Ranking

Ksenomorf jaki jest, (nie) każdy widzi. Różne wizerunki Obcego

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

5. Alien vs. Predator (2004)

Fani czekali na ten film od mającego premierę w 1990 roku Predatora 2, gdzie wśród licznych trofeów tytułowego łowcy znalazła się czaszka ksenomorfa. Wysokobudżetowemu projektowi towarzyszyła wielka kampania reklamowa, a stanowisko reżysera przypadło Paulowi W.S. Andersonowi, który swoim Ukrytym wymiarem pokazał, że rozumie gatunek horroru science fiction. Niestety wizja studia odbiegała od tego, do czego przyzwyczaiły nas dotychczasowe produkcje z dwoma tytułowi stworami. 20th Century Fox nie miało ochoty na mroczne i krwawe kino sci-fi, gdyż wymarzyło sobie popcornowy blockbuster dla całej rodziny. Efektem tego było narzucenie nakręcenia filmu pod kategorię wiekową PG-13.

Otrzymaliśmy więc produkcję o walce dwóch najbrutalniejszych kreatur gatunku i grupce ludzi złapanych w ogień krzyżowy, z tym że bez gorszącej krwi i nikczemnych wulgaryzmów.

I to niestety czuć. Cięcia montażowe, uciekająca kamera, „czyste” ciosy – cały czas obecne jest poczucie, że sceny walki i grozy wywierałyby większe wrażenie, gdyby nie konieczność trzymania się ugrzecznionej konwencji. I nie mówię tu wcale o konieczności serwowania widzowi Obcego rozrywającego klatkę piersiową małego chłopca czy zapłodnienia i przymusowego ksenomorfowego porodu ciężarnej kobiety (zasugerowanie małych Obcych pożerających dziewięciomiesięczny płód to niezłe pojechanie po bandzie) – Requiem przesadziło bowiem w drugą stronę.

Na szczęście Anderson potrafi nakręcić widowiskowe sceny akcji i sprawić, że będzie się je dobrze oglądać nawet pomimo kuriozalnych decyzji studia. Niezłym pomysłem okazało się także umieszczenie akcji w piramidzie znajdującej się pod pokrywą arktycznego lodu, gdzie poczucie zaszczucia i izolacji pozwala zapomnieć, że bohaterowie po raz pierwszy nie znajdują się w kosmosie. Jeśli chodzi zaś o postaci, to udało się tu osiągnąć lepszy efekt niż w sequelu, ale tak na dobrą sprawę i tak nikogo one nie obchodzą. Liczą się tylko Obcy i Predator. Ten pierwszy wygląda chyba najlepiej od czasu oryginalnego projektu Gigera. Zwinny, drapieżny, z długim ogonem, który po raz pierwszy zostaje wykorzystany jako niezwykle skuteczna broń. Na plus oceniam też zachowanie gładkiej kopuły na głowie zamiast powielenia tego karbowanego nonsensu, który wprowadził Cameron. I choć Andersonowi daleko do kunsztu wspomnianego reżysera, zdaje się on lepiej rozumieć jak powinien postępować Obcy. Ksenomorf nie zachowuje się tutaj jak durne bydło biegnące pod lufę karabinu. Zamiast tego wykorzystuje swoje otoczenie, atakuje z ukrycia i wykazuje się sprytem. Jest też silny i nie daje się przytrzymywać Predatorowi jedną ręką. Nie szaleję wprawdzie za pomysłem zrobienia z niego zwierzyny łownej (i za skrzekami, które wydaje), ale przynajmniej stanowi on wyzwanie nawet dla najwytrawniejszych łowców w całej galaktyce. Wielu zapewne ucieszy też fakt, że Alien vs. Predator, podobnie jak jego sequel, nie jest częścią oficjalnego kanonu Obcych i ma miejsce w innym uniwersum.

4. Obcy. Decydujące starcie (1986)

Żeby nie było wątpliwości – to nieporównywalnie lepszy film niż Alien vs. Predator. James Cameron stworzył arcydzieło kina akcji, w którym groza i adrenalina już od samego początku trzymają widza na krawędzi fotela. Przy czym oprócz fantastycznych walk i świetnie budowanego napięcia mamy tu również dobrze napisane i zapadające w pamięć postaci (z ciekawą ewolucją Ripley na czele). Interakcje między nimi są niezwykle żywe i sprawiają, że postrzegamy tych ludzi jako coś więcej niż mięso armatnie. Początkowo to był mój ulubiony film z ksenomorfami, z czasem jednak to się zmieniło. Możliwe, że niektórzy zjedzą mnie za to stwierdzenie, ale Decydujące starcie to świetny film akcji i tylko niezły Obcy. Za co pokochano Ósmego pasażera Nostromo? Za sugestywną grozę, oszczędne dawkowanie akcji i nieustępliwe monstrum, które mogło powstrzymać tylko wystrzelenie w kosmos i potraktowanie silnikiem odrzutowym. Cameron w dużej mierze porzuca to wszystko na rzecz wartkiej akcji z mrowiem potworów.

Oprócz tajemniczego wprowadzenia oraz fantastycznej, pełnej grozy i chaosu sekwencji z Obcymi wychodzącymi ze ścian i masakrującymi niczego nie spodziewających się żołnierzy film nie oddaje sprawiedliwości tzw. organizmowi doskonałemu. Z autonomicznego mordercy rodem z najgorszych koszmarów czyni… owada. Wprowadzono tu bowiem koncept roju, którego sercem jest składająca jaja królowa. I choć jej projekt to pełen majestatu majstersztyk (w przeciwieństwie do zupełnie spieprzonych „zwykłych” Obcych), to samo istnienie takiej królowej wymusiło sprowadzenie jej potomstwa do posłusznych i bezmyślnych robotników. Tym razem ksenomorf nie zabija dla siebie, tylko na rzecz roju. Żeby go ocalić, będzie nawet bezmyślnie rzucać się na pewną śmierć, choć w poprzednim filmie jego bronią był spryt i atak z ukrycia. Po części rozumiem zasadność tego konceptu – reprodukcja jako motor działań – ale żałuję, że zatracono inteligencję i niezależność oryginalnego potwora. Momenty pokroju przyciśnięcia butem głowy Obcego i zabicie go serią z pistoletu zwyczajnie przemilczę, bo to poziom niedorzeczności rodem z Aliens vs Predator: Requiem. Szkoda, że nie zachowano tu więcej szacunku do idei z 1979 roku, a także pominięto Gigera przy projektowaniu bestii – Decydującemu starciu niewiele brakuje do wielkości.

Ostatnio dodane