publicystyka filmowa

KRÓL LEW to ZRZYNKA. Historia największego kinowego PLAGIATU

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Plagiat to jedno z najbardziej strachogennych słów w świecie sztuki. Z jednej strony, ludzie boją się go używać – jak by nie było, jest to oskarżenie największego kalibru. Z drugiej – artyści boją się zostać o niego posądzeni. Niełatwo zdefiniować granicę między pożyczką, inspiracją, hołdem a bezczelną kopią. Pablo Picasso miał powiedzieć, że dobrzy artyści pożyczają, a wielcy – kradną. Te same słowa mieli powiedzieć też, w zależności od źródła i wiedzy cytującego, Igor Strawiński, Steve Jobs lub T.S. Elliot. Jak widać, cytat o kradzieży przypisywany jest największym umysłom. Zatem – może jest coś na rzeczy? O różnicy między bezrefleksyjną pożyczką a przemyślanym działaniem artysty pisałem jakiś czas temu w kontekście Quentina Tarantino. W ostatnich dniach „plagiat” jest na ustach wielu, a okazją stała się premiera remake’u disneyowskiego Króla Lwa.

Uwaga wstępna: W artykule wspominam o Kimbie – Białym Lwie. Seria o Kimbie obejmuje kilka filmów, seriali, a także mangę, natomiast ten konkretny tytuł dotyczy filmu z 1966, oryginalnie: Jangaru taitei. Tłumaczenie tytułu odnosi się do angielskiego: Kimba, the White Lion.

O tym, że klasyczna animacja ze studia Disneya ma niepokojąco dużo wspólnego z japońskim filmem i serialem z lat sześćdziesiątych wspominało się nie raz na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat. Sam pisałem o tym w niniejszym artykule. Ale wydaje się, że Disney nigdy nie odczuł żadnych skutków swojego działania, a szeroka publiczność zapomniała i wybaczyła – lub w ogóle nie przyjęła do wiadomości – faktu, że studio pozwoliło sobie na bardzo nieetyczny gest. W skrócie: Król Lew ma bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo dużo elementów wyglądających i brzmiących identycznie, jak Kimba – Biały Lew . Zresztą, samo imię głównego bohatera japońskiego filmu jest dziwnie znajome, prawda? Na tym podobieństwa się nie kończą. Dość rzec, że oba dzieła to historie dzielnych, młodych dzikich kotów, których ojcowie – władcy królestw zwierząt – zostali zdradzeni i zamordowani przez dwulicowego przeciwnika. Teraz „następcy tronu” muszą walczyć o sobie należne miejsce.  Ale to nie jest historia na tyle oryginalna, by już budzić wątpliwości co do intencji twórców Króla Lwa. Ale przyjrzyjmy się detalom: drugoplanowi bohaterowie Kimby to mądry pawian, kolorowy ptak, otyły guziec, zabawne, głupkowate hieny – pomocnicy antagonisty. Ten ostatni to czarnogrzywy, dwulicowy lew z defektem przy oku. W obu filmach występuje motyw kręgu życia, w obu filmach bohater widzi śmierć swojego ojca, w obu przypadkach jest to upadek z wysokości, spowodowany przez czarny charakter. Warstwa wizualna, kolorystyka, a chwilami – kompozycje całych kadrów i przebieg całych scen w Królu Lwie wyglądają tak samo, jak w Kimbie.

Nie ma tu mowy o żadnym przypadku: zbieżności jest zbyt wiele i są zbyt oczywiste.

Nie ma tu mowy o żadnym przypadku: zbieżności jest zbyt wiele i są zbyt oczywiste, nie ma też żadnych wątpliwości: twórcy Króla Lwa widzieli Kimbę i postanowili nieco zmienić historię i kilka pojedynczych motywów i zaadaptować ten film na swój rynek – z większym budżetem, rozmachem i o oczywiście – bez wspominania słowem o oryginale w materiałach reklamowych, konferencjach medialnych i napisach końcowych. Ba! Michael Eisner – długoletni szef studia Disney – był na tyle bezczelny, że w 1996 roku, przed pierwszym telewizyjnym pokazem filmu, w ramach prelekcji, stwierdził, że Król Lew jest unikalnym dziełem jego studia, ponieważ nie jest oparty na żadnym materiale źródłowym ani wcześniej istniejącej historii. To samo mówiono w kampanii reklamowej i materiałach promocyjnych. Do dziś oficjalne stanowisko Disneya jest takie, że Król Lew jest oryginalną historią, a nikt z pionu scenariuszowego nie był świadomy istnienia Kimby – Białego Lwa. W Stanach Zjednoczonych film Disneya spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem zarówno przez krytyków jak i publiczność – film królował (nomen omen) w box office, zgarnął wiele nagród, w tym Oscara, z miejsca stał się jedną z najlepszych animacji w historii Walta Disneya – i kina w ogóle. Mało kto zawracał sobie głowę faktem, że film nosi wszelkie znamiona plagiatu. Z kolei w Japonii, gdzie Kimba był szalenie popularny, od razu zauważono, że coś jest nie tak. Japońskie studio, według niektórych źródeł, planowało pozew sądowy, który nie doszedł do skutku. Król Lew jest dziś marką wartą miliardy dolarów, obejmuje broadwayowski musical, serię filmów, niezliczony merchandising oraz remake, który po raz kolejny rozbija box office.

Ostatnio dodane