Kino klasy Z

TREMORS: A COLD DAY IN HELL. Graboidy po raz szósty

Kto załapał się na czasy świetności wypożyczalni kaset wideo, ten prędzej czy później musiał natknąć się na Wstrząsy. Nie wszyscy mają jednak świadomość, że był ciąg dalszy, a nawet pięć ciągów dalszych...

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Nie ma magii bez kasety

Niewiele horrorów z lat 80. i 90. doczekało się solidnych kontynuacji, a jednak Freddy Kruger, Jason Voorhees, Michael Myers czy Pinhead zajmują zaszczytne miejsca w popkulturowym kanonie. Graboidy nie miały tego szczęścia i prawdopodobnie nigdy nie odrobią strat, więc nie będę wam robić nadziei – nowa odsłona cyklu to film przeznaczony wyłącznie dla najzagorzalszych fanów. Jeżeli nie czujecie sentymentu, bez wyrzutów możecie zrezygnować z seansu.

Wstrząsy bez Kevina Bacona nigdy nie odtworzyły pierwotnego, VHS-owego uroku serii. Michael Gross – jedyny aktor obecny we wszystkich sześciu częściach – zwyczajnie nie ma wystarczającej charyzmy, a jego coraz bardziej zgryźliwa postać jest pierwszą, jaką wepchnąłbym do paszczy graboida. Wszystko wskazywało na to, że fatalna część piąta będzie pogrzebem zasłużonego klasyka z 1990 roku, ale wtem Bacon ogłosił rozpoczęcie prac nad serialem, w którym to właśnie on ponownie odegra pierwsze skrzypce i studio Universal raz jeszcze postanowiło spieniężyć nieboszczyka.

Na pewno jest lepiej niż trzy lata temu, ale skrajne skąpstwo producentów aż razi w oczy. Próba przemienienia południowej Afryki, gdzie kręcono A Cold Day in Hell, w północną Kanadę wypada komicznie. Wybielony piasek nie przypomina śniegu, a manipulacja filtrami jest zbyt nieudolna, by nabrać widza. Wiarygodniej wypadłby Radom udający Nowy Jork, a dochodzi do tego jeszcze nieznośna praca kamery, która nawet na sekundę nie potrafi zatrzymać się w bezruchu. Nie jest to zaskoczeniem, jeżeli weźmiemy pod uwagę dotychczasowy dorobek reżysera – Dona Michaela Paula. To spec od tanich sequeli, ma na koncie tegoroczną, czwartą część Death Race, drugiego Gliniarza w Przedszkolu, a aktualnie pracuje nad nowym Królem Skorpionem (oczywiście do roli tytułowej nie wróci Dwayne Johnson).

Nic jednak nie irytuje tak bardzo, jak postać Jamiego Kennedy’ego, synalka głównego bohatera, który mimo pięćdziesiątki na karku stylizuje się na młodzieniaszka, jakim był w jedynej roli, z którą jest dzisiaj kojarzony – Randy’ego Meeksa z Krzyku. Znacie ten typ wyluzowanego wujaszka w skórze i apaszce, z nastroszoną resztką włosów i całą encyklopedią odzywek dotyczących wyglądu płci przeciwnej? To ten facet, który na każdym weselu i na każdych rodzinnych urodzinach, co rusz rzuca: “Zgadnij, ile mam lat”, licząc, że ktoś dostrzeże w nim trzydziestolatka. Tak, jego też z rozkoszą wepchnąłbym do graboidowej gęby. Zwłaszcza kiedy sam siebie przekonuje: “Moje jaja są w Księdze Guinnessa dla jaj” i jest to cytat dokładny…

Sentyment do gumowych graboidów z pierwszej części jest oczywiście nie do pokonania, ale obiektywnie trzeba A Cold Day in Hell oddać, że ma najładniejsze potwory w historii całej serii

Pomimo do bólu odpychającej pary głównych bohaterów i erotomańskiego humoru najniższych lotów, dotrwanie do finału nie wymaga nadludzkiej determinacji. Przede wszystkim najwyraźniej dotarliśmy wreszcie do momentu, kiedy nawet niskobudżetowe, przeznaczone na rynek VOD produkcje mogą pochwalić się przyzwoitymi efektami cyfrowymi. Sentyment do gumowych graboidów z pierwszej części jest oczywiście nie do pokonania, ale obiektywnie trzeba A Cold Day in Hell oddać, że ma najładniejsze potwory w historii całej serii. Mało tego, zbiorowy czarny charakter Wstrząsów jeszcze nigdy tak pięknie nie umierał, pozostawiając po sobie eksplodującą, żółtawą maź.

Trzeci akt podnosi poprzeczkę nieco wyżej, zwłaszcza kiedy Burt Gummer (Michael Gross) z gołym tyłkiem i kroplówką w żyłach otwiera ogień w kierunku wroga. Szczerze wątpię, czy na tym etapie można z marki Wstrząsy wycisnąć więcej bez zastrzyku gotówki i zastrzyku z charyzmy Kevina Bacona, ale obawiam się, że jedynym, co może powstrzymać studio przed kolejnymi sequelami, są nieścisłości prawne, które uniemożliwiają powstanie między innymi nowego Piątku trzynastego. Dopóki sytuacja jest jednak jasna, dopóty co najwyżej średnie sequele będą wracać i żerować na sentymencie zagorzalców świadomie sięgających po każdą kolejną marność z nadzieją, że doczeka tak niespodziewanego i udanego powrotu do formy, jak na przykład Uniwersalny żołnierz pod wodzą Johna Hyamsa. Jeżeli nie macie aż tyle cierpliwości, tego typu seanse zostawcie mnie.

Ostatnio dodane