Ranking

DRUGOPLANOWE ROLE, KTÓRE SKRADŁY SHOW, czyli postaci przyćmiewające gwiazdy

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Christoph Waltz (King Schultz) – Django

Choć uważam, że to wcielający się w antagonistę Django Leonardo DiCaprio zasługiwał na Oscara za rolę drugoplanową, to rozumiem, że wybór między nim a Waltzem do łatwych nie należał. Christoph Waltz już w Bękartach wojny pokazał, że potrafi zawłaszczyć dla siebie cały film wypełniony gwiazdami i sprawić, że widz pokocha postać niemieckiego zbrodniarza. W Django przyszło mu się wcielić w postać mentora tytułowego bohatera i w gruncie rzeczy porządnego człowieka, który egzekwuje prawo zgodnie z ówczesnymi zwyczajami. Podobnie jak wcześniej, posiada on jednak bezwzględną stronę charakteru skrywaną pod maską celowo przesadzonej uprzejmości. Niezależnie od tego, jego uczciwość oraz wrażliwość na cudze cierpienie czynią go jedną z nielicznych pozytywnych postaci w tym filmie.

Robert Shaw (Quint) – Szczęki

(Uwaga, spoiler na końcu akapitu!) W mojej opinii spora część niebywałego sukcesu Szczęk to właśnie zasługa Roberta Shawa. Postać weterana, którego sposobem na pokonanie wojennej traumy jest polowanie  na rekiny (podczas wojny wróg zatopił statek, na którym służył Quint, a większość załogi została pożarta przez rekiny), zdobywa uwagę widza już od swojego pierwszego pojawienia się na ekranie. Powierzchowność doświadczonego wilka morskiego, hardy charakter i niezaprzeczalna głębia, jaką Quintowi nadał Shaw, czynią go najbardziej interesującym z całej trójki bohaterów. Scena, w której łowca rekinów opowiada o wojnie i koszmarze bycia pożeranym przez rekina robi jeszcze większe wrażenie, kiedy wiemy, że dokładnie tak będzie wyglądać jego koniec.

Joe Pesci (Tommy DeVito) – Chłopcy z ferajny

Tommy’ego DeVito trudno jest lubić. To arogancki i zepsuty furiat, który potrafi bez powodu zaatakować innego człowieka. Niczym nieuzasadnione postrzelenie bezbronnego kelnera to dla niego drobnostka. To osoba niewarta nawet splunięcia, ale zarazem jeden z najlepszych elementów filmu Scorsese. Jego niepohamowana energia i nieprzewidywalna natura sprawiają, że śledzimy jego zachowanie z wypiekami na twarzy, nigdy nie wiedząc, czego możemy się po nim spodziewać. Nie da się też zaprzeczyć, że Pesci potrafi być niezwykle zabawny, nawet kiedy jego postać robi coś odrażającego. Jest przy tym tak głośny i gadatliwy, że już to wystarczy, żeby przyćmić całą resztę.

Charlize Theron (Furiosa) – Mad Max: Na drodze gniewu

Niektórzy żartują, że ten film powinien nosić tytuł Furiosa i nietrudno rozumieć, skąd to się bierze. Max w wykonaniu Toma Hardy’ego jest bardziej opanowany i subtelniej zagrany niż ten o twarzy Mela Gibsona. Nie sposób określić go zrównoważonym, ale z pewnością podchodzi do życia z większą rezerwą niż jego pierwowzór. W takiej sytuacji pełna morderczej wytrwałości Furiosa wysuwa się na pierwszy plan i skupia na sobie uwagę widza. To fenomenalna rola, a wiarygodność, z jaką Charlize Theron przekuwa ból swojej postaci we wściekłość, to coś niesamowitego. Furiosa nie jest twarda, bo tak chce scenarzysta. Wystarczy jedno spojrzenie w jej oczy, żeby dostrzec prawdziwą determinację i wytrzymałość. W mojej ocenie to zdecydowanie najsilniejsza postać kobieca XXI wieku – biegająca półnago i pozująca na ikonę damskich wojowniczek Wonder Woman może co najwyżej podawać jej amunicję.

Michael Clarke Duncan (John Coffey) – Zielona mila

Kto nie płakał albo chociaż nie siedział z zaciśniętym gardłem pod koniec Zielonej mili? Kogo nie poruszyła do głębi postać dobrodusznego olbrzyma, który w wyniku potwornego nieporozumienia czeka na karę śmierci? Michael Clarke Duncan ujął wszystkich wrażliwością i rozbrajającą naiwnością swojego bohatera. Ten nie życzy źle nawet ludziom odpowiedzialnym za jego zgubę, a do tego posiada niesamowity nadprzyrodzony dar. John Coffey jest nawiązującym do motywów mesjanistycznych uosobieniem cudu, na który chyba nie zasłużyliśmy. Duet, który tworzy z Tomem Hanksem, powinien zdobyć serce każdego widza.

Harrison Ford (Han Solo) – Gwiezdne wojny: część IV – Nowa nadzieja


Czy tutaj w ogóle potrzebny jest opis? Han to idealny kompan w niedoli i towarzysz broni, którego każdy chciałby obok siebie. Jego opanowanie, cięty język i szelmowski uśmiech sprawiają, że oglądanie go w akcji jest czystą przyjemnością. Solo w wykonaniu Harrisona ma styl, szyk i klasę, które momentalnie zdobywają przychylność widza. Nic dziwnego, że świat pokochał aktora, który później przez długie lata grał pierwsze skrzypce w rozmaitych produkcjach. W późniejszych częściach sagi rola Hana robi się jeszcze większa i właściwie trudno go już nazwać postacią drugoplanową. Jak wypadnie jego młodsza wersja w nadchodzącym solowym (hehe) filmie? Osobiście jestem dobrej myśli, a za dwa miesiące przekonamy się, czy optymizm był na miejscu.

Ostatnio dodane