Ranking

Ranking filmów Romana Polańskiego

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

16. Piraci (Pirates, 1986)

Walter Matthau:

Polański nalegał, abym robił 20 pompek dziennie zamiast chodzenia na siłownię. Aktorzy mieli być rozciągnięci i sprawni, a trzeba powiedzieć, że kilka dekad wcześniej miałem zawał i wstawiono mi bypassy. Całe szczęście czułem się dobrze. Polański zabrał mnie też do dentysty, ponieważ prawdziwi piraci mieli przecież popsute zęby. Musiałem „popsuć” zęby, ponieważ zbliżenia na twarz mogły pokazać wszystko.

Najważniejszy fakt związany z „Piratami” to fakt  wielkiej wtopy finansowej. Swego czasu chyba najbardziej spektakularnej. Ale nic dziwnego jeśli producenci decydują się na budowę repliki hiszpańskiego galeonu – nie makiety, dekoracji, efektu specjalnego, ale REPLIKI 1:1. Statek stoi obecnie w porcie w Genui. Można zwiedzić za 5$. Koszt produkcji „Piratów” miał oscylować wokół 15 baniek, a skończyło się na 40. A zarobił w USA? 1,65 miliona. Poza Stanami – niecałe 5. Powiedzieć porażka, to powiedzieć za mało. To katastrofa.

Jest to wina i chaotycznego scenariusza, i braku znanych nazwisk w obsadzie (Nicholson odmówił), bo za gwiazdora Walter Matthau nie może być uznawany (choć rola znakomita!). Zamiary Polańskiego były jasne – wskrzesić kino przygodowe pełną gębą dorzucając do znanej wszystkim konwencji szczyptę brudnego realizmu epoki. Jak się to udało? Cóż, nie jest to film tak dynamiczny jak współcześni „Piraci z Karaibów”, nie jest tak zawadiacki jak „Wyspa piratów” z Geeną Davis. Ale jest to sprawnie opowiedziana historia, mocno komediowa, chwilami widowiskowa. Innymi słowy – „Piraci” zdecydowanie nie zasłużyli na niesławę. [desjudi]

Dla mnie ten film to czysta magia. Kurczę, widziałam go chyba setki razy w kinie jeszcze, kiedy byłam małym smarkiem. Puszczali go codziennie wieczorem i w niedzielne poranki a cena biletu nie przekraczała dzisiejszych 5 zł. A to dlatego, że to było małe miasteczko, w kinie mieli wyświetlać „Aliens”, ale kopia nie dochodziła – więc zamiast tego obniżano cenę biletu i do znudzenia puszczano „Piratów”. Po trzech, czterech tygodniach w kinie przesiadywali Ci sami ludzie oglądając po raz enty ten sam film i myślę, że każdy bawił się przednio – bo inaczej nikt by nie przychodził na seans. Fakt, że wszyscy liczyli, że w końcu puszczą „Aliensów”, ale kiedy wychodził smutny pan z kasy i za każdym razem mówił „Aliensów niet, bydą Piraty” to nikt z kina nie uciekał, co świadczy o magii tego filmu. Zupełnie nie rozumiem, jak można było go nie docenić. Dla mnie ten film to kino przygodowe pełną gębą z pierwszej ligi. I być może właśnie dlatego, że okręt to nie makieta ale replika w skali 1:1 sprawił że na wielkim ekranie prezentował się wręcz tak fantastycznie. [Monika]

Jeżeli tam jest jakaś magia czy przygoda to ja tego nie zauważyłem. Akcji praktycznie nie ma, a całość niesamowicie przynudza. Postacie to standardowy zestaw komiksowych piratów, żadna nie jest na tyle ciekawa, żebym mógł ją zapamiętać na dłużej. Nie pamiętam, żeby jakaś scena zrobiła na mnie jakieś większe wrażenie. Humoru również nie uświadczyłem. Kino przygodowe to ewidentnie nie jest bajka Polańskiego. [Azgaroth]

Film jest tragicznie wręcz słaby. Nieczęsto zdarzają się filmy podczas seansu, których przez większą część czasu muszę walczyć z sennością. Szkoda, bo lubię takie klimaty. Pamiętam że po raz pierwszy oglądałem ten film, (czy też raczej „próbowałem go obejrzeć”, bo na pewno nie dotrwałem do końca) jakieś 20 lat temu, czyli w dzieciństwie, i puszczali go w TV w tym samym dniu (lub dzień później) co „Karmazynowego Pirata”, na długi czas te dwa tytuły stały się dla mnie wyznacznikiem dobrego filmu o piratach i kiepskiego filmu o piratach. Do obydwu powróciłem kilkanaście lat później i o ile „Karmazynowy” w miarę się trzymał i miło było sobie go przypomnieć, to z „Piratami” powtórzyła się sytuacja sprzed lat. Tym razem, co prawda, przetrwać mi się udało, ale bardzo wątpię bym kiedykolwiek spróbował po raz trzeci. Choć akurat Matthau był jednym z nielicznych plusów. Drugim była lekko zaskakująca końcówka. [Gieferg]

 

15. Matnia (Cul-de-sac, 1966)

Na wysepce (Holy Island, gdzie kręcono „Matnię” – przyp. red.) dała nam się wyraźnie we znaki klaustrofobia. Żyliśmy zanadto stłoczeni, stąd masa przeróżnych skarg – na kwatery, na jedzenie, na postępowanie innych członków ekipy. Łosoś z Tweed cieszy się reputacją najlepszego na świecie, ale kucharze w pubach gotowali go tak długo, aż mięso stawało się czymś w rodzaju szarawego klastru (…) Kolonia szczypawek, któe zagnieździeły się w mojej  przyczepie, rozmnażała się w niepokojącym tempie. Kiedy wracałem zmordowany po całym dniu pracy, w łóżku aż roiło się od tych błyszczących, wijących się insektów. 

„Matnia” jest filmem pewnej epoki, która się skończyła. W stylu, który dziś wygląda na „przekombinowany” i w gatunku, który zmierzcha. Widzę to i rozumiem skąd przyszło. To prawda, że za pierwszym razem film się dłuży i nudzi. Jednak kolejne podejście wydobywa z niego intrygującą historię w atmosferze zamknięcia, odludzia, świetne zdjęcia. Może nie wracam do „Matni” tak często jak do bliskiego jej „Wstrętu”, ale nie jest nietrafiona. Niedowiarkom polecam „What?”, co ostatecznie dowodzi, że Polański raczej nie jest reżyserem umiaru. [Vera]

To pierwszy film Polańskiego, który zupełnie do mnie nie trafił. Za dużo tu komediowych, głupkowatych wstawek, brak gęstniejącego klimatu, zupełnie niewyczuwalna atmosfera zagrożenia. I mega-irytujący główni bohaterowie, których ma się ochotę powystrzelać od pierwszej minuty. Marzyłam o tym, by się jak najszybciej skończyło… [Rozalia]

Poniekąd się zgadzam, chociaż wszystko to, co temu filmowi zarzucasz, było chyba zamierzonymi działaniami. Taki pastisz thrillera trochę, odwrócenie relacji jakie zwykle panują między postaciami w tego rodzaju filmach. Mi też film nie podszedł właśnie poprzez w/w elementy i przez tą cholerną polańską groteskę – w małych dawkach fajnie doprawia jego filmy, ale oglądać ją pełen metraż to tak, jakby zjeść naraz łyżkę soli… Ale jednak „Matnię” w pewien sposób szanuję – taka ambitna porażka trochę, właśnie poniekąd ze względu na wypięcie się na oczekiwania widza i dociśnięcie pedału do oporu.  A, jeszcze jedno – bardzo elegancka jednoujęciowa scena na plaży. [Jarod]

Mnie również „Matnia” nie podeszła i klasyfikuje się u mnie jak na razie zdecydowanie pod koniec rankingu. Najbardziej w oczy kole wspomniana już wyżej nadmierna groteska, a jedyną wartą uwagi rzeczą jest moim zdaniem kreacja Pleasence’a. [Berus]

„Matnia” nie jest taka zła. Mnie się podobało i oceniam 8/10. Świetne aktorstwo w wykonaniu trójki głównych bohaterów. Ciekawy, duszny klimat. I atmosfera zaszczucia, będąca znakiem charakterystycznym Romka. Zaszczuty jest tutaj przede wszystkim George i nie chodzi o samą sytuację przetrzymywania w domu przez gangstera. George jest więźniem czegoś większego, jakiejś maski, która do niego przylgnęła. Jest jak tchórzliwy kurczak, których pełno na wyspie. Muzyka także jest świetna i jest ciekawie użyta – słyszymy ją chyba tylko wtedy, gdy Teresa włącza gramofon. Zdjęciom też nie mogę nic zarzucić, a niektóre nawet zapadły mi w pamięci, więc jest bardzo dobrze. Główny minus jest taki, że film choć nie długi, bywa nużący. [patyczak]

Bardzo fajny film. Uwielbiam styl jakim potrafi operować Polański w skromnych, dziejących się na niewielkiej przestrzeni filmach jak „Cul de sac”, czy „Nóż w wodzie”. To oraz specyficzne poczucie humoru + kapitalna muzyka Komedy (chociaż troszkę jej mało i niezbyt wyeksponowana) sprawiają, że „Matnia” to jedna z moich ulubionych komedii. Nie rozumiem osób piszących o przesadzonej grotesce i głupkowatych scenach komediowych – ile ja bym dał, żeby teraz się kręciło takie „głupkowate” komedie… Psychologia głównych postaci i ich reakcja na zaistniałe wydarzenia jest tutaj przecież bezbłędna, świetnie zagrana. Dla mnie niezwykle ciekawym było oglądanie jak George radzi sobie z sytuacją, to on jest najważniejszą figurą w tej historii i chyba od tego, czy „kupimy” jego kreację zależy ocena całego filmu. Gdybym miał się do czegoś przyczepiać, to zwróciłbym uwagę na niespodziewaną wizytę gości, która absolutnie nie wykorzystuje swojego dramaturgicznego potencjału, a sami aktorzy cierpią trochę na syndrom „gram w groteskowym thrillerze, więc zachowuję się odpowiednio groteskowo”. Film zyskałby również na tym, jakby go skrócić o parę minut, bo zupełnie niepotrzebnie trwa prawie dwie godziny.[Simek]

Mi się podobało. Film jedyny w swoim rodzaju, dziwaczy pokręcony thriller gdzie raz jest śmiesznie, a raz strasznie. Zwłaszcza początek filmu jest udany i chyba najśmieszniejszy. Udane zdjęcia, gra aktorska (do tego bardzo ładna Françoise Dorléac). Jedyne co średnio mi pasowało do reszty filmu to zakończenie. Wydawało mi się zbyt dramatyczne, jak na taką komedię. [Azgaroth]

 

14. Tragedia Makbeta (The Tragedy of Macbeth, 1971)

 W Makbecie widać niewiele krwi – która leje się obficie w pierwszym z brzegu filmie Sama Peckinpaha – ale okrucieństwo jest w nim realistyczne. „Makbet” to sztuka okrutna, a ja nigdy nie uznawałem uników. Komisja kwalifikacyjna, zarzucając mi eksponowanie przemocy, zezwoliła na rozpowszechnianie z adnotacją „tylko dla dorosłych”, a jedna z pań uznała za rzecz nie do przyjęcia, że „taki miły chłopczyk” zostaje w „bestialski sposób zamordowany”. Większość amerykańskich krytyków uznała, że robiąc ten film chciałem się oczyścić. W rzeczywistości wybrałem „Makbeta”, ponieważ miałem nadzieję, że przynajmniej Szekspir nie wzbudzi żadnych podejrzeń. Po zbrodniach „rodziny” Mansona mój następny film, obojętnie jaki, nieuchronnie spotkałby się równie wrogim przyjęciem. Gdybym zrobił komedię, oskarżono by mnie o gruboskórność. 

Pierwszy film Polańskiego po zabójstwie Sharon Tate. Brutalny, okrutny, surowy – takiego Makbeta nikt jeszcze nie widział. Niektórzy widzieli w tym filmie walkę Polańskiego z demonami przeszłości, mocną depresją.  Niewątpliwie to jeden z najmniej znanych filmów Romana. Zresztą, ekranizacje dramatów szekspirowskich  nigdy nie cieszyły się wielką popularnością (docenienie to co innego), tym bardziej jeśli mamy do czynienia z adaptacją tak odważną i tak inną od dotychczasowych.  [desjudi]

Przygotujcie się na dołujący, snujący się klimat i dużo gadania, ale jak wejdziecie w rytm i przyzwyczaicie się to doznacie niesamowitego talentu reżyserskiego Romka. Ogólnie Makbet wymiata, ale łatwym filmem nie jest. Pamiętam fajny motyw jaki Polański obmyślił z lustrami w przepowiedni czarownic dla Makbeta. Pamiętam też masakrę na zamku, która faktycznie jest bardzo krwawa. Ale to wszystko jest in plus. In minus natomiast idzie największa wpadka Makbeta, czyli końcowy atak wojsk szkockich na zamek Dunsinane, którego ułomna reżyseria sprawia, że wygląda jak odgrywane przez polskich studentów i miłośników rycerstwa bitwy pod Grunwaldem albo pod Malborkiem na 600-lecie którejś z nich. Naprawdę, strasznie to wygląda. Uwielbiam Romka, ale dla mnie Tragedia Makbeta udowadnia, że do wielkich widowisk to on się nie nadaje. [Rodia]

Makbet to moja ulubiona sztuka Szekspira, ale niestety na filmie to się zawiodłem. Cały czas miałem wrażenie sztuczności i teatralności obrazu. Zarówno scenografie jak i kostiumy bardziej nadawały się do teatru telewizji niż do filmu. Zabrakło odrobinę epickości, która w Makbecie byłaby na miejscu. Niestety Polański, jak ma reżyserować sceny gdzie jest więcej niż 4 aktorów, to się gubi. Poza tym było nudnawo, zabrakło tempa opowieści i czegoś co by przykuło uwagę. Scenariusz oczywiście zajebisty, ale to już zasługa Szekspira niż Polańskiego. [Azgaroth]

13. Tess (1979)

Kręcenie „Tess” trwało tak długo, że ekipa techniczna i aktorzy stali się czymś więcej niż zbiorowiskiem ludzi zgromadzonych ad hoc w celu zrobienia filmu. Powoli przekształcaliśmy się w prawdziwą wspólnotę, żyjącą według własnego rytmu zaznaczonego anrodzinami, śmiercią, romansami i rozwodami, przeżywającą chwile przekomiczne lub niezwykle tragiczne. Byliśmy niczym wędrowny cyrk, który w połowie sierpnia przetoczył się przez Normandię, jesienią i zimą przez Bretanię i powrócił wiosną do miejsc poznanych wiele miesięcy wcześniej. Zauroczył nas przepiękny francuski krajobraz. Idylliczna atmosfera tamtych miesięcy przeniknęła zapewne do filmu. Dla mnie był to epizod szczególnie ważny, doświadczenie o niezwykłej sile oczyszczającej. 

Znam takich, którzy TESS uważają za najlepszy film Romana Polańskiego. Nie ma ich zbyt wielu, co nie zmienia faktu, że film jest znakomity i to pomimo porażki finansowej, której doświadczył Roman. To też pierwszy film zrobiony „na wygnaniu”, po oskarżeniach o gwałt na 13-latce.  Kostiumowy melodramat. To wiele mówi. Do tego pięknie nakręcony (Oscar). Stylistycznie w opozycji do wszystkiego, co robił Polański, choć w treści zbliżony do tego wszystkiego, do czego zdążył przyzwyczaić – osaczenie, fatalizm, zło. Czyli melodramat na opak w kostiumie wcale nie takim pięknym. Brutalizm miesza się z poezją, delikatnością, zwiewnością (których uosobieniem jest śliczna Nastasja Kinski).  Film powstał z dość osobistego powodu – Sharon Tate, niedługo przed śmiercią, wręczyła mu egzemplarz książki Thomasa Hardy’ego „Tess of the d’Urbervilles” z sugestią jakoby to doskonały materiał na kolejny film Romana. [desjudi]

Długo wzbraniałam się przed obejrzeniem tego filmu – zupełnie niepotrzebnie – mino iż jest szalenie długi i statyczny, to sposób narracji niesamowicie wciąga i widz dosłownie wsiąka w opowieść. Bije z niego niesłychany smutek, wywołany chyba poczuciem nieuchronności losu bohaterki, który naprawdę porusza.  Cudowny klimat, piękne zdjęcia i boska Nastazja Kinsky razem tworzą jeden z najwspanialszych filmów Polańskiego. [Rozalia]

Ostatnio dodane