publicystyka filmowa

MAJ Z RIDLEYEM SCOTTEM: Kto jest Prometeuszem?

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

 

W założeniu wyprawie przewodzą doktor Elizabeth Shaw i Charlie Holloway (też ponoć naukowiec). Oboje ogłaszają reszcie załogi, że znaleźli na Ziemi ślady interwencji obcych istot w rozwój naszej planety, w powstanie naszego gatunku. W następstwie tego odkrycia postanawiają odszukać owych architektów (czy też Inżynierów, jak każą ich nazywać) i skomunikować się z nimi, zapytać o przyczynę naszego stworzenia, oraz dlaczego nas opuścili. Wszystko wydaje się jasne, ale już pierwsze spotkanie z obojgiem naukowców na pokładzie statku budzi wątpliwości. Oto stają przed nami Szwedka w śmiesznych workowatych spodniach/bojówkach i fryzurze na Piasta Kołodzieja (tuzinkowa Noomi Rapace) i jej partner, obwieś odziany w bluzę z kapturem (odegrany z ogromną błazenadą przez skądinąd miernego aktora, Logana Marshalla-Greene’a), postać nieinteligentna do tego stopnia, że obserwacja jego dalszych poczynań staje się wręcz udręką. „Nie sądźmy po pozorach”, chciałoby się powiedzieć. Te jednak znajdują swe potwierdzenie.

To nie do pomyślenia, ale właśnie Shaw i Holloway przewodzą gatunkowi ludzkiemu w tej arcyważnej misji. Fiasko całej misji od początku wydaje się nieuniknione.

Mężczyzna prezentujący się jako prosty chłopak z blokowiska, okazuje się nie mieć absolutnie nic do powiedzenia. Intelektualizm jest mu zupełnie obcy. Kieruje nim wyłącznie instynktowna, dziecięca ciekawość. Pragnie spotkania z absolutem naiwnie jak dziecko, dla samego spotkania. Nie stać go na cień refleksji. Dlatego też przegrywa wszelkie intelektualne dysputy z robotem pokładowym, Davidem. Przegrywa, bo jest niemądry. Jest głupi. Nie robi właściwie nic poza byciem życiowym partnerem dr Shaw i uśmiecha się do wszystkich jak głupi do sera. Doktor Shaw ma przynajmniej motywację, męczy ją, wręcz rozsadza od środka swego rodzaju dualizm: pragnienie poznania praojców świata, zarazem głęboka wiara w Boga, stworzyciela wszechrzeczy. Być może to odkrycie pozwoli jej odrzucić wreszcie Boga, albo uwierzyć w niego jeszcze mocniej, bo jak sama rezolutnie stwierdza: „naszych inżynierów też ktoś stworzył”. Ale i ona wydaje się być osobą słabą, naiwną i przeciętną.

To nie do pomyślenia, ale właśnie Shaw i Holloway przewodzą gatunkowi ludzkiemu w tej arcyważnej misji. Kiepscy przewodnicy, toteż trudno się dziwić, że od początku nie budzą w ekipie statku żadnego respektu, a reprezentująca sponsora wyprawy panna Meredith Vickers patrzy na nich wręcz z politowaniem. Patrzy tak nie dlatego, że nie docenia wagi ich odkrycia, ale dlatego, że nie dostrzega w nich choćby krztyny profesjonalizmu. Fiasko całej misji od początku wydaje się nieuniknione. No bo skoro nie można obojga naukowców traktować poważnie, jak inaczej traktować całą tę skądinąd nietuzinkową wyprawę?

Podobne, jeśli nie większe wątpliwości budzą pozostali członkowie załogi z kapitanem statku, Jankiem (beznamiętny Idris Elba) na czele. Sam podważa swój autorytet już na początku zaznaczając, że on tu jest tylko od sterowania. Czegoś takiego faktycznie dotychczas w kinie nie było, zabieg iście pionierski w konstrukcji bohatera. Janek zachowuje się jak nie przymierzając kierowca autobusu. Przez większą część filmu nic go nie interesuje, nie jest też szczególnie rozgarnięty. Co zdumiewające właśnie on, z niewyjaśnionych powodów dodajmy, dochodzi do wniosków, do jakich dojść nie może (bo nie schodzi nawet z pokładu statku na ląd) na temat naszych twórców, ich celu względem naszej planety i nas samych. I ma rację! Jakby tego było mało zostanie jeszcze bohaterem. Złoży swe życie w ofierze. Poświęci się na rzecz ogółu. Na rzecz całego rodzaju ludzkiego. Iście prometejska postawa.

Najwięcej wątpliwości w rysunku postaci budzi tu jednak David, robot pokładowy (niekonsekwentny aktorsko Michael Fassbender). Nie ma żadnych sygnałów, by ten był zdolny do samodzielnego myślenia, co najważniejsze zaś – do odczuwania, tymczasem David, z niewiadomych powodów, od samego początku ulega… emocjom. Wzdryga się, gdy ludzie kwestionują jego człowieczeństwo, podkreślają brak ducha. Czuje się… dotknięty. Dlaczego? Na jakiej podstawie stopniowo posuwa się do niesubordynacji wobec ludzi, a nawet ich zdrady? Przecież w człowieku odnajduje wzorzec do naśladowania.

Okazuje się nim T.E. Lawrence. Ale znowu człowiek nie do końca, bo zapośredniczony przez sztuczną figurę, postać wyjętą z filmu p.t. Lawrence z Arabii Davida Leana. Przykład nieprzypadkowy, Lawrence to człowiek, który dążył do nieodczuwania, czego dowodem oglądana z nabożnością przez Davida scena z zapałką: Lawrence trzyma w palcach ręki zapaloną zapałkę tak długo, aż ta w pełni się wypala, parząc mu przy tym palce. Otaczający go ludzie nie rozumieją, o co chodzi w sztuczce. Ten wyjaśnia, że o nic. To żadna sztuczka. Chodzi o obojętność na ból, o nieodczuwanie właśnie. Jako że David nie czuje bólu, w ogóle nie odczuwa (teoretycznie, bo jego postępowanie dowodzi czegoś zupełnie odwrotnego), utożsamia się z bohaterem filmu. Do tego stopnia, że nawet farbuje włosy na jasny blond by wyglądały dokładnie tak jak włosy aktora Petera O’Toole’a odgrywającego rolę Lawrence’a (co ciekawe bezpośrednia aluzja Ridleya Scotta do tegoż obrazu Davida Leana wywodzi się już z jego wcześniejszego filmu p.t. Dobry rok. Jego bohater również naśladował sposób bycia i mówienia T.E. Lawrence’a, ale rolę tę odgrywał zdolniejszy Russell Crowe i nie potrzebował farbować włosów, by stworzyć doskonałą kopię kreacji O’Toole’a).

  • TAGI:

Ostatnio dodane