Ranking

A miało być tak pięknie. Kiepskie filmy, którymi niesłusznie ZACHŁYSNĘLI się krytycy

Autor: Karolina Michalska
opublikowano

Z góry uprzedzę – dziś będzie do granic subiektywnie. I prawdopodobnie niejeden z czytających oburzy się wyborem, jakiego dokonałam, bo na mojej liście ośmiu filmów, które miały potencjał, a (moim zdaniem) okazały się klapą, znajdą się również filmy uznane za wybitne zarówno przez widzów, jak i krytyków. Zaczynamy!

8. To my

Już od początku zaczynamy dość kontrowersyjnie, gdyż film ten cieszy się nienagannymi opiniami krytyków filmowych. Horror Jordana Peele’a opowiada historię małżeństwa Adelaidy (Lupita Nyong’o) i Gabe’a (Winston Duke) oraz dwójki ich pociech Zory (Shahadi Wright Joseph) i Jasona (Evan Alex), którzy wyjeżdżają do domku letniskowego obok plaży. Miejsce to wiąże się z traumą Adelaidy, która jako mała dziewczynka spotkała w tych okolicach swojego tajemniczego sobowtóra. Teraz okazuje się, że sobowtórów jest więcej, bowiem przed domem rodziny pojawia się czteroosobowa rodzina. Z pozoru zwyczajna, jednak kiedy ujawniają swoje twarze, okazują się złowrogimi kopiami naszych bohaterów. Zabieg ten jest oczywiście dość ciekawy, co więcej, dał szansę aktorom na udowodnienie swojego talentu poprzez zmierzenie się w jednym filmie ze skrajnie różnymi rolami – przerażonych ofiar i niezrównoważonych oprawców. Nie popadajmy jednak w przesadny zachwyt, bo chociaż role odegrane są bez zarzutu, to uważam, że dobry aktor wcieli się w każdą postać, a podwójna rola to ani nic nowego, ani wymagającego nadzwyczajnego talentu.

Dlaczego jestem na nie?

Peele umieścił w swoim filmie nieskończone ilości nawiązań i symboli (chociażby symbolikę tajemniczych podziemnych kanałów). Rozlicza również Amerykę z jej dawnych i obecnych grzechów, nie pozostawiając na marginesie także kwestii rasowych. I oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że kwestia ta poruszana była w kinie niejednokrotnie. Peele nie wyróżnia się na tym polu niczym nadzwyczajnym. Co więcej, uważam, że jeśli kogoś interesuje ta problematyka, może (a nawet powinien) sięgnąć po inne produkcje. Pomijając już nawet kultowy film Django w reżyserii Quentina Tarantino, ze swojej strony polecam po pierwsze film znakomitego austriackiego reżysera Ulricha Seidla pt. Raj: Miłość. Opowiada on historię starszej kobiety z Europy, która podczas wakacji w Kenii przeżywa przygody erotyczne z młodym, ubogim, czarnoskórym mężczyzną, odpłatnie wykorzystując go do swoich celów. Czyż problem czarnoskórych mężczyzn, którzy z powodu ubóstwa świadczą usługi seksualne emerytkom z Europy Zachodniej, nie jest wciąż tematem podejmowanym zbyt rzadko? Tak samo zresztą jak temat poruszony w filmie Shooting Dogs w reżyserii Michaela Catona-Jonesa. Reżyser przedstawia w nim problem rzezi dokonywanej przez plemię Hutu na grupie Tutsi oraz tego, jak wygląda pomoc, a raczej jej brak ze strony wolontariuszy i osób z ONZ. W przeciwieństwie do dość nieudanego horroru Peele’a te dwa filmy również poruszają problem kwestii podziałów rasowych, dotykają jednak tematów poruszanych znacznie rzadziej. Niesłusznie, bo one również istnieją.

