Ranking

A miało być tak pięknie. Kiepskie filmy, którymi niesłusznie ZACHŁYSNĘLI się krytycy

Autor: Karolina Michalska
opublikowano

6. Doktor Sen

Doktor Sen

Są filmy, których dotykać się nie powinno. Niezależnie, czy chcemy zrobić ich remake, czy też zaledwie do nich nawiązać. I takim właśnie filmem jest Lśnienie Stanleya Kubricka. Film genialny. Będący jego kontynuacją horror Doktor Sen w reżyserii Mike’a Flanagana daleki jest od oryginału. Film przedstawia losy dorosłego już Danny’ego (Ewan McGregor), który za pomocą alkoholu i narkotyków walczy z demonami w swojej głowie, będącymi konsekwencja wydarzeń, jakie spotkały go w hotelu Overlook. W filmie pojawiają się też przedziwne i groteskowe postacie, takie jak Rose Kapelusz (Rebbeca Ferguson), która przewodniczy grupie dziwacznych postaci żywiących się tchnieniami „lśniących”. Jest również dziewczynka imieniem Abra (Kyliegh Curran), która podobnie jak Danny ma umiejętność lśnienia i właśnie dlatego nawiązuje z nim kontakt.

Dlaczego jestem na nie?

Odpowiedź na to pytanie wydaje mi się oczywista. Bo porównywać Lśnienie z Doktorem Sen to jak porównywać diament z błotem. Pierwszym błędem Flanagana jest to, że chce przypodobać się każdemu. Zarówno miłośnikom Kubricka, jak i wiernym fanom twórczości Kinga. A tak się nie da. Konflikt między jednymi a drugimi, a także spięcie między samym Kingiem a Kubrickiem nie jest żadną tajemnicą. I tak jak jestem w stanie w pełni zrozumieć niezadowolenie pisarza z faktu, jak wielkie zmiany zostały wprowadzone do jego dzieła, tak jednocześnie podziwiam Kubricka, że nie cofnął się przed własną wizją, czego nie uświadczymy w przypadku Flanagana. Nie ukrywam, że w słynnej waśni ja jestem po stronie Kubricka. Co dalej? Fabuła. Ta nie podoba mi się niesamowicie. Trudno tu winić reżysera, choć przecież Kubrick miał odwagę pokazać wszystko tak, jak jemu się podobało. Bo w Lśnieniu nic nie było jednoznaczne. Tam mamy przede wszystkim idealnie odegrane i przedstawione studium szaleństwa. Ale nie tylko. To film, o którym można pisać książki i prace naukowe. O Doktorze Sen najlepiej nie pisać wcale. Bo i po co? Miałam wrażenie, że oglądam jakąś kontynuację Zmierzchu (o beznadziejnych efektach specjalnych już nawet szkoda pisać). Tym, co przelało czarę goryczy, było nawiązanie do legendarnej sceny w hotelowej restauracji, przy barze. Nawiązanie zrobione tak źle, że oglądanie tego aż bolało. Aktor (Henry Thomas) tragicznie ucharakteryzowany na Jacka Torrence’a nieudolnie wciela się w swoją rolę. Tu naprawdę aż brakuje słów, by opisać, jak bardzo złym pomysłem było tworzenie takiej sceny, ale reżyser chyba chciał się przypodobać miłośnikom Jacka Nicholsona. Szkoda, że tak bardzo mu to nie wyszło. Bo Lśnienie to wybitne dzieło, które obejrzałam kilkanaście razy i wciąż mam niedosyt. W przypadku nijakiego, nieprzemyślanego i przeciętnego filmu Flanagana tak nie jest – obejrzałam go raz i to już było o jeden raz za dużo. Nigdy więcej takiej męczarni!

5. I Am Not a Serial Killer

Bywają takie filmy, w których jeden mały element sprawia, że ze znakomitych w jednej chwili stają się do granic złymi.I tak jest w przypadku filmu I Am Not a Serial Killer Billy’ego O’Briena, adaptacji książki Dana Wellsa. Jest to historia młodego chłopaka Johna (Max Records), u którego zdiagnozowano liczne zaburzenia psychiczne. Chłopak posiada cechy charakterystyczne dla seryjnych zabójców, jest zafascynowany tematem słynnych morderców oraz ogólną tematyką śmierci, dodatkowo pomaga swojej rodzinie w sekcjach zwłok. Szczęście w nieszczęściu – jest świadomy swojej choroby oraz konsekwencji, do jakich może doprowadzić, jeśli przestanie ją kontrolować. Bierze udział w terapii prowadzonej przez doktora Neblina (Karl Gaeary) oraz próbuje kontrolować swoje zapędy i fascynacje. Kiedy jednak w jego miasteczku Clayton zaczyna dochodzić do serii tajemniczych morderstw, fascynacja bierze górę nad rozsądkiem i chłopak angażuje się w prywatne śledztwo. Kiedy w końcu odkrywa, kim jest morderca (Christopher Lloyd), logika i rozsądek nie mają już żadnych szans.

Dlaczego jestem na nie?

