Kino klasy Z

NACZELNY DOWÓDCA. Wakacje Seagala

Sensei bez sensu - egzotycznie, tanio, telewizyjnie.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Steven Seagal to tytan pracy. Liczba filmów, które uświetnia swoją obecnością, jest tak duża, że nawet jego zagorzali fani mają problem, żeby spamiętać poszczególne tytuły. Naczelny dowódca – produkcja węgiersko-amerykańsko-filipińska – to kolejny dowód na to, że będąc prawdziwą gwiazdą, możesz robić na ekranie cokolwiek, np. spać lub medytować. Tym właśnie zajmuje się sensei, dając somnambuliczny występ w niepodrabialnie ascetycznym stylu. Ale są też nowości. Seagal ma tu naprawdę dobrze wypielęgnowaną brodę, lepiej wystylizowaną niż w swych ostatnich filmach, i zmysłowe baczki zdobiące jego stężałe powagą lico. Spodobać mogą się też nowe środki wyrazu: głowa lekko opadająca lub lekko unosząca się jako wyraz ekspresji.

Grupa agentów CIA do zadań specjalnych w Azji to doskonale zgrana i wyszkolona paczka. Właśnie próbują rozpracować szajkę handlarzy ludzkimi organami. W trakcie akcji ginie jeden z agentów, co sprawia, że grupa zostaje oficjalnie rozwiązana. Dzielna paczka wejdzie na drogę vendetty – na własną rękę, bez wsparcia CIA, za to ze wspaniałym dowódcą na czele. Wszak ich szef łączy w sobie cechy idealnego wodza, ojca i wojownika.

Naczelny dowódca to – wizualnie i fabularnie – prawdziwy koszmarek.

Reżyser Philippe Martinez ma na koncie fatalny Eksperyment w łaźni z Valem Kilmerem i przyzwoitego Mściciela z Van Damme’em; blask bohaterów epoki VHS nie jest mu obcy. O ile jednak gwiazda Kickboxera wciąż jeszcze potrafi nas uraczyć dobrym występem (Gotowy na wszystko) lub uczestnictwem w efektownym projekcie (niedawne kontynuacje Uniwersalnego żołnierza), o tyle Seagal – na stopie prywatnej odwieczny wróg Belga – brnie w szlamie aż po wąsy.

Trzeba zacząć od tego, że jest źle. Źle w sposób uwłaczający widzowi i gwieździe Nico – ponad prawem. Naczelny dowódca to – wizualnie i fabularnie – prawdziwy koszmarek. Historia o dzielnym dowódcy i jego oddanych kompanach przypomina garść zgranych klisz. To takie trochę MissionImpossible, gdzie szlachetni superspece korzystający z supernowoczesnego sprzętu tworzą supermechanizm, aby przyskrzynić największych drani świata. Stąd też sporo tu high-tech wątków szpiegowskich: kamera w siatkówce oka, urządzenia namierzające, ujęcia z satelity itp. Jako że nasi dzielni agenci walczą tylko z potężnymi zbrodniarzami, a gra toczy się o najwyższe stawki, akcja obejmuje wiele części globu, przeskakując z miejsca na miejsce niczym w Bondzie czy wspomnianym Mission Impossible.

I nie byłoby niczego złego w tym, że Seagal stał się taki „nowoczesny i światowy”, gdyby nie fakt, iż brzmi to wszystko lepiej, niż wygląda. Bo Naczelny dowódca nie bawi jak przygody Ethana Hunta czy Bonda, tylko irytuje na każdym kroku. Zacznijmy od tego, że początkowa śmierć agenta zanurza całą grupę w odmętach zwątpienia czy nawet depresji. Postać, która zginęła, nie zdążywszy stanowić dla widza czegokolwiek poza typowym mięsem armatnim kina akcji, jest tu wspominana ze łzami w oczach, przywoływana w retrospekcjach, a ciężkie chwile doprowadzają bohaterów do bram kościoła czy patetycznych wyznań. Przeciąga to akcję i pozostawia nas w stanie zobojętnienia lub konfuzji. W międzyczasie kręci się kalejdoskop lokacji: Kambodża, Tajlandia, Filipiny, Hiszpania, Malta. Fajnie, tyle że ta egzotyka prezentowana jest w postaci mało wyszukanych scen, mogących zdobić sekwencje Eurowizji (dużo ujęć z drona, zwolnione tempo, szybki montaż).

Adekwatna do obrazów jest także muzyka – mnogość tanich brzmień, głównie mechaniczny pop bez krzty uroku. Zresztą cały Naczelny dowódca przypomina teledysk nowej generacji disco polo czy – w porywach – dramatyczne klipy Stachursky’ego. Oferuje też solidny pakiecik tandetnych operatorskich chwytów – nibypsychodeliczne filtry, bezpodstawne dzielenie ekranu na części czy zamazywanie postaci będących w kadrze, co ma chyba czynić całość bardziej poetycką, ale nie czyni. Taka konwencja stawia sprawę na ostrzu noża – albo jesteś maniakiem Seagala i obejrzysz, albo wyłączysz i zapomnisz. Być może niektórzy wytrwają, licząc na soczyste sceny akcji.

Niedoczekanie! Seagal głównie tu siedzi (uwaga, spojler: może nagle nieznacznie unieść lub opuścić głowę). W paru scenach coś mówi, w kilku strzela z broni lub macha jakimś kozackim nożem; parę razy trzepie górnymi kończynami, powalając – z pomocą montażu – zbirów na ziemię. Jedyne, co wyszło mu naprawdę dobrze, to niewzruszona zbitość fryzury w typie „rozjechany szop przywiercony do gołej czaszki”. Seagal włosie ma sztywne, a kultowe już brwi – niezmiennie zmarszczone. Poprawne bójki czy strzelaniny odbywają się, kiedy nie ma go w kadrze, ale nie łudźmy się – i one to niższy oraz mętny stan wód. Miłośnicy akcji nie poczują się oczarowani seansem.

Czym więc jest ten obraz? Wygląda jak montaż z wakacji Seagala, w trakcie których zdarzyło mu się zaglądać na plan filmowy. Sensei ściska szklanki z alkoholem, otaczają go atrakcyjne aktorki, które niemalże mogłyby być jego wnuczkami; w tle palmy, plaże itp. Nie ma niczego złego w pieczeniu dwóch pieczeni na jednym ogniu. Pozostaje jednak pytanie o satysfakcję widza. Nie dostrzegam tu dla niej miejsca. Czy więc produkcja pozbawiona jest jakichkolwiek plusów? Byron Gibson, wyglądający trochę jak Peter Stormare kina akcji, wypada przyzwoicie; na pewno posiada pewną charyzmę. „Źli” – włoski gangster i jego prawa ręka – nie popadają w śmieszność absolutną, mimo że stanowią kalkę kalki bezwzględnych zbirów, co to jedzą wykwintnie, ale zabijają jak barbarzyńcy.

Naczelny dowódca, choć pełen przestojów akcji, nie przynudza; widz ma więcej okazji do irytacji niż ziewania. Obraz miał być pilotem serii telewizyjnej, która nie powstała. Nic dziwnego. Zapowiadał się serial archaiczny, sprzed epoki Breaking Bad czy True Detective; twór na miarę Brygady Acapulco czy V.I.P. z Pamelą Anderson (czytaj: drętwych akcyjniaków z lat 90.). Przerobiono go na „normalny” film. 

Stevenie, bycie twoim fanem bywa ciężkie. Boleśnie ciężkie.

Ostatnio dodane