Kino klasy Z

GOTOWY NA WSZYSTKO. Wyciszony Van Damme

Francuskie neo-noir - depresyjne, stylowe i bez szpagatów.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Co tam w świecie prehistorycznych twardzieli? Stallone kuje żelazo retro – ostatnio wracał jako Rocky, wkrótce wróci jako Rambo i, być może, Marion Cobra Cobretti. Jakość jego nowych projektów bywa różna, ale nazwisko wciąż potrafi zarobić. Gorzej Seagal. Ten regularnie i bezlitośnie nadwyręża cierpliwość widza, przenosząc termin „tandeta” w nowy, ale jakże nieekscytujący wymiar. Gdzieś na osi między względną przytomnością pierwszego i ciężkim spadkiem formy drugiego znajduje się Van Damme. Aktor, który w nowym tysiącleciu nie uświadczył prawdziwego hitu z sobą w roli głównej – o co niełatwo przy produkcjach lądujących na VOD – ale przynajmniej próbuje przetykać gnioty wartościowymi rzeczami. To kolejna taka próba. I chociaż rzut oka na fabułę przewinie nam w głowie całą kasetę skojarzeń z dekadami schematów, produkcja broni się nieźle.

Lukas ma mroczną przeszłość; wiadomo, że zabito mu kiedyś żonę. Że uciekł z RPA. Samotnie wychowuje córkę. Ta zostanie porwana, aby bohater wykonał misję z bronią w ręce. Później Lukas będzie kierowcą atrakcyjnej blondynki, powiązanej z gangsterem. Dodatkowo znajdzie się w potrzasku między mafią a policją. Będzie robił rzeczy, na które nie ma ochoty. Będzie stał pod prysznicem, z zamkniętymi oczami i spuszczoną głową zmywając z siebie szlam życia.

Brzmi znajomo? Czy to nie brzmi jak streszczenie nowego filmu z Van Damme’em lub Seagalem? Takiego, w którym udział odrzuciłby może nawet Jason Statham, szukając bardziej świeżego materiału? Na obronę Gotowego na wszystko dodam, że część z tych motywów nie rozwinie się w oczywistych kierunkach. A poza tym rzecz jest nader solidnie wykonana.

Angielski tytuł filmu brzmi Bouncer, co tłumaczy się jako wykidajło, ale przez chwilę zastanawiałem się, czy nie chodzi o bęcki. Takie solidne. Ze strony życia. Nasz bohater nie ma bowiem łatwo…

Ci wszyscy zmęczeni życiem twardziele… Oddychający tak ciężko, że kwiaty usychają. Wypełnieni wspomnieniami ciemniejszymi niż czarna dziura. Zazwyczaj są zbyt posągowi. Zbyt dobrze ubrani, zbyt – prędzej czy później – dowcipni. Magnetycznie działają na kobiety. I okazują się skarbnicą złotych myśli. Nie Lukas. Lukas nie jest cyniczny ani ironiczny. Nie uśmiecha się. Widzimy go w bluzie z kapturem i zwykłej kurtce. Ma spojrzenie kogoś, kto na nic nie czeka. Pobrużdżoną twarz. Van Damme nie popada w autoparodię. Jest w swej kreacji mocny i autentyczny. Rozmówcom patrzy prosto w oczy. Mówi – o ile w ogóle mówi – prosto, tak jakby nie widział sensu w zaciemnianiu czegokolwiek. Jego milczenie i wycofanie nie jest pozą. Rola cyngla naprawdę już mu ciąży. Wszystko mu ciąży. Poza córką. Lukas niczego już nie udowadnia, nie walczy o nic poza dzieckiem. To człowiek zredukowany. Gdyby można było opisać go muzyką, byłby to ponury ambient o wygasaniu życia. Wygląda to na rozszerzenie kreacji z dwóch ostatnich Uniwersalnych żołnierzy. Cień. Duch. Czarna chmura wspomnień. Ale Belg chyba jeszcze nigdy nie był tak krystalicznie czysto depresyjny, a jednocześnie ludzki. Więc wciągamy się w krucjatę pokiereszowanego psychicznie twardziela. Ten wypchany sztampą film chce się obejrzeć do końca. To zasługa Van Damme’a. Pozostajemy z nim na tej drodze – nawet jeśli będzie to znana ścieżka.

Ale Belg chyba jeszcze nigdy nie był tak krystalicznie czysto depresyjny, a jednocześnie ludzki.

Cały obraz współgra z kreacją aktora. Reżyser, Julien Leclercq, postawił na kino gangsterskie w estetyce neo-noir. To nie jest film akcji czy jakiś festiwal scen karate. Oglądamy historię o człowieku pod presją. Facecie z ponurym życiorysem, zakleszczonym w ciężkiej sytuacji z niepatyczkującym się półświatkiem. Mordobicie pojawia się w dawkach homeopatycznych; sceny są realistyczne, brutalne, oparte na ziemskiej i ulicznej mechanice. W ruch idzie broń, ale też stosunkowo rzadko i wyjątkowo…. