem Jake Gittes , a więc rola, która otworzyła aktorowi drogę do sławy. Jake z 1948 roku nie jest już jednak tym samym człowiekiem, co wcześniej i widać to także w grze Nicholsona, którego występ jest bardzo nierówny, a chwilami wydaje się pozbawiony zaangażowania. Nie zmienia to jednak faktu, że oddałbym bardzo dużo, aby jeszcze kiedyś zobaczyć film z udziałem Jacka, nawet jeśli byłaby to produkcja formatu Dwóch Jake’ów.

5. Jodie Foster – na koniec aktorka, której bardzo zły występ wprawił mnie w osłupienie. Uwielbiam Jodie Foster, ale jej kreacja w Elizjum (2013) Neilla Blomkampa po prostu mnie wku***ła. Odmłodzona, krótko ścięta Jodie mogła być przecież naprawdę cudowną złą postacią, taką, którą się z przyjemnością nienawidzi. Tymczasem miota nią jak szatan w praktycznie każdej scenie. Aktorka ewidentnie nie wie, jak zagrać Delacourt, brakuje tu jakiejkolwiek konsekwencji prowadzenia postaci, a pomysł dziwnego akcentu jest co najmniej absurdalny. Nieprzekonywający, płaski i irytujący występ.

Agnieszka Stasiowska

1. Jake Gyllenhaal – jeden z moich ulubieńców. Zawsze miałam wrażenie, że nie tylko starannie dobiera sobie role, ale też pracuje nad nimi, kształtując je w ten sposób, żeby nosiły jego wyraźny znak. Potrafi zagrać wiele, wiele ze swojej postaci wyciągnąć – albo po prostu dobrze się z nią bawić, zapraszając do wspólnej zabawy widza (Książę Persji, 2010). To, co moim zdaniem kompletnie mu się nie udało, to podwójna rola Anthony’ego i Adama w filmie Denisa Villeneuve’a Wróg (2013). Film jako taki jest mętny i mało spójny, co z pewnością nie ułatwiało mu sprawy, ale i sam Gyllenhaal rolę potraktował na pół gwizdka, nie dając tym razem swoim postaciom nic z siebie, a tym samym pozbawiając je głębi.

2. John Malkovich – aktor, którego wizytówką jest niepokojąca nuta szaleństwa. Z taką samą wirtuozerią potrafi zagrać zmanipulowanego, nieco zbyt wolno myślącego Abla (Król Olch, 1996), dobrodusznego, nieświadomego swej siły Lenniego (Myszy i ludzie, 1992) i nieodparcie pociągającego, błyskotliwego i do szpiku kości złego Valmonta (Niebezpieczne związki, 1988). Ma na koncie mnóstwo ról, a ja, będąc pod nieustannym wrażeniem jego talentu, do dziś pamiętam wielkie rozczarowanie, jakim była płytka rola w płytkim filmie Mężczyzna idealny (1987, rok wspaniałego Imperium słońca). To nie był początek, to nie był debiut, przetarcie ścieżki. Być może był to eksperyment – wyjątkowo nieudany.

3. Natalie Portman – w chwili, w której mała Matylda pojawiła się na ekranie, zapadła głęboko w moje serce. Od tego momentu nader często spotykam się z nią w salach kinowych lub w zaciszu własnego domu z fascynacją graniczącą z uwielbieniem. Nawet, gdy film, w którym gra, mnie osobiście nie porywa (Anihilacja, 2018), patrzę na nią zawsze z dużą przyjemnością. Z jednym wyjątkiem. Nie mogę, po prostu nie mogę znieść Portman w roli Padme Amidali. Nie ma w tej postaci nic, na czym można byłoby zbudować podziw, sympatię czy choćby sentyment. Natalie przyszła na plan, odpracowała swoje, skasowała czek i poszła. Rozumiem, że chciała być częścią tak legendarnego projektu, ale chyba jednak mogła to sobie darować.

4. Clint Eastwood – gigant kina. Ma na koncie tyle wspaniałych, ikonicznych wręcz ról, że mógłby obdzielić sporą gromadkę współczesnych aktorów. Swego czasu blady strach padł na fanów, ponieważ Eastwood zapowiedział, że więcej nie zagra, że od tej pory bawić się już będzie wyłącznie po drugiej stronie kamery. Było to chyba przy chwytającym za serce Gran Torino. Niestety, nie dotrzymał słowa. W zeszłym roku powstał Przemytnik, słaby film z jednowymiarową rolą, którą Eastwood zagrał na jednej, zmęczonej minie. Jeśli taki był jego zamysł, to nietrafiony. Oby nie powtórzył już tego błędu.

5. Anthony Hopkins – sir Hannibal-Kanibal. To aktor o niespotykanym magnetyzmie. Jego chłodne spojrzenie budzi najprzeróżniejsze emocje. Chodząca doskonałość w Okruchach dnia, uosobienie okrucieństwa w Milczeniu owiec – potrafi także pokazać całkowicie ludzkie, kruche oblicze, jak np. w Dowodzie. Z pewnością nie narzeka na brak dobrych propozycji ani na nudę czy stagnację zawodową, nie wątpię też, że ma co do garnka włożyć. A jednak w roku 2004 potknął się na gładkiej drodze swojej świetlanej kariery, przyjmując rolę Ptolemeusza Sotera w dramacie Aleksander. Pomijając sam film, rola Hopkinsa była w zasadzie marginalna, bez jego postaci, smutno papierowej, historia niewiele by straciła – swobodnie można by go zastąpić głosem z offu. W latach późniejszych Hopkinsowi zdarzały się mniej ambitne produkcje, w których występował w charakterze równoważącego szaleństwo fabuły mędrca, ale ta była chyba pierwsza – a na pewno z nich wszystkich najgorsza.

Ostatnio dodane