Muzyka filmowa

SNOW WHITE AND THE HUNTSMAN – soundtrack

Howard bez pardonu sięga tu do swoich wcześniejszych dokonań, lecz czyni to z wdziękiem i pomysłem.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

MUZYKA: James Newton Howard
ROK PRODUKCJI: 2012
WYTWÓRNIA: Unversal Republic
CZAS TRWANIA: 67:06 min. 

Pomijając wciąż trwającą modę na superbohaterów, kino amerykańskie zaczęło w ostatnich latach skupiać się także na klasycznych baśniach, które może nie tyle demitologizuje, co ubiera w nową formę. Trend ten nowy co prawda nie jest – wystarczy przypomnieć choćby pierwszego Shreka czy np. gilliamowskich (i nieustraszonych) braci Grimm sprzed ładnych paru lat – jednak dopiero teraz jakby bardziej się nasilił, owocując zarówno serialami pokroju Once Upon a Time (z muzyką Marka Ishama), jak i kinowymi blockbusterami, gdzie upodobano sobie wyjątkowo Śnieżkę, z którą dwa, jakże odmienne filmy wypuszczono tego roku w dość krótkim przedziale czasowym (drugim jest Mirror Mirror z muzyką Alana Menkena).

Pomijając wartość samego filmu – ten, choć ciekawy wizualnie i próbujący w fajny sposób odrzeć klasykę z wytwornych szat, okazał się niestety miałką, sztampową i często masakrycznie głupią wydmuszką, nieodbiegającą wielce od oryginału swą bajkową naiwnością – otrzymaliśmy więc szansę na ciekawy score w klimatach fantasy, czyli coś, w czym Howard zawsze dobrze się czuł i do czego potrafił stworzyć niebanalne partytury. I choć Snow White and the Huntsman trochę pod tym względem rozczarowuje, to jednak ze swojego zadania kompozytor wywiązał się z nawiązką.

Przerasta w jakiś sposób sam film.

Ponieważ film usiłuje przez większość czasu być (i czasem faktycznie jest) mroczny i brudny, a jedną z centralnych postaci jest zła królowa, toteż i muzyka JNH niepozbawiona jest takiegoż klimatu. Sporą część płyty stanowi zatem dramatyzm wymieszany z często mało absorbującym, lecz wielce dosadnym i posępnym underscore’em, który może nie porywa, ale ładnie, wręcz dostojnie płynie z głośników. Okazjonalnie przerywany jest on albo chwytliwą muzyką akcji – na zmianę stosowną i odpowiednio epicką (Warriors on the Beach) oraz nadto hałaśliwą, irytującą i niepotrzebnie pachnącą RCP (White Horse) – albo bardzo klasyczną dla Howarda, jak zawsze wyjątkowo urokliwą liryką. Miejscami jest co prawda odrobinę przyciężka, lecz to właśnie ona stanowi clou kompozycji i słucha się jej z niekłamaną przyjemnością, a takie momenty, jak piękne Sanctuary, White Hart, czy Death Favors No Man z subtelnym, kobiecym solo w tle, to prawdziwy miód dla uszu. I nie przeszkadza zbytnio fakt, iż jest to rezultat sprytnego recyclingu.

Howard bez pardonu sięga tu bowiem do swoich wcześniejszych dokonań, lecz czyni to z wdziękiem i pomysłem. Usłyszymy tu zatem klasyki pokroju Lady in the Water, Osady i The Last Airbender, ale też i naleciałości takich tytułów, jak I am Legend, czy tegoroczne The Hunger Games. Na szczęście Howard to nie Horner i obywa się bez większych selfplagiatów, a większość z w/w tytułów narzuca się raczej poprzez podobne brzmienie, pomysły i rozwiązania instrumentalne (głównie smyczki, chóry, sekcja dęta), aniżeli przez faktyczne powielanie tematów. Zresztą pewna surowość i ponurość tej ilustracji sprawia, że najbliżej jej do… Defiance – pracy, która tyleż intryguje, co wymaga skupienia. Pod wieloma względami Snow White and the Huntsman nie jest więc ilustracją szybką, łatwą i przyjemną, która bombarduje nas co chwila atrakcyjnymi tematami – choć, o ironio!, to właśnie te elementy sprawiają, że mocno zwraca na siebie uwagę podczas kinowego seansu.

Oprócz muzyki Howarda album i film ubarwiają jeszcze dwie piosenki. Pierwsza ma charakter elegijny i wiąże się bezpośrednio z jedną ze scen, a także ilustruje montaż wędrówki głównych bohaterów. Ta prosta, ale delikatna melodia została zresztą wycięta wprost z filmu – stąd jej początek jest niezbyt miłym, lekko chrypliwym popisem jednego z aktorów, który następnie przechodzi w piękny, eteryczny głos Ioanny Gika. Z kolei druga piosenka, która także może poszczycić się wyjątkowym wokalem, jest promującym tę produkcję przebojem od wielce popularnej ostatnimi czasy formacji Florence and The Machine i usłyszeć możemy ją na napisach końcowych. I obie jak najbardziej warto posłuchać, szczególnie, że wnoszą do całości przyjemne zróżnicowanie – dla niektórych stanowić mogą zresztą największy atut całego albumu.

Generalnie to bardzo ładna śnie… ścieżka. Niezbyt oryginalna i może nie tak epicka i atrakcyjna, jak można by się tego spodziewać, ale emocjonująca, ciekawa i spełniająca swe zadanie aż nadto. To zresztą jeden z nielicznych elementów tej produkcji, do którego autentycznie mam ochotę powrócić. Muzyka, która – podobnie, jak to miało miejsce przy Ostatnim Władcy Wiatru – przerasta w jakiś sposób sam film i spokojnie może egzystować poza nim. Album jest co prawda przydługi, ale pozbawiony śmieci i specjalnie się do jego zawartości przyczepić nie można. Warto, szczególnie, jak ktoś lubi styl i twórczość Howarda.

01. SNOW WHITE
02. I’LL TAKE YOUR THRONE
03. TOWER PRAYERS
04. SOMETHING FOR WHAT AILS YOU
05. ESCAPE FROM THE TOWER
06. YOU FAILED ME FINN
07. WHITE HORSE
08. JOURNEY TO FENLAND
09. FENLAND IN FLAMES
10. SANCTUARY
11. WHITE HART
12. „GONE” (Ioanna Gika)
13. I REMEMBER THAT TRICK
14. DEATH FAVORS NO MAN
15. WARRIORS ON THE BEACH
16. YOU CANNOT DEFEAT ME
17. YOU CAN’T HAVE MY HEART
18. CORONATION
19. „BREATH OF LIFE” (Florence + The Machine)

Tekst z achiwum film.org.pl

Ostatnio dodane