Dodam tu jeszcze jeden argument przeciwko filmowi To my. Tym, co irytowało mnie do granic możliwości, był głos Red – będącej sobowtórką Adelaidy. Domyślam się, że w zamierzeniu reżysera miał on wywoływać ciarki, być mroczny i przerażający. Przepraszam za porównanie, ale słysząc ten zmodyfikowany głos, miałam wrażenie, że nieprzyjacielska i przerażająca kobieta-sobowtór miała jakieś… problemy z wypróżnieniem. Inaczej tego porównać nie potrafię. Czy chociaż przez moment się bałam (w końcu to horror)? Nie. Może jedynie tego, czy uda mi się wytrwać do końca filmu, bez wcześniejszego wyłączania go.

7. W lesie dziś nie zaśnie nikt

I tak jak przetrwanie na filmie Peele’a było dość trudne, tak w przypadku hucznie reklamowanego pierwszego polskiego slashera w reżyserii Bartosza Kowalskiego graniczyło niemal z cudem. To my mimo wszystko miał jakieś zalety (chociażby wspaniała muzyka Michaela Abelsa). Kowalski w swoim filmie nie daje widzowi zupełnie nic. Może poza irytacją i niedowierzaniem, że twórca bardzo dobrego filmu Plac zabaw mógł podjąć się nakręcenia czegoś tak złego.

Dlaczego jestem na nie?

W tym filmie złe jest niemal wszystko, zaczynając od samej historii. Grupka nastolatków, odcięta od komórek, przebywając na obozie, wędruje po lesie, w którym mają miejsce coraz bardziej tajemnicze, krwawe i mroczne sytuacje. No cóż – mogę zrozumieć, że slasher musi mieć swoje typowe motywy: nastolatki, brak komunikacji, złowrogi las. Nie rozumiem natomiast, po co wchodzić w aż tak mocne stereotypy. Mamy tu bowiem nerda okularnika (Michał Lupa), seksowną, choć nieporadną życiową blondi, która lubi przypadkowy seks i narkotyki (Wiktoria Gąsiewska), dwójkę kłócących się ze sobą nastolatków (Stanisław Cywka i Sebastian Dela) oraz outsiderkę (Julia Wieniawa), czyli to, co w horrorach serwowane jest nam niemal zawsze. Kolejnym ogromnym minusem tego marnego filmu jest aktorstwo. Niestety, choć bardzo się staram, nie jestem w stanie pojąć fenomenu Julii Wieniawy, która, nie ukrywajmy, jest w tym filmie lepem na widzów. Aktorstwo tej dziewczyny jest tak drewniane, że nawet drzewa w lesie zagrały bardziej emocjonalnie i wiarygodnie. Nie żeby pozostali młodzi bohaterowie wyróżniali się niezwykłym talentem aktorskim. Co to, to nie. Ale w ich przypadku nie ma aż takiej tragedii.

Czy to już wszystko? Nie. Jako wisienkę na torcie mamy tak tragiczne efekty specjalne, że przy nich nawet marne horrory z lat 80. wydają się bardziej wiarygodne. Gdyby ten film był parodią, sprawdziłyby się idealnie. Ale niestety, chociaż ciężko w to uwierzyć, ten slasher nakręcony został na poważnie, a ekipa filmowa naprawdę wierzyła w to, że to, co robią, jest dobre. Jeśli już na siłę szukać jakichś plusów, to chyba jest nim jedynie to, że czasami można się zaśmiać z nieudolności tego „dzieła”. W lesie dziś nie zaśnie nikt… a czy ja po seansie mogłam zasnąć? Faktycznie – nie, bo po obejrzeniu (a raczej przetrwaniu) tego filmu pół nocy dyskutowałam i wspominałam kultowe horrory, takie jak chociażby Halloween, Piątek trzynastego czy Ostatni dom po lewej. Niektóre lepsze, inne gorsze, ale z pewnością nie tak tragiczne, jak film Bartosza Kowalskiego. Rada ode mnie – nie traćcie czasu. A jeśli macie ochotę na polski horror, to ze swojej strony polecam genialny film nieżyjącego już, niestety, Marcina Wrony pt. Demon.

Ostatnio dodane