Ranking

POSTACI SPONIEWIERANE PRZEZ ŻYCIE. Filmowe morze smutku i beznadziei

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Wywoływanie skrajnych emocji u widza przez kino to ciekawy fenomen. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że oglądamy fikcję powołaną do życia przez reżysera, scenarzystę, aktorów i montażystów, ale to nie przeszkadza nam w głębokim przeżywaniu losów nierzeczywistych postaci. To nie lada sztuka sprawić, że zupełnie zapomnimy o ekranie oddzielającym nas od filmowych zdarzeń i zaangażujemy się w nie całym sercem. Dodatkowo z jakiegoś powodu bardzo chętnie oglądamy dzieła, które przez dużą część czasu przepełniają smutkiem albo wręcz przygnębiają. Twórcy filmowi lubią poniewierać nas emocjonalnie, a my prosimy o więcej. Wystarczy spojrzeć na najczęściej nagradzane tytuły albo ponadczasowe klasyki uwielbiane przez szeroką publikę – ileż tam bólu i rozpaczy! Jest coś oczyszczającego w oglądaniu perypetii postaci, którą na każdym kroku spotyka tragedia, a pod koniec wszystko wraca na właściwe tory albo chociaż zostawia nas z iskierką nadziei. Takie katharsis pozwala nam skonfrontować własne dramaty i niepowodzenia z innymi, zyskać szerszą perspektywę oraz zrozumieć, że nie można porzucać wiary w lepsze jutro. Oto dziesięć filmów, które ukazują rozmaite ludzkie dramaty – wybrałem te, które poruszyły mnie najbardziej, i postanowiłem skupić się wyłącznie na fikcji, pozostawiając dzieła biograficzne na inne zestawienie. 

Uwaga – każdy opis filmu zawiera spoilery, a potencjalnie najpoważniejsze dotyczą filmów: DrogaDo utraty sił (tu ostrzegam także przed trailerami, które zdradzają 2/3 historii), Dystrykt 9, Django, trylogii Obcego oraz Blade Runner 2049.

Ojciec – Droga

Bezimienny dla widza Ojciec to złamany mężczyzna, o którym wiemy bardzo niewiele. W postapokaliptycznej Ameryce nie ma jednak znaczenia, co robiłeś w dawnym życiu albo jak brzmiało twoje nazwisko. To, co naprawdę się liczy, wyrażają działania Ojca oraz nauki, jakie przekazuje swojemu kilkuletniemu synowi. Z tego możemy wywnioskować, jak mocno kocha chłopczyka i że zrobi wszystko, żeby uchronić go przed złem. Nietrudno zrozumieć jego bezwzględność w świecie, w którym kradzież, morderstwo, a nawet kanibalizm to sposób na życie większości ocalałych. Sam Ojciec nie dopuszcza się takich czynów, nie okrada i nie atakuje niewinnych, a dzięki swojemu synkowi zdobywa się także na kilka prawdziwie altruistycznych uczynków. W jego wzroku nieustannie widać jednak głęboki smutek i brak nadziei. To człowiek, który stracił wszystko poza synem. Jego dawny świat i życie zostały kompletnie zniszczone, a ukochana kobieta poddała się i postanowiła zakończyć swoje życie, żeby nie musieć czekać, aż zrobi to za nią ktoś inny. Scena retrospekcji, w której protagonista błaganiami próbuje ją odwieść od samobójstwa, autentycznie rani i zapada w pamięć. Dzięki niej rozumiemy, jakie brzemię nosi bohater i szczerze mu współczujemy. Jakby tego było mało, Ojcu nie jest pisane szczęśliwe zakończenie, gdyż choroba oraz ciężkie rany pokonują go w finale filmu, a on umiera na plaży, zostawiając swojego synka na pastwę ludzi, w których dobroć musimy uwierzyć na słowo.

Billy Hope – Do utraty sił

Kiedy poznajemy Billy’ego, jego życie osobiste i kariera są godne pozazdroszczenia. To niepokonany bokser z piękną i wspierającą żoną, kochaną córką i wielkim domem. Hope podczas jednej z walk doznaje jednak uszkodzenia oka i za namową ukochanej postanawia przejść na sportową emeryturę. Wszystko idzie dobrze do czasu gali dobroczynnej, podczas której wskutek szarpaniny żona Billy’ego zostaje postrzelona i umiera w jego ramionach. Jeśli jednak myślicie, że na tym koniec, to jesteście w błędzie. Nasz protagonista zatraca się w rozpaczy, którą próbuje przytępić używkami, a w pewnym momencie traci nad sobą kontrolę i atakuje sędziego, za co dostaje wyrok w zawieszeniu. Billy następnie traci dom i praktycznie cały swój majątek, a kiedy podejmuje nieudaną próbę samobójczą, opieka społeczna odbiera mu także córkę, która nie chce mieć z nim nic wspólnego. Hope ląduje na samym dnie, znokautowany przez życie. Wiele historii (przynajmniej w prawdziwym życiu) skończyłoby się mniej więcej w tym miejscu, ale Do utraty sił pokazuje nam, że nawet od takiego dna można się odbić. Niełatwo o równie przygnębiający i jednocześnie równie motywujący film.

