Kino klasy Z

OSTRA RANDKA. Poznański Czerwony Kapturek z wyciętą nerką

Thriller ćwierćbekowy

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Kiedy ta produkcja szturmowała kina, miała w tytule oznaczenie 3D. Nie lubię filmów o randkach ani w ogóle polskiego kina (z małymi wyjątkami) i tylko raz byłem na seansie „trójwymiarowym”. Akurat nie na tym. Czemu więc piszę o Ostrej randce? Jej trailer sugerował coś tak nieudacznego i pstrokatego, że zwyczajnie wżarł mi się kiedyś w mózg. Dodatkowo zapowiadał kino gatunkowe, wciąż jeszcze pozostające w ogonie rodzimych produkcji, co powoli się już zmienia i przynosi coraz lepsze efekty, ale nadal stanowi pewne novum. Byłem zaciekawiony, bo szykował się niecodzienny i raczej bekowy seans. Nie ja jeden – Jakub Koisz poświęcił zwiastunowi (!) osobny felieton. Moje zainteresowanie wzrosło jeszcze, kiedy dowiedziałem się, że obraz zgarnął w 2014 roku Wielkiego Węża – nagrodę za najgorszy film w ramach naszego rodzimego odpowiednika Złotych Malin. A jeśli dodam, że tytuł promował podejrzanie nieklimatyczny plakat… Tak minęło kilka lat od premiery, a ja poczułem, że przyszła pora na randkę.

Gosia, spokojna studentka, idzie ze swoim chłopakiem na randkę. Ten zabiera ją do klubu, gdzie czekają jego znajomi, i odtąd znacznie więcej uwagi poświęca im niż dziewczynie. Zdegustowana Gosia poznaje przy barze eleganckiego mężczyznę, który dosypuje jej coś do wina. Nie wie, że trafiła na łowcę ludzkich organów.

Polskie kino przeważnie jest o życiu. A że to ostatnie najpełniej rozkwita u nas, jest ono o Polsce. A czym właściwie jest owo życie? No, Polską właśnie… Z tej maślanej tautologii wynika chyba, że nad Wisłą zrobienie filmu o napadzie na bank lub podróży w czasie byłoby trywialne, za to dobrze jest, jak na ekranie piją wódkę i jedzą rosół na smutno. Reżyser Ostrej randki, Maciej Odoliński, wycelował gdzie indziej – w rozrywkę. Mocną i krwawą, dodajmy. Taką, która nie boi się mroku nocy i ciężkich obszarów fabularno-estetycznych. W thriller, i to taki bez grzebania się w społecznych przemianach czy moralizatorskich zapędach. Reżyser skonfrontował naiwną, spokojną dziewczynę z bezwzględnym gangsterem, który zabija bez wahania, a dodatkowo pali mu się grunt pod nogami i już za chwilę musi być za granicą. Umieścił ich starcie na tle nocnego życia Poznania. Dorzucił drastyczną scenę ze zszywaniem otwartej tkanki, a także zbędny fabularnie striptease.

Miało chyba być niepokornie i ostro. Wyszło raczej kiepsko, ale od razu zaznaczam, że nie jest to film tak zły, że aż dobry, czy cokolwiek, co wywoła falę memów lub nada się na festiwale produkcji „udanych inaczej”. Ostrej randce nie grozi kult. Może raczej rzadkie wizyty w telewizji, pewnie gdzieś przed świtem. Obraz jest tani, co widać od razu i co dostrzegłaby nawet babcia bohaterki (postać niespodziewanie „wykręcona”, biorąc pod uwagę jej nieadekwatnie wesoły nastrój podczas jednej z końcowych scen z filmu). Określiłbym go jednak jako rycersko walczący z deficytami.

Estetycznie jest to raczej gniot. I chociaż niektóre sceny (jak choćby sekwencja początkowa lub końcowy pościg – fabularnie absurdalny, ale wizualnie całkiem znośny) mają w sobie jakiś zalążek solidnego klimatu à la, powiedzmy, Michael Mann, to już ujęcia w barze porażają discopolowym sznytem. Film dość często ześlizguje się w rejony operatorki serialowej, wyglądając jak Pierwsza miłość (w scenach ze studentami) lub jacyś Kryminalni (w pozostałych).

Aktorstwo nie powala ani nie zawstydza. Sylwia Boroń głównie krwawi, płacze i czołga się, co wychodzi jej całkiem nieźle. Paweł Wilczak – największa gwiazda produkcji – wygląda, jakby był naprawdę rozdrażniony. Stara się być profesjonalny, odgrywając gangsterską atrapę, ale nie nadaje swej postaci żadnych ciekawszych cech. Między nim a dziewczyną brakuje chemii. Nie toczy się tu żadna gra na wyższym poziomie; żadna fascynacja czy dwuznaczność nie wybrzmiewa. Twórcy ewidentnie próbowali nam zaoferować uwspółcześnioną wersję Czerwonego Kapturka, tyle że stara baśń w nowych szatach wygląda mizernie, jeśli archetypowe postaci bawią się tylko ze sobą w krwawego chowanego.

Ostra randka to kino realizacyjnie przaśne, ale nie tak miażdżąco złe, jak mówią.

Fabuła skrywa wiele scen urągających logice i każących widzieć w Ostrej randce coś na wzór snu o poważnym thrillerze. Inna sprawa, że część tych sekwencji trzyma jednak w napięciu (wymienię choćby wizytę Wilczaka w pokoju, w którym ukrywa się Gosia). I jest to jego spora zaleta. Trzeba bowiem przyznać, że ten miejscami brzydki i niemądry film ogląda się całkiem nieźle. Możecie tu znaleźć sceny absurdalne lub dziwnie sztuczne, a także nadmiar dziwnych zbiegów okoliczności, ale raczej nie powinniście się nudzić. Warto też pochwalić muzykę. To solidnie dudniący i groźnie rozlewający się elektroniczny mrok.

Na pewno Odoliński próbował zrobić coś po swojemu i trochę pod prąd. Czuję tu ducha tych wszystkich brzytwiastych filmów, które z lubością tarzają się w ciemnych stronach życia, takich jak Blok 99 czy Osiem milimetrów, a z polskich – Billboard. Ten ostatni – znacznie lepiej zrealizowany niż Ostra randka i tematycznie nieodległy – także został zmielony przez krytyków. Po latach widać, że nie do końca słusznie.

Ostra randka to kino realizacyjnie przaśne, ale nie tak miażdżąco złe, jak mówią. Myślę, że obrzucanie tego filmu nieczystościami (a jest to popularna aktywność w internecie) wynika ze zwykłej chęci „dojechania” czegoś/kogoś, bo potem kanapki lepiej smakują. Gdyby było aż tak źle, jak w trailerze, błagałbym o drugą część. Teraz tylko wzruszam ramionami. 

 

Ostatnio dodane