publicystyka filmowa

PASJA. Analiza chrześcijańska

 

„Oto czynię wszystko nowe.” (Ap 21,5)

 

Zdanie to, pochodzące z Apokalipsy św. Jana, pojawia się w bodaj najpiękniejszej scenie Pasji, oprawionej wspaniałą ilustracją muzyczną, takiej, przy której niemal nie sposób nie uronić łzy. Przez zaledwie trzy lata swej publicznej działalności Jezus na zawsze odmienił oblicze wiary, kultury, prawa, moralności, w istocie – oblicze całego Świata.

Podejście twórcze zgodne z tą sentencją przyświecało również twórcom Pasji. Film Gibsona jest, jak już we wstępie wspomniałem, niepodobny do żadnego opowiadającego o życiu Chrystusa. Reżyserowi Braveheart udaje się coś, co nie udało się żadnemu z twórców wcześniejszych filmów biblijnych – z powodzeniem oddaje naturę Jezusa zarówno boską, jak i ludzką. Nie czyni Go bowiem postacią w swej doskonałości statyczną i niedostępną, lecz przybliża Go nam, inaczej jednak niż Martin Scorsese w Ostatnim kuszeniu Chrystusa, którego wątpiący i podatny na pokusy bohater tytułowy ujawnia najczęściej przede wszystkim swą ludzką naturę. Jezus Gibsona to Bóg – uderzająco odmienny od wszystkich go otaczających, obdarzony szczególną charyzmą i siłą, ale też i człowiek – naznaczony nie tylko ludzkim odczuwaniem fizycznego cierpienia, ale także głęboko ludzką uczuciowością. To ostatnie udaje się Gibsonowi oddać zarówno dzięki heroicznym niemal wysiłkom Jima Caveziela w roli głównej, jak i znakomitemu użyciu retrospekcji, łączących przeżycia Chrystusa podczas męki z Jego wspomnieniami ze szczęśliwych lat młodzieńczych (i prezentowanych w nieco odmiennej, bardziej onirycznej konwencji). Szczególnie silnie zarysowana zostaje również relacja bohatera z Marią, tu ukazaną nie tylko jako Matka Boska, ale także jak każda inna głęboko kochająca i cierpiąca matka.

(Okazjonalnie twórcy stosują również szczególne rozwiązanie wizualne, polegające na ukazaniu świata przedstawionego z perspektywy cierpiącego Syna Bożego).

Pasja promowana była jako całkowicie realistyczny obraz Męki Pańskiej, w istocie jednak łączy ona historiograficzną wiarygodność z tradycją chrześcijańskiego (zwłaszcza katolickiego) obrazowania Męki Pańskiej. Użycie języków z epoki zamiast zwyczajowego angielskiego, pieczołowitość w doborze kostiumów i charakteryzacji nadaje filmowi szczególnego charakteru, sprawia, iż nie brzmi on i nie wygląda jak żaden inny znany nam utwór – nie tylko o tematyce biblijnej. Niektóre wyraziste elementy jednak, jak wnoszenie przez Chrystusa na Golgotę całego krzyża, zamiast wyłącznie jego poprzecznej belki zwanej patibulum  (w rzeczywistości, dla Jezusa znajdującego się już w niemal krytycznym stanie po ubiczowaniu, całkowicie niewykonalne) czy wbijanie gwoździ w środek dłoni (nie zaś w nadgarstki) to ukłon w stronę tradycyjnej ikonografii chrześcijańskiej i odejście od deklarowanego pełnego realizmu.

Choć Pasja nie jest filmem idealnym, choć przytłacza widza ogromem szczegółowo ukazanego okrucieństwa, jest w stanie głęboko wpłynąć duchowo, nie tylko na człowieka już wierzącego.

Kiedy Pasja debiutowała na ekranach, kontrowersje wzbudzała nie tylko detalicznie ukazana przemoc, ale także rzekome tendencje antysemickie filmu. Zarówno jednak podczas oglądania filmu w momencie premiery, jak i podczas powrotu po latach zarzuty wydają mi się zupełnie nietrafione. W jednoznacznie negatywnym świetle, podobnie jak w Biblii, przedstawiona zostaje żydowska rada religijna – Sanhedryn (której członkowie prezentowani są w sposób zbliżony do wielu współczesnych, cynicznych i bezwzględnych polityków i przywódców), natomiast pozostali Żydzi – jak choćby Weronika czy Apostołowie – zostają ukazani w jednoznacznie pozytywnym, zgodnym z tradycją świetle (czasem obraz ten zostaje przez autora wręcz wzmocniony). Tak, naród żydowski wydaje Chrystusa na śmierć, co jest zgodne z ewangelicznym opisem – w bodaj najmroczniejszym jednak świetle przedstawieni są rzymscy żołnierze, w znakomitej większości okrutnicy i sadyści. Twórcy filmu nigdy nie zapominają również o tym, iż śmierci Jezusa my wszyscy jesteśmy winni – i że wydał się na nią w istocie dobrowolnie, by odkupić grzechy każdego z nas.

Pasja Mela Gibsona nie jest w pełni zgodna z moim własnym wyobrażeniem Męki Pańskiej – ono bowiem bliższe jest choćby pieśniom pasyjnym Antoniny Krzysztoń i szczególnej atmosferze tych interpretacji. Nie jest to wizja naturalistyczna i ociekająca krwią, jak omawiany film– przepełniona jest raczej nastrojem szczególnego skupienia i pełnego napięcia oczekiwania – w głębokiej ciszy dzieje się to, co nieuchronne. Pasja jednak, choć nie jest filmem idealnym, choć przytłacza widza ogromem szczegółowo ukazanego okrucieństwa, jest w stanie głęboko wpłynąć duchowo, nie tylko na człowieka już wierzącego. Przypomina bowiem, iż chrześcijaństwo to tak – religia Miłości, jednak Miłości wymagającej, bezwarunkowej, zdolnej do wielkich poświęceń. Miłości być może niełatwej, lecz i niezwykle wiele, w istocie – wszystko – oferującej w zamian.

Podczas pierwszego seansu Pasji, wstrząśnięty detalicznie ukazanym cierpieniem Chrystusa, marzyłem o zupełnie innym artystycznym doznaniu – o filmie, który adekwatnie oddałby moc słów i czynów Jezusa z Nazaretu. Dziś wydaje mi się to niemal niemożliwe. Z każdą kolejną lekturą Jego nauczania bowiem rośnie we mnie coraz silniejsze odczucie niezwykłej odmienności tych słów – ich niezwykłej moralnej nieskazitelności i siły. W przeciwieństwie do sławnych filozofów, artystów, myślicieli, Chrystus nie osiągał głębi za pomocą skomplikowanych intelektualnych figur, lecz prostych i uniwersalnych symbolicznych obrazów. Wypowiadając zdania jasne i klarowne mówił tak, jak nie mówił nikt inny w historii. Ponad dwa tysiące lat temu, gdy nauczał, i dziś, ludzkość wciąż nie dojrzała do tego, by naprawdę podążyć za Jego ideami. W zazwyczaj prostych słowach osiągał moralną czystość, jakiej w moim przekonaniu nie mógłby osiągnąć żaden człowiek. Kiedy mówi: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Kto jest z prawdy, słucha głosu mego.”, nie tłumaczy, czym owa Prawda jest – wierzy bowiem, wie, iż w głębi duszy każdemu z nas jest ona znana. I że nie ma wielu różnych, względnych Prawd – że gdzieś wewnątrz nas jest ta jedna właśnie, z którą żadnej innej nie da się pomylić.

Ostatnio dodane