Ranking

6 FILMÓW DO OBEJRZENIA W ŚWIĘTA zamiast „Kevina samego w domu”

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Musimy porozmawiać o Kevinie. Nie on jeden na tym świecie zapewnia rozrywkę i moc wrażeń. Kto połknął przynętę i nie umie odstąpić od corocznego seansu, może chociaż – dla kontrastu – włączyć potem coś z naszej listy. Kto Kevina ma dość i chce wejść w świat mniej klasycznych atrakcji filmowych, znajdzie tutaj szereg smaczków, które nieco rozproszą pluszowo-cukierkowy klimat telewizyjno-reklamowej rzeczywistości. Przed wami tytuły zabawne, zadziorne, pokręcone i nieco zapomniane, a zapewniające kawał soczystej rozrywki. Niewykluczone, że odnajdziesz tu filmy, o których istnieniu zdążyłeś zapomnieć. Uwaga, klną i biją! Dodatkowo – destrukcja oraz zachowania nieobyczajne!

Klasa 1999 (Class of 1999, 1990), reż. Mark L.Lester. Młodzież już nie ta

Niedaleka przyszłość. Zdeprawowana, agresywna młodzież staje się problemem społecznym. Pewna korporacja produkuje rozwiązanie: cyborgi mają zastąpić ludzkich nauczycieli. Do trudnej szkoły zostaje oddelegowana trójka pedagogów – sprawnych, twardych, zaprogramowanych na utrzymanie dyscypliny. Każdy oporny uczeń dostanie teraz lekcję życia.

Film nakręcony przez twórcę hitu Komando z Arnoldem Schwarzeneggerem i obrazu Klasa 1984 z 1982 roku, będący tematyczną kontynuacją tego ostatniego. O ile jednak w tamtej Klasie starał się Lester  trzymać względnego realizmu – dość chropawego zresztą – to tutaj popuszcza cugle wyobraźni. I chyba jest to jego bardziej szczere oblicze. Już w poprzednim tytule widać było, że ponad obyczajowe scenki rodzajowe i socjologiczny komentarz przedkłada twórca epatowanie przemocą i niezłą zadymę, ale dopiero tutaj przypomina nam, że fantazja jest od tego, żeby bawić się na całego. Szkielet SF opina więc brutalne kino akcji i historyjkę o młodzieży. Dzieciaki są tu faktycznie trudne, ale chce im się kibicować, za to prawdziwą petardę stanowią syntetyczni nauczyciele. Panią od chemii gra Pam Grier (Jackie Brown), nauczyciela W-Fu Patrick Kilpatrick (“zła twarz” drugiego planu) historyka – John P. Ryan (wyłupiastooki weteran ekranowej psychopatii; choćby Siła pomsty). Aktorski sos doprawiają Malcolm McDowell i Stacy Keach. Kto nie chciałby chodzić do takiej szkoły? A trzeba dodać, że androidzie oblicza są – jak na kino małego budżetu – miłe dla oka i wiarygodne. Ten film sprawia radość. Jest bezpretensjonalny, ostry i pełen akcji. Szorstki jak papier ścierny klimat pozwoli wam zapomnieć o inwazji życzeń i magii świąt.

Sajgon (Off Limits, 1988), reż. Christopher Crowe. Wojna w Wietnamie, psychopata i przeklinający Willem Dafoe

Wietnam, rok 1968. Dwóch policjantów wojskowych prowadzi śledztwo w sprawie okrutnych morderstw popełnianych na prostytutkach.Wszystko wskazuje na to, że zabójcą jest wojskowa szycha ze strony amerykańskiej. Im głębiej wchodzą w tę sprawę, tym niebezpieczniej się robi.

Ten film to jakby serial JAG – Wojskowe Biuro Śledcze podrasowany sążnistą dawką przemocy i wulgaryzmów. Tak, w Sajgonie język jest nader “uliczny”, a wojna jest tylko tłem (bardzo efektownym) dla dochodzenia. Mamy tu pozycję bez większych ambicji, za to kapitalnie podaną. Spluwy, testosteron, tajemnice i sporo napięcia, podbijanego solidną muzyką Jamesa Newtona Howarda – oto atuty Sajgonu. Odznaki, trupy, helikoptery, raporty, groźne miny, prostytucja – wszystko podane na serio i na surowo, na tle miasta kipiącego od niepokoju. To raczej thriller niż kino akcji, choć trochę rozpierduchy też się trafi. Nie można też nie wspomnieć o udanym duecie Willema Dafoe i Gregory’ego Hinesa, którzy może i odpoczywali tu przed poważniejszymi wyzwaniami, ale już samą obecnością podnieśli rangę projektu. Poza tym zwróćcie uwagę na Scotta Glenna – aktor elektryzuje nawet w niewielkiej roli. Klimat Sajgonu sprawi, że koszula zacznie wam się lepić do pleców. W epoce VHS takich filmów było na pęczki. Dziś jest to skansen, ale z takim stężeniem twardzielstwa, że każdy entuzjasta dostanie niezłe doładowanie. Czy widzieliście ostatnio jakiś tytuł, w którym tak żywo, mięsiście i naturalnie klną?

Cudowna mila (Miracle Mile, 1988), reż.Steve De Jarnatt. Requiem dla ejtisów

Harry, everyman około trzydziestki, zakochuje się. Jednak nie dane mu będzie poznawać Julie w komfortowych warunkach, bo mężczyzna dowiaduje się o nadchodzącej zagładzie nuklearnej. To, co miało być randką, zamieni się w dziką ucieczkę przed zagrożeniem.

Ten tytuł przypomina nieco Po godzinach Martina Scorsesego, ale jest od niego znacznie mniej popularny. Niesłusznie. Cudowna mila stanowi – pomimo porównań – pozycję cholernie oryginalną i rzucającą duży czar. Ciężko określić jej gatunek, trudno też przewidzieć rozwój wydarzeń. Dość powiedzieć, że obraz uwodzi kapitalnym klimatem. Jest jednocześnie tajemniczo, groźnie i w zgodzie z duchem epoki “ejtis”. Nie ma tu wielkich gwiazd, ale w zamian dostajemy twarze, które znamy z drugiego planu wielu ikonicznych pozycji. Jest sierżant z Robocopa, zbir z Kobry, psychiatra z Terminatora czy aktorka znana z serialowego Star Treka. Głównego bohatera kreuje Anthony Edwards, znany jako Goose z Top Gun. Nastrój niepewności wzmaga ścieżka dźwiękowa Tangerine Dream, zespołu, który jak mało kto czuł puls epoki. Chcecie zobaczyć, jak wygląda najbardziej nietypowy romans lat 80.? Lubicie filmy nieoczywiste? Sądziliście, że Melancholia von Triera to najbardziej dziwaczna zagłada, jaką widziało kino? Cudowna mila wciąż czeka na odkrycie.

Ostatnio dodane