Ranking

FILMY Z NAJLEPSZĄ EKRANOWĄ DRAMATURGIĄ. Pod napięciem

Autor: Radosław Dąbrowski
opublikowano

Skoro już pojawiło się hasło „gra”, to pragnę przytoczyć dwa filmy – Chińską ruletkę (1976) Rainera Wernera Fassbindera oraz Grę (1997) Davida Finchera. Fabuła pierwszego z nich opiera się na „zabawie”, w jakiej uczestniczą członkowie rodziny. Świadomie zastosowałem cudzysłów, albowiem w praktyce prowadzona przez nich gra przeobraża się w psychodramę. Uczestnicy zadają różne pytania, odkrywają karty, pokazują prawdziwe oblicze… Rozgrywka toczy się w jednym pokoju, na małej przestrzeni. Niewiele w niej ruchu, więcej wymian przenikliwych spojrzeń. Fassbinder doskonale wyznaczył proporcje między wypowiedziami postaci a milczeniem, które pozwala na chwilę oddechu. Tytułowa chińska ruletka stanowi metaforę destrukcji rodziny. Nie ma wygranych, są wyłącznie przegrani, a my, widzowie, bacznie przyglądamy się temu upadkowi. Bezsprzecznie jedno z największych dokonań niemieckiego artysty.

O ile w Chińskiej ruletce dominuje powściągliwe tempo i akcent został położony na dialog, tak Gra proponuje widzowi niemałą porcję sensacji. Nicholas Van Orton zostaje wciągnięty w rozgrywkę, w której nie chodzi o dobrą zabawę, lecz przetrwanie. Fincher zastawia pułapki także na swojego odbiorcę. On, podobnie jak grany przez Michaela Douglasa protagonista, nie wie, co jest częścią wieloelementowej układanki, a co przynależy do rzeczywistości „prawdziwej”. W Grze istotny jest każdy detal, niemalże każdy pojawiający się na ekranie bohater, przez co reżyser nie zezwala odbiorcy na bycie obojętnym na żadną ze scen.

Słynna wspinaczka w Jeszcze wyżej! do dziś robi niemałe wrażenie, pomimo że od jej nakręcenia minął blisko wiek.

Nie samym kinem dźwiękowym człowiek żyje. Pragnę wyróżnić przypuszczalnie najsłynniejszy film Harolda Lloyda, czyli Jeszcze wyżej! (1923). Jego obecność w niniejszym artykule zawdzięczana jest przede wszystkim scenie, gdy główna postać wspina się na szczyt wieżowca (aczkolwiek w nie mniejszym stopniu doceniam wcześniejsze wątki, np. bardzo zabawną scenę, w której bohater próbuje zaimponować dziewczynie, udając szefa firmy). Lloyd, który w swoich filmach wcielał się w protagonistów, bardzo często samemu wykonywał wszelakie popisy, nie angażując do nich kaskaderów. Słynna wspinaczka w Jeszcze wyżej! do dziś robi niemałe wrażenie, pomimo że od jej nakręcenia minął blisko wiek. Nie zostaje również zaburzona iluzja, jakoby Lloyd rzeczywiście pokonywał metry drapacza chmur. W rzeczywistości to połączenie ujęć wspinaczki na kilku niższych budynkach, ale sięgających nawet 10 metrów, zatem poświęcenie Lloyda dla własnych produkcji wciąż budzi podziw. Przy nienagannym poziomie dramaturgii sceny na wieżowcu amerykański twórca poczęstował widzów sporą dawką humoru, przez co Jeszcze wyżej! to jedno z najlepszych komediowych osiągnięć w epoce kina niemego.

Kilka słów o dziele Jana de Bonta Speed: Niebezpieczna prędkość (1994). Jeżeli mówić o jakimś filmie, że ogląda się go z wypiekami na twarzy i w nieprzerwanym napięciu od pierwszej do ostatniej sceny, to historia zagrożonych pasażerów autobusu stanowi tego najlepszy przykład. Poza pierwszymi trzydziestoma minutami akcja rozgrywa się wyłącznie na niewielkiej przestrzeni środka publicznego transportu, a mimo to fabuła pod żadnym względem nie cierpi na skutek ograniczonej scenerii. Liczy się tytułowa prędkość i świetnie napisane rozmowy, jakie na dystans prowadzą ze sobą funkcjonariusz oddziału SWAT Jack Traven oraz zamachowiec Howard Payne. Tym większa szkoda, że powstały trzy lata później sequel okazał się doszczętnym rozczarowaniem.

W niniejszym artykule nie może zabraknąć kapitalnego Bez wyjścia (1987). Roger Donaldson nakręcił kawałek porządnego kina, w którym kibicujemy zamieszanemu w aferę zabójstwa podporucznikowi Tomowi Farrellowi. Nie chcę dywagować na temat finału i jego zaskoczenia/przewidywalności czy niespodzianki/rozczarowania. Najważniejsze, że poprzedzające go ponad półtorej godziny to pełna napięcia historia, w której zastosowano z jednej strony dość ograny już manewr (protagonista znajdujący się w potrzasku i rozpaczliwa próba wyjścia z tej sytuacji, gdy wszyscy dookoła są przeciwko niemu), lecz z drugiej wciąż atrakcyjny dla widza. Oczywiście nie brakuje pewnych naiwności i, chłodnym okiem patrząc, niektóre posunięcia scenarzystów mogą się wydawać niedorzeczne. Dlatego Bez wyjścia nie jest przykładem arcydzieła, lecz powyższe zarzuty nie deprecjonują wysokiego poziomu dramaturgii, który bezsprzecznie stanowi mocny atut.

Innym thrillerem, którego pragnę szczególnie docenić, jest Autostopowicz (1986). Nie oglądałem i nawet nie mam zamiaru zabierać się za powstałe w XXI wieku kontynuację oraz remake rewelacyjnego utworu Roberta Harmona. Autostopowicz to przykład emocjonującej gry, jaką prowadzą wzajemnie antagonista z protagonistą. W mojej opinii Rutger Hauer stworzył nie mniej sugestywną oraz zapadającą w pamięć kreację od postaci Roya Batty’ego. Tytułowy pasażer kradnie seans, gdy tylko uobecnia się w kadrze i jest to jeden z tych przykładów, gdy bohater (w dodatku czarny charakter) staje się wizytówką dzieła.

Ostatnio dodane