I tu pojawia się pewien problem. Ponieważ film ten ma ogromną ilość plusów. To dość ciekawa historia, z pewnością gratka dla każdego, kto interesuje się seryjnymi mordercami, przez liczne nawiązania do tego tematu. Kolejnym argumentem przemawiającym na korzyść I Am Not a Serial Killer jest rola młodego Maxa Recorda. Rola może nie wybitna, ale bardzo dobra. Kreuje on bowiem postać zaburzonego outsidera, który w głowie ma żądzę mordu. Jego wyobraźnia tworzy dokładne wizje zabójstw, a jego samego ekscytują martwe, nagie ciała. Chłopak znając swoje zapędy, za każdym razem, gdy ktoś go zdenerwuje i gdy w jego głowie pojawiają się mordercze myśli, stara się, zgodnie z zaleceniami terapeuty, powiedzieć tej osobie coś miłego. Max Record radzi sobie z tą rolą bardzo dobrze. Oglądając film, wciąż czekamy na to, jak się zachowa i kiedy w końcu puszczą mu nerwy. Z zaciekawieniem śledzimy również jego walkę z własnymi zaburzeniami, ale również fascynację obserwowanym przez niego miejscowym mordercą. Dodatkowo reżyser filmu w bardzo subtelny sposób porusza też problem dojrzewania młodego człowieka i stopniowo wprowadza nas w świat grozy. I chociaż film żadnym dziełem nie jest, to oglądając go, mamy wrażenie, że w sumie nie ma się do czego przyczepić, a nawet że ze spokojnym sumieniem moglibyśmy polecić go znajomym. Aż do pewnego momentu. Bo oto nagle w jednej chwili w całkiem logicznych i normalnych wydarzeniach dochodzi do kuriozum. Starszy pan, seryjny morderca, okazuje się obcym, postacią nadprzyrodzoną, „kimś”, a może „czymś”. Ot tak. Bez żadnego ostrzeżenia. Bez żadnych wskazówek. Z całkiem ciekawej historii o zaburzonym nastolatku i o seryjnym mordercy reżyser bez naszej zgody wrzuca nas na głęboką i do niczego niepasującą fantastykę, przed którą bardzo będziemy chcieli się obronić. Jakby mało nam było potwora, który pojawił się znikąd, to dodatkowo jeszcze niektórzy ludzcy bohaterowie też zaczynają zachowywać się w sposób totalnie pozbawiony logiki. Miałam ochotę zakrzyknąć – dlaczego?! Dlaczego zepsuliście mi tak dobry film? Nadmienię tu oczywiście, że doskonale pamiętam, że film jest adaptacją książki, więc w sumie pretensje powinnam mieć do pisarza. Niezależnie jednak od tego, kto zawinił, niestety jedna scena wystarczyła, aby moja ocena poszła diametralnie w dół.

4. Split

W przypadku filmu Split w reżyserii M. Night Shyamalana sytuacja jest prawie identyczna. Ale po kolei. Split to historia mężczyzny (James McAvoy), u którego zdiagnozowano osobowość mnogą. Porywa on trzy nastolatki, a kiedy więzi je w swoim domu, dziewczyny mają okazję przekonać się, jak pod wpływem tej choroby skrajnie zmienia się jego osobowość oraz zachowanie. Najmocniej jednak zaczyna rozwijać się osobowość „bestii”, z którą chory wcześniej nie miał do czynienia. A przyznać trzeba, że McAvoy jest w tej roli genialny. Bezbłędnie lawiruje między kolejnymi osobowościami, w każdą z nich wcielając się wręcz idealnie. Niezależnie od tego, kim jest, za każdym razem z fascynacją obserwujemy jego grę aktorską. A dodam, że każda z osobowości bohatera jest niezwykle ciekawa. Swą role bardzo dobrze odgrywa Betty Buckley, czyli filmowa doktor Karen Fletcher – psychiatra zajmująca się terapią głównego bohatera oraz specjalistka badająca przypadki osób chorujących na to schorzenie. Dodatkowym atutem filmu jest przestrzeń, w jakiej się rozgrywa. Klaustrofobiczne mieszkanie mężczyzny doskonale oddaje mroczny klimat.

Dlaczego jestem na nie?

Ponownie – z powodu zakończenia. Okazuje się bowiem, że kiedy nad umysłem naszego bohatera zaczyna górować osobowość „bestii”, ten nagle zyskuje ponadprzeciętne siły. Potrafi biegać jak najlepszy zawodnik, wspinać się po ścianach, podnosić ogromne ciężary. Staje się trochę takim superbohaterem. Całe szczęście, że nie zaczyna strzelać laserami z oczu ani latać. Co jednak nie zmienia faktu, że zakończenie to godzi w osoby chore na tę przypadłość, a tego tolerować nie potrafię. Zresztą nie tylko ja, bo przeciwko temu filmowi były już liczne protesty. Może gdybyśmy od początku mieli do czynienia z filmem przepełnionym elementami science fiction, a bohater od początku był pokazany jako nieludzka postać, której jednym z atutów jest zmienianie swej osobowości, to jeszcze można byłoby przymknąć oko. W przypadku kiedy tak wiele osób na całym świecie w życiu codziennym musi zmagać się z tą chorobą, w czasach, kiedy choroby i zaburzenia psychiczne wciąż są tak bardzo nierozumiane przez społeczeństwo, a chorzy muszą na co dzień borykać się ze szkalowaniem i nietolerancją, wreszcie w czasach, kiedy poprzez filmy możemy edukować i dostarczać ludziom wiedzy, podjęcie decyzji o tym, aby z poważnej choroby zrobić taki cyrk, uważam za karygodne. A szkoda, wielka szkoda, bo jak już pisałam, rola McAvoya jest genialna…

Ostatnio dodane