Lee Chandler – Manchester by the Sea

Początkowo nie wiemy, dlaczego Lee jest tak wycofaną i nieprzyjemną osobą. W żadnym razie nie można go określić mianem skończonego dupka, ale to oczywiste, że pomimo względnej uprzejmości tylko czeka na zaczepkę czy prowokację. Pyskówki, złośliwe uwagi, wdanie się w bezsensowną bójkę w barze – nietrudno dostrzec, że mężczyzna próbuje ukarać świat, siebie samego albo jedno i drugie. Zanim jednak mamy okazję go lepiej poznać, umiera jego brat, w konsekwencji czego to właśnie na protagonistę spada obowiązek opieki nad synem zmarłego. To właśnie wtedy dowiadujemy się, że Lee miał kiedyś żonę i trójkę dzieci, które stracił przez swoje zaniedbanie. Nocna wyprawa do sklepu po alkohol i zostawienie rozpalonego kominka skończyły się prawdziwą tragedią, która złamała naszego bohatera i zakończyła jego małżeństwo. Cały film obfituje w ciężkie emocjonalnie chwile, ale osobiście najbardziej wstrząsnęła mną sceną na komisariacie, gdzie tuż po pożarze Lee chwyta pistolet jednego z policjantów i próbuje popełnić samobójstwo. Rzadko kiedy możemy zobaczyć tak wiarygodne cierpienie i wynikającą z niego desperację. Grzechem byłoby także nie wspomnieć o rozmowie protagonisty z żoną – chyba każdy z nas musiał odbyć kiedyś konwersację, podczas której słowa z trudem przechodziły przez gardło, a emocje rozrywały nas od środka. Manchester by the Sea bezbłędnie oddaje naturę tak wymagającej sytuacji. Całe szczęście, że w rozmowach między Lee a jego bratankiem nie brakuje rozładowującego napięcie humoru, bo w przeciwnym wypadku byłby to naprawdę wykańczający seans.

Wikus Van De Merwe – Dystrykt 9

Wikus pierwotnie nie budzi wiele sympatii jako protagonista. Trudno mu przypisać ponadprzeciętność na jakiejkolwiek płaszczyźnie, a sposób, w jaki ignoruje zło wyrządzane żyjącym w johannesburgskich slumsach obcym przepełnia widza niechęcią. Kiedy jednak zostaje on wystawiony na działanie wirusa, który atakuje jego DNA i stopniowo przeobraża go w obcego, nasz niesmak zmienia się we współczucie. Ludzkie społeczeństwo odrzuca Wikusa, a jego własny teść jest jednym z ludzi, którzy chcą go złapać i pokroić na kawałki w ramach eksperymentów. Nie mając innego wyjścia, ścigany mutant szuka schronienia w Dystrykcie 9 – wspomnianych slumsach, które zamieszkują wykorzystywani i poniżani przez ludzi obcy uchodźcy. Tam stopniowo przechodzi wewnętrzną metamorfozę i – co ciekawe – im dalej postępuje przemiana w obcego, tym bardziej ludzkie stają się jego odruchy. Przy czym, jeśli chodzi o ten film, to nie uważam, by na miejscu było używanie określenia “ludzkie” jako synonimu “moralnego” czy “właściwego”. Zdecydowana większość przedstawicieli naszego gatunku w Dystrykcie 9 to albo przepełnieni chciwością okrutnicy, albo przygłupi ignoranci pełni nienawiści. Ilość bólu i upokorzenia, jakie muszą znosić obcy oraz nasz protagonista, potrafi autentycznie wstrząsnąć. I choć niektórzy sadyści kończą marnie, tak jak na to zasługują, to los obcych wcale nie staje się lepszy, a Wikus nie zostaje cudownie uzdrowiony – przemienia się w obcego, a ostatnia scena pokazuje, jak z kawałka metalu robi kwiatek dla swojej pogrążonej w żałobie żony.

K – Blade Runner 2049

W nowym Blade Runnerze było przynajmniej kilka momentów, w których miałem ochotę poklepać protagonistę po ramieniu. Czytając liczne opinie na temat filmu, mam wrażenie, że spora część recenzentów tak bardzo skupiła się na wybitnej stronie audiowizualnej, że umknęły im emocje, którymi przepełniona jest historia. Niejeden dramat psychologiczny nie ukazuje nam tyle bólu co ten film! K jest bowiem replikantem, sztucznie wyprodukowaną istotą, której podstawową funkcją jest służba człowiekowi gardzącemu swoim tworem (pod wieloma względami doskonalszym od swojego twórcy). Niezwykle wymowna scena ma miejsce na komisariacie policji – K, idąc korytarzem, opuszcza głowę i patrzy na ziemię, kiedy tylko mija ludzkich policjantów. Nieważne, że w teorii jest jednym z nich – oni uważają go za gorszego od siebie. Jego zwierzchniczka darzy go cieplejszymi uczuciami, ale to nie powstrzymuje jej przed bezwzględnymi uwagami na temat istoty jego bytu. K ma swoim życiu tylko jedno – Joi. Joi nie jest jednak kobietą, to sztuczna inteligencja przybierająca formę hologramu. To miłość, którą można sobie kupić. Czy w uczuciach okazywanych przez cyfrową dziewczynę jest cokolwiek prawdziwego? Czy to może tylko oprogramowanie? Trudno określić, który z tych wariantów jest prawdziwy, choć ja wolę wierzyć w ten pierwszy. Niestety nawet to zostaje odebrane protagoniście, kiedy urządzenie zawierające Joi zostaje zniszczone. Niedługo potem K dowiaduje się, że jednak nie jest synem Deckarda i Rachael, a wyjątkowość, którą przypisywał swojemu istnieniu (bycie pierwszym dzieckiem urodzonym przez replikantkę), to kłamstwo. Moment, w którym ranny i cierpiący K patrzy na ogromny hologram nagiej Joi, która uwodzi go tak jak każdego innego potencjalnego klienta, jest ciosem w samo serce. Podobnie jak finalny los bohatera, który oddaje swoje życie dla szczęścia dwójki osób. To właśnie w ten sposób K dowodzi swojej wyjątkowości.

Ostatnio dodane