Kino klasy Z

PLAN UCIECZKI 2: HADES. Jedno wielkie rozczarowanie

Na szczęście nie grają tego filmu na dużych ekranach, bo publiczność zwiedziona nazwiskiem Stallone sama musiałaby obmyślać plan ucieczki z kina.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Chińska podróbka

Jeżeli widzieliście Plan ucieczki z 2013 roku, może was zaskoczyć umieszczenie recenzji jego kontynuacji w dziale Kino Klasy Z. W końcu pierwsze spotkanie Stallone’a i Schwarzeneggera, w którym obydwaj odegrali główne role (wcześniej spotkali się na planie Niezniszczalnych, ale były gubernator stanu Kalifornia dostał bez porównania mniej czasu ekranowego), wypadło lepiej, niż można było się tego spodziewać po naciąganej historii ucieczki dwóch blisko siedemdziesięciolatków z rzekomo doskonałego więzienia.

Każdy, kto żywi sentyment do mniej dochodowych filmów, jakie obydwaj panowie zrealizowali w latach 80. (na przykład do Osadzonego albo Jak to się robi w Chicago), powinien zakończyć seans Planu ucieczki z poczuciem satysfakcji i pewnie wielu bez chwili wahania włączy Hades… i z niedowierzania co kilka minut będzie powtarzać gest Jeana-Luca Picarda.

Obawy mogło wzbudzać już samo prześwietlenie dorobku reżysera – Stevena C. Millera. To bez wątpienia oddany pasjonat, ale każda z jego trwających od ponad dekady prób przywrócenia ducha dawnych filmów akcji kończy się fiaskiem. Obrazem, którym zdołał wybić się z nizin niskobudżetowych, pozbawionych kinowej dystrybucji filmów byli Maruderzy z Bruce’em Willisem, ale jego chłodne przyjęcie błyskawicznie przekreśliło szanse na utrzymanie się na powierzchni. Okazja podjęcia współpracy z Sylvestrem Stallone’em (który w odróżnieniu od chociażby Willisa nie musi trudzić się chałturą) na pewno była dla Millera jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu, ale ten drugi lepiej będzie wspominać nawet występ u boku Dolly Parton w Krysztale górskim.

Rozczarowanie przyniosła już informacja o rezygnacji Arnolda Schwarzeneggera. Prosty pomysł na część pierwszą wypalił wyłącznie dzięki chemii pomiędzy głównymi bohaterami, a ogłoszenie zastępstwa w postaci Dave’a Bautisty nie obiecywało rekompensaty. Drax z niego znakomity, w epizodzie z Blade Runner 2049 też poradził sobie nieźle, ale całą resztę jego aktorskiego dorobku można by bez żalu zapomnieć. Ostatecznie okazało się jednak, że w Hadesie nie ma go aż tak dużo, a pierwsze skrzypce często gra chińska obsada, z Huangiem Xiaomingiem (w Europie znanym głównie z występu w drugiej części Ip Mana) na czele. Skąd taka decyzja? Prawdopodobnie stąd, że w znaczącym stopniu budżet produkcji zapewniało chińskie studio Leomus Pictures, a Chińczycy najwyraźniej mają tak jak Polacy – kiedy pojawia się “nasz”, wszystkie media trąbią na ten temat z wyolbrzymioną dumą.

Może jakiś majętny przedsiębiorca chciał chwalić się na bankietach znajomością z Sylvestrem Stallone'em? Może ktoś pomyślał, że drugi największy rynek filmowy na świecie i tak kupi wszystko, gdzie nasi spotykają wielką gwiazdę kina?

Leomus prawdopodobnie wpłynęło na scenariusz. To tylko podejrzenie, ale uzasadniam je panującym na ekranie chaosem, skakaniem od wątku do wątku i brakiem spójności w fabule. Za największą niedorzeczność można uznać wprowadzenie do akcji zarówno Stallone’a, jak i Bautisty dopiero w ostatnich minutach filmu. Niby to oni są na okładce, niby to wokół nich kręci się kampania reklamowa, a jednak przed widzem pojawiają się okazjonalnie. Może oddanie historii w ręce młodszej obsady nie byłoby wcale złym posunięciem, jakość scen akcji mogłaby dzięki temu zyskać… ale tak się nie dzieje. Akurat w tym aspekcie, gdzie interwencja Chińczyków byłaby wręcz oczekiwana, zawodzą na całej linii. Pojedynki nie mają ani krzty perfekcyjności wypracowywanej przez lata w Hong Kongu, odstraszają krótkimi cięciami, drżącą kamerą i dużymi zbliżeniami, co jest o tyle dziwniejsze, że przecież Xiaoming walczyć potrafi i niczego kamuflować tutaj nie trzeba.

Escape Plan 2 nie potrzebowało ambitnej fabuły. Od takich produkcji oczekuje się przede wszystkim walorów rozrywkowych, akcji, humoru, przywoływania nastroju sprzed trzech dekad. Niczego podobnego nie otrzymujemy i trudno pozbyć się wrażenia, że stworzono ten film wyłącznie ku uciesze producentów. Może jakiś majętny przedsiębiorca chciał chwalić się na bankietach “znajomością” z Sylvestrem Stallone’em? Może ktoś pomyślał, że drugi największy rynek filmowy na świecie i tak kupi wszystko, gdzie “nasi” spotykają wielką gwiazdę kina? Nie wiem, ale nie warto uczestniczyć w tej farsie, lepiej już po raz setny obejrzeć Cobrę albo Komando.

Ostatnio dodane