Biografie ludzi filmu

JOHN HUGHES. Filmobiografia

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Weird Science

Dziewczyna z komputera; 1985

7 / 10

Weird Science_posterDwóch zdesperowanych nerdów, Gary i Wyatt (Hall, który na rzecz tego filmu odpuścił powtórkę roli Rusty’ego w „Europejskich wakacjach” i Ilan Mitchell-Smith), oczywiście prześladowanych przez starszych kolegów – wliczając w to brata jednego z nich, Cheta (przekomiczny epizod Billa Paxtona) oraz Iana i Maxa ze szkoły (dwóch Robertów: Downey, Jr. i Rusler) – postanawia pewnego ‘samotnego’ wieczora stworzyć na domowym komputerze symulację kobiety marzeń. Eksperyment przechodzi ich najśmielsze oczekiwania, kiedy wskutek wyładowania elektrycznego (połączonego ze zhakowaniem systemu wojskowego) z ich łazienki wychodzi prawdziwa laska o obliczu Kelly LeBrock (w owej chwili u szczytu swoich fizycznych możliwości – dziś niestety ofiara o jednej operacji plastycznej za dużo, więc odradzam googlowanie). Kobita zostaje ochrzczona imieniem Lisa (na cześć komputera z jabłuszkiem w logo) i szybko sprawia, że uczniaki zyskują nie tylko na popularności, ale i pewności siebie. Oczywiście trzymanie w szafie takiej seksbomby szybko skutkuje problemami, jakie jeszcze szybciej wymykają się spod kontroli…

Jak zwykle trudno Hughesowi odmówić uroku i werwy w opowiadaniu tak absurdalnej historii. Ta baśniowość (zdolności Lisy są wszak iście czarodziejskie, a całość można spokojnie traktować jak nowoczesną wersję Mary Poppins, choć w rzeczywistości jest to luźna adaptacja opowieści „Made of the Future”, pochodzącej z popularnej w latach 50. serii komiksów EC o wspólnej nazwie… „Weird Science”) i duża umowność sprawiają jednak, że daleko tej produkcji do najlepszych dokonań twórcy.

Weird Science2

Oczywiście, jak zwykle znalazła się tu odpowiednia dawka swoistej szczerości w ukazywaniu nastoletniego świata amerykańskich przedmieść. Zatraca się to jednak pomiędzy kolejnymi fantastycznymi wydarzeniami, względem których trzeba niekiedy mocno zawiesić niewiarę i zacisnąć zęby, by się doń w pełni przekonać – zwłaszcza po latach. Przy czym Hughesowi wciąż bardzo dużo uchodzi na sucho, nie tylko przez wzgląd na komediową konwencję, ale i rewelacyjną, bodaj najbardziej widowiskową w całej filmografii realizację (mnóstwo efektów komputerowych uzupełnia jeszcze więcej tradycyjnych tricków na planie, z rzeczywistych rozmiarów rakietą wysuwającą się z podłogi i animatronicznym modelem kupo-Chata na czele), jaka sprawia, że „Weird Science” bliżej do ogólnopojętego Kina Nowej Przygody, niż zapropowanego we wcześniejszych filmach stylu reżysera.

Rzecz jasna wciąż poruszamy się w jego uniwersum. Akcja znowu dzieje się w Shermer, Illinois (oczywiście Chicago w rzeczywistości); Anthony Michael Hall nie raz przywołuje na myśl „The Breakfast Club” – nie tylko swym ogólnym jestestwem, ale i konkretnymi cytatami (charakterystyczna modulacja głosu, nawiązanie do tajemniczej dziewczyny z Kanady); na drugim planie przemyka John Kapelos, a i cała reszta wygląda, jak wyjęta z „Sixteen Candles”, choć jest w jakiś sposób oryginalna, a przy tym ma zdecydowanie mniej poważny posmak. Ale dość narzekania…

Weird Science3

Trudno zresztą długo pastwić się nad „Dziewczyną z komputera”, bo kiedy porzucić wszelkie porównania do reszty twórczości Hughesa, film potrafi się bez problemu obronić, nawet dziś. Niewątpliwie pewne rzeczy trącą już myszką (choćby i sam komputer – Memotech MTX512), inne nie śmieszą już tak mocno, jak kiedyś. Lecz w ogólnym rozrachunku to wciąż, tak po prostu, fajne, przyjemne kino, które bawi w całkiem niegłupi sposób, i któremu nie brak magii (patrz: przywołana wyżej pierwsza scena Kelly/Lisy). Co ciekawe, brak balastu w postaci ‘krzyku pokolenia’ wychodzi filmowi na dobre – to po prostu zgrywa, która nie aspiruje do bycia czymś więcej. Gdyby Hughes, który znowu stworzył podstawowy skrypt w niespełna 48 godzin, zdecydował się uderzyć tu mocniej w dramatyczniejsze tony, jak czynił to poprzednio, pewnie zaliczyłby poważną wpadkę.

Weird Science_TVA tak był to kolejny sukces. Nie tak duży, jak wcześniejsze filmy, ale wystarczający, by doczekać się 40 milionów przychodów (ogółem, nie tylko z kin i nie tylko amerykańskich) oraz kontynuacji w postaci pięciu sezonów serialu, który nadawany był w latach 1994-98 także i w polskiej telewizji (w główne role wcielili się tam John Asher, Michael Manasseri i Vanessa Angel, którą znawcy kobiecych kształtów mogą kojarzyć z radzieckiego epizodu w „Szpiedzy tacy jak my”). Niemałą popularnością cieszyła się także ścieżka dźwiękowa z filmu (mimo, iż album zawiera jedynie 10 z 18 użytych w filmie przebojów i jeden fragment score’u Iry Newborna), na której znowu przygrywa cała masa ówczesnych gwiazdek popowo-rockowej estrady – w tym jeszcze mało znany Danny Elfman, wykonujący ze swą kapelą, Oingo Boingo, tytułowy szlagier (podmieniany często w alternatywnych wersjach telewizyjnych na „Pretty Woman” i vice versa – z powodu praw hit zastępował na niektórych kopiach wieńczący całość motyw z „Rocky’ego”).

Mimo wszystko „Weird Science” zabrakło tego czegoś, co sprawiłoby, że dorównałby pozostałym tytułom spod ręki Hughesa. Śmiem twierdzić, że gdyby nie widok ponętnej Kelly LeBrock (która swoją drogą na plakatach i okładkach domowych nośników wygląda jeszcze gorzej, niż obecnie), kuriozalnie młody Robert Downey, który siedzi przed kompem w staniku na głowie, rozwalający nagle imprezę Vernon Wells (pamiętny Bennett z „Commando”) oraz teksty i pokazówka Billa Paxtona, który w pewnym momencie zostaje zamieniony w kupę gówna (dosłownie!), to nie byłoby co wspominać. Owszem, między duo głównych bohaterów jest chemia i łatwo się z nimi identyfikować, lecz nie są to jakoś wielce pamiętne postaci i trudno byłoby im samotnie unieść film na swoich barkach (notabene 14-letni wtedy Ilan Mitchell-Smith, który w scenie pocałunku z Lisą ponoć autentycznie dał się ponieść chwili, bardzo szybko porzucił aktorstwo na rzecz kariery belfra – dziś jest szanowanym profesorem średniowiecznej literatury angielskiej; true story).

Także fabularnie jest to w sumie taka ‘popierdółka’, mocno trzymająca się tyleż dzięki nostalgii, co dość uniwersalnej fantazji chłopięcej (obecnie ustępującej Red Tube i jej klonom). A skoro już o fantazjach mowa, to Hughes zdecydowanie lepiej, a przy tym także i wiarygodniej poradził sobie z ich urzeczywistnianiem w kolejnym filmie. „Weird Science” sprawia tym samym wrażenie wprawki do znacznie bardziej epickiego przedsięwzięcia…

 

ferris bueller

Wolny dzień Ferrisa Buellera; 1986

9 / 10

Co jak co, ale takim jest właśnie „Wolny dzień Ferrisa Buellera” – ten swoisty wypad na miasto był w owej chwili najbardziej rozbuchanym projektem Hughesa. I poniekąd takim pozostał.

Ferris_poster2W dużym skrócie jest to wycinek z życia najpopularniejszej i najbardziej luzackiej postaci lokalnej szkoły (tym razem nie nazwanej wprost, choć ponownie ‘gra’ ją gmach Glenbrook North oraz uniwersytet w Long Beach). Człowiek, któremu wszystko uchodzi na sucho, Ferris Bueller – w tej roli życia, nominowany do Złotego Globu, Matthew Broderick – zamierza zrobić sobie (kolejny) dzień wolny od szkoły. Nie robi jednak tego wyłącznie dla własnej przyjemności, lecz dla poprawy zdrowia psychicznego swojego najlepszego przyjaciela, Camerona (znakomity Alan Ruck). Na wagary zabiera też swoją dziewczynę, Sloane (przeurocza Mia Sara – rok wcześniej wypłynęła w „Legendzie” z Tomem Cruisem, którego także brano pod uwagę przy castingu do roli Ferrisa, chociaż aktor właśnie zrywał z wizerunkiem studenciaka, czego dowodem mający premierę w tym samym okresie „Top Gun”). Razem przeżywają niezapomniany czas w wielkiej metropolii, podczas gdy ich rodzice i nauczyciele żyją w błogiej nieświadomości. No, nie wszyscy – wyjątkiem jest dyrektor szkoły, Ed Rooney (genialny Jeffrey Jones), który w Ferrisie widzi największego wroga systemu i zrobi wszystko, aby go w końcu udupić…

Tym razem Hughes zaproponował nam znacznie bardziej zwariowaną, miejscami iście epicką historię, która odstawia nieco na bok typowo uczniowskie rozterki i wychodzi jej to tylko na zdrowie. Oczywiście, znów mamy do czynienia z bardzo trafnym – acz mocniej podkoloryzowanym względem wcześniejszych filmów – ujęciem szkolnego środowiska, który czerpie dużo z życiowych doświadczeń Hughesa (dość powiedzieć, że Bueller istnieje naprawdę, ale na imię ma… Bert; także Cameron powstał na wzór kolegi z dzieciństwa, a Sloane Tanen to przytyk do córki ówczesnego szefa studia Paramount, Neda Tanena). Raz jeszcze nie brak także scen dramatyczniejszych, wręcz gorzkich w swej prawdzie, stanowiących istotne punkty kulminacyjne – jak choćby świetne rozliczenie się z życiem i zabytkowym autem.

Ferris

Gros filmu to jednak niczym nie skrępowana zabawa – tak historią, jak i kinem samym w sobie (wszak już w pierwszej scenie twórca burzy czwartą ścianę i każe bohaterowi przemawiać do widza). O to zresztą w tym filmie m.in. chodzi – o radość z życia, złapania byka za rogi. Jak twierdzi sam Ferris: „Life moves pretty fast. If you don’t stop and look around once in a while, you could miss it.” („Życie mija naprawdę szybko. Jeśli raz na jakiś czas nie zatrzymasz się i nie rozejrzysz, możesz je przegapić.”). Poza tym znowu reżyser przedstawia swój pozytywny i być może nieco naiwny, lecz otwarty stosunek do przyjaźni, miłości i rodzinnych więzów – bo to na nich opiera się powodzenie ‘misji’ Ferrisa. Dopiero w dalszej kolejności mamy do czynienia z krytyką szkolnictwa i pochyleniem się nad (nie)dolą młodzieży – choć oczywiście wszystkie te elementy się ze sobą bezbłędnie zazębiają. Co ciekawe, tym razem napisanie skryptu zajęło Hughesowi aż sześć dni – pewnie też podczas jednego z nich wagarował…

„Wolny dzień Ferrisa Buellera” to jednak bodaj najsłynniejszy przykład mainsteamowego kina, w którym główny bohater nie przechodzi jakiejkolwiek przemiany, ani nawet nie wynosi ze swoich przygód żadnej lekcji. Wręcz przeciwnie – to Ferris niejako ‘uczy’ widza swojego poglądu na życie, wyjawiając również sekrety sztuczek, jakim zawdzięcza bezstresowy byt licealisty. Poznajemy go więc jako młodego, pewnego siebie (lecz nie aroganckiego!) oraz uwielbianego przez wszystkich (dosłownie!) młodzieńca i taki też Ferris nas żegna (również po napisach końcowych – sporo zresztą filmów Hughesa oferuje taki bonus :). Zmiany dokonują się natomiast na drugim planie – u Camerona, który dopiero po ‘wolnym dniu’ zaczyna taką pewność siebie przejawiać i przestaje się oszukiwać; a także, w nieco mniejszym stopniu, u siostry Ferrisa, Jeanie (urocza Jennifer Grey, jeszcze przed roztańczonym, brudnym buntem w ramionach Patricka Swayze, ale już po zabijaniu Ruskich o świcie u jego boku), która również przekonuje się o własnej wartości i tym samym niejako wychodzi z cienia faworyzowanego braciszka, do którego jeszcze na początku opowieści czuła nie mniejszą nienawiść, niż pan Rooney. A skoro o wilku mowa, to i poczciwy Ed dostaje tu lekcję pokory. Aczkolwiek w jego przypadku już chyba za późno na pełną metamorfozę – co dobitnie ujawnia ostatnie ujęcie w szkolnym autobusie.

Ferris2

Poza czwórką głównych bohaterów, jak zawsze u Hughesa, pojawia się cała gama osobliwości drugiego planu, które charakterem i chemią mogłyby obdarzyć kilka różnych produkcji. I mowa tu nie tylko o wspomnianej już siostrze Ferrisa czy jego rodzicach (Cindy Pickett i Lyman Ward, którzy po zakończeniu zdjęć naprawdę się pobrali), ale też o zwykłych, często kilkosekundowych epizodach. Przezabawna jest Edie McClurg, jako asystentka Rooneya, w której fryzurze kryje się wiele niespodzianek – o dziwo to jednak nie najlepszy jej występ u Hughesa. Trudno wyprzeć z pamięci Jonathana Schmocka, którego restauracyjny maitre d’ daje się urobić Ferrisowi z prawdziwą klasą; osobliwą twarz Richarda Edsona, którego garażowy pomyka chicagowskimi ulicami w takt tematu przewodniego z „Gwiezdnych wojen” (rola ponoć odrzucona przez Billa Paxtona); jak i słodziutką Kristy Swanson, jaka w jednej ze swych pierwszych ról w najmniejszym detalu tłumaczy nauczycielowi absencję Ferrisa.

Belfra gra zresztą kolejna charakterystyczna facjata – Ben Stein, którego powtarzane z miną pokerzysty „Bueller, Bueller, Bueller…” stało się jedną z wizytówek filmu, a dla samego aktora małym przekleństwem. Choć może ‘aktor’, to słowo nieco na wyrost, gdyż akurat ten element życia Stein traktuje raczej hobbystycznie, na co dzień zajmując się ekonomią, dziennikarstwem, prawem, polityką i wykładami (w przywołanej scenie z jego ust padają więc prawdziwe teorie, które zna na pamięć). Nie ulega jednak wątpliwości, że to właśnie dzięki tej małej rólce – poprawionej potem w kolejnym filmie Hughesa oraz bardziej rozszerzonym występem w „Masce” u boku Carreya – stał się swoistym celebrytą. Jest jeszcze ‘niewyspany’ (de facto, na planie), Charlie Sheen, któremu wystarcza moment, by zabłysnąć i skraść serce Jeanie (choć, paradoksalnie, aktorka zaręczyła się potem z… Broderickiem), mimo iż w rzeczywistości miała to być rola znacznie bardziej rozszerzona (patrz niżej). Aha, no i wspomnieć należy jeszcze cameo reżysera – Hughesa dostrzec można przez kilka sekund, kiedy miga między taksówkami w niebieskiej marynarce.

Ferris3

Ponownie cuda działa także ścieżka dźwiękowa, która nieco różni się od swoich poprzedniczek. Tym razem Hughes osobiście dobrał podkład, czyniąc go nie do końca wyklarowanym, jak na tego typu film – stąd, obok wspomnianych „Star Wars” wybrzmiewają podczas seansu takie klasyki, jak (wtedy) „Minuet from String Quartet in E Major” Boccheriniego, „Twist and Shout” Beatlesów i „Danke Schoen” czy (dziś) „Oh Yeah”. Hit grupy Yello – rok później wykorzystany także w „Tajemnicy mojego sukcesu” z innym aspirantem do roli Buellera, Michaelem J. Foxem – stał się zresztą znakiem rozpoznawczym „Ferrisa…” i jako jedyny doczekał się wydania płytowego. Resztę (do wglądu TU) zablokował sam Hughes, który uważał, że całość jest zbyt nierówna i nie działa razem na tyle dobrze, by wydawać ją w formie albumu. Czy miał rację czy nie, o tym mogą przekonać się internauci – po sieci od dawna krążą różne bootlegi, z których ten najpełniejszy posiada aż 22 ścieżki, w tym także skromną ilustrację od niezawodnego Iry Newborna.

Tradycyjnie już krwi amerykańskim fanom napsuła telewizyjna cenzura – choć tym razem, biorąc pod uwagę kategorię PG-13, jaką film otrzymał, obeszło się bez wielkich cięć. Ot, zdubbingowano tylko takie ‘niebezpieczne’ słowa, jak „nuts” (w sensie „jajec” nie „orzechów” ;), „ass” i „piece of shit”. Jeśli więc jakimś cudem nie pamiętacie żadnego z tych ‘przekleństw’, to niewiele straciliście. Co innego jednak drobne zmiany językowe, a co innego brak ponad godziny materiału – tyle bowiem różni wersję kinową od pierwszej wersji montażowej, która sięgała blisko trzech godzin. Czas to oczywiście przesadzony, więc Hughes musiał wywalić sporo pomniejszych wątków. Ferris nie posiada już więc dwójki młodszego rodzeństwa, choć dowody na ich istnienie pojawiają się także w finalnej wersji (zdjęcie na biurku ojca i malunki na lodówce). Nie ma też sceny, w której Ferris występuje w radiowym talk show oraz tej, w którym jego rysunek nagiej kobiety trafia na duży telebim w mieście. Porzucono również rozszerzoną scenę w restauracji, do której nawiązuje potem jeden z dialogów Camerona („We ate pancreas!”) i wyjaśnienie, skąd Ferris miał kasę na tyle atrakcji (kradnie i wymienia na gotówkę jedną z obligacji ojca). No i w końcu ograniczono też występ Sheena, którego postać miała otrzymać pełną historię i nietypowe dane osobowe – Garth Volbeck. Zalążek tego pomysłu nadal jednak funcjonuje w gotowym dziele, bo to właśnie Volbeck’s Wrecking Service ściąga samochód Rooneya 🙂

Ferris5

Fanów motoryzacji od razu jednak uspokajam – stylowe, czerwone Ferrari (dokładnie model 250GT California Spyder, którego wyprodukowano tylko 104 sztuki), jakie efektownie rozbija się w filmie, to podpucha. Ekipy nie stać było na wypożyczenie prawdziwego auta, więc przygotowali trzy fałszywki. Mimo to, po premierze filmu i tak dostali kilka ociekających jadem listów. A skoro już o czterech kółkach mowa, to tym razem twórca ciekawie nawiązał do innych swoich dzieł, bo poprzez… tablice rejestracyjne. Auto Rooneya nosi skrót pochodzący od opisywanej produkcji, czyli „4FBDO”. Bryka Jeanie ma natomiast krótkie, ale treściwe „TBC” (do którego nawiązuje także jeden z plakatów w pokoju Ferrisa), samochód mamy Ferrisa wykorzystuje znaki „VCTN” („Wakacje”), a jego ojciec ma z kolei czytelne „MMOM” („Pan mamuśka”). Wyjątkiem jest rzeczone Ferrari, którego blachy odwołują się bezpośrednio do charakteru Camerona, czyli „NRVOUS”.

ferris_hughesZdjęcia do filmu powstały oczywiście w całości w rejonie chicagowskim oraz na terenach Los Angeles. I to właśnie w Kalifornii mieści się prawdziwy dom Ferrisa (natomiast adres tego miejsca jest taki sam, jak adres Hughesa z lat młodości). Co prawda rodzina, u której ekipa wynajęła budynek, wprowadzając przy okazji nieco zmian (typu palmy podmienione na iglaki) już dawno tam nie mieszka, ale posiadłość niewiele się od tamtego czasu zmieniła (tutaj porównanie lokacji). Z kolei w Chicago nasza wesoła paczka odwiedza miejscową galerię sztuki – w środku Cameronowi nie daje spokoju jeden z obrazów, który nadal tam wisi – nazywa się „Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte”, a jego autorem jest Georges Seurat. Także w Chicago ma miejsca efektowna parada, która odbyła się faktycznie i realizatorzy postanowili to wykorzystać – coroczna Von Steuben Day Parade, jak i cały okres zdjęciowy odbywa się jednak na jesieni, podczas gdy w filmie mamy wiosnę. Największym problemem była więc matka natura – każdego ranka trzeba było ręcznie przemalowywać wszelkie drzewa na zielono. Kilka jednak pominięto i te w kilku ujęciach odbijają się w szybach. Prawdziwy był także mecz baseballa, na którym gości Ferris i s-ka. Gra odbyła się na stadionie Wrigley Field, gdzie Chicago Cubs uległo Atlanta Braves 4-2. Z innym sportem łączy się natomiast bluza, którą nosi Cameron – Gordie Howe był hokeistą Detroit Red Wings. Tymczasem berecik Ferrisa (mocno znienawidzony ponoć przez samego reżysera) przedstawia barwy i motto 32. Pułku Pancernego – tego samego, w którym służył Elvis Presley. Uff…

O „Ferrisie…”, podobnie jak o „The Breakfast Club”, można pisać długo i w samych superlatywach. Oba filmy są na tyle od siebie różne i jednocześnie tak samo dobre, iż trudno się dziwić, że wśród fanów nadal toczy się spór o to, która z tych produkcji jest lepsza. Wydaje się, iż większy wpływ na popkulturę miał ten drugi (chronologicznie pierwszy), choć z drugiej strony cyfry przemawiają za Ferrisem, który przy niespełna 6 milionowym budżecie zostawił w kasach kin aż 70 baniek, do których wkrótce dołączyło kolejne 30 z wypożyczalni wideo, a także wpływy z reszty świata. Tym samym film przebił finansowo m.in. takie klasyki, jak „Cobra”, „Krótkie spięcie” czy „Mucha”, a także… „Pretty in Pink”, czyli inne dzieło z hughesowej maszyny do pisania.

Popularność Buellera podtrzymał także powstały na bazie filmu serial z Charliem Schlatterem w roli tytułowej i… Jennifer Aniston jako Jeanie. Seria nie wytrzymała oczywiście porównań z kinową przygodą i została zdjęta z anteny już po pierwszym sezonie. Mimo to, do tej postaci, jak i filmu Hughesa kino i telewizja nawiązywała potem niejednokrotnie (rzecz jasna było wiele rozmów na temat sequela, który dzieje się na studiach czy nawet już w dorosłej pracy, jednak wszyscy zgodnie uznali taką kontynuację za zbędną), a sam Ferris stał się bezsprzecznie jedną z ikon współczesnej X muzy by USA – chyba nawet większą, niż John Bender. Osobiście produkcję tą stawiam jednak nieznacznie niżej od „Klubu winowajców”, mimo iż na obu zawsze bawię się wyśmienicie. Podobnie zresztą, jak i na…

Ostatnio dodane