publicystyka filmowa

KRÓL LEW to ZRZYNKA. Historia największego kinowego PLAGIATU

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Ale to nie jest koniec tej historii, bo najpikantniejsze zostawiłem na koniec. Kiedy Matthew Broderick otrzymał propozycję roli głosowej w filmie Disneya, miał być pewien, że studio realizuje kinową wersję Kimby – bajki, którą pamiętał z dzieciństwa. Osamu Tezuka – twórca postaci Kimby, japoński scenarzysta, pisarz i animator, był wielkim fanem filmów Disneya – oglądał Bambi ponad osiemdziesiąt razy, chociaż niepokoił go mocno komercyjny model działania studia. Tezuka zmarł w roku 1989, nie doczekawszy się uznania i szerokiego rozgłosu za stworzenie podwalin pod jeden z najpopularniejszych filmów w historii. W tym samym roku rozpoczęła się produkcja dwóch filmów: Króla Lwa oraz długometrażowej animacji o Kimbie – Jungle Emperor Leo. Ten pierwszy był skończony w roku1994, produkcja tego drugiego przeciągnęła się do 1997. Po próbach dystrybucji obrazu w Ameryce Południowej, producenci wycofali się wskutek… groźby procesu sądowego o przekroczenie praw autorskich ze strony Disneya. Tak, tak, tak – Disney sprzedawał wszystkim bajkę o oryginalnej historii w Królu Lwie, potem, gdy już zaczęto na głos mówić o oczywistych inspiracjach Kimbą, oficjalnie stwierdził, że nic takiego nie miało miejsca, a później jeszcze zagroził procesem sądowym twórcom Kimby, kiedy ci chcieli wypuścić swój najnowszy film w Stanach Zjednoczonych.

Król Lew jest znakomitym filmem i nikt nigdy mu tego nie odmówi. Nie jest też dziełem oryginalnym – chciałbym, żeby o tym także nikt nigdy nie zapomniał. Jest po prostu epicką, lepiej wykonaną wersją swojego japońskiego starszego brata. Nie ma się czego wstydzić, bo przecież japońskie kino od zawsze było dużą inspiracją dla amerykańskich twórców. Jeśli chcecie zobaczyć skąd, na przykład, Aronofsky czy Nolan wzięli niektóre ze swoich pomysłów zawartych w Requiem dla snu czy Incepcji, obejrzyjcie filmy Satoshi Kon. Jeśli ciekawi was rodowód westernów Siedmiu wspaniałych lub Za garść dolarów – sięgnijcie do filmografii Akiry Kurosawy. Czeka was kilka zaskoczeń.

Nowa wersja Króla Lwa już zarobiła miliard dolarów, a kwota wciąż rośnie. Nadal, nigdzie nie mówi się o osobie Osamu Tezuki.

Disney jest obecnie synonimem wszystkiego co złe w „dzikim kapitalizmie” i przemysłowym podejściu do sztuki filmowej. Odgrzewanie starych filmów w nowej oprawie jest jednak zaskakująco opłacalne. Nowa wersja Króla Lwa już zarobiła miliard dolarów, a kwota wciąż rośnie. Nadal nigdzie nie mówi się o osobie Osamu Tezuki, nadal nigdzie nie wspomina się o Kimbie. To samo w sobie jest smutne, ale cały ten proceder mówi coś o przyszłości kina, która jest w obecnej perspektywie – przyszłością Disneya. Rozrywkowy gigant skupuje kolejne studia, firmy i platformy, dążąc do pozycji monopolisty. Jest to możliwie w dużym stopniu dzięki zarobkom generowanym przez markę Król Lew. Czy znalazłby się na świecie ktoś, kto potrafiłby wyliczyć, jaki procent Disneya opiera się na plagiacie, którego dokonał i w jaki sposób Disney powinien wywiązać się ze swoich zobowiązań wobec twórców pomysłów, na których opiera się jego potęga? Wątpię. Mam przynajmniej nadzieję, że znajdą się ludzie, którzy zastanowią się dwa razy zanim w ciemno wrzucą monety do disneyowskiego automatu.

Ostatnio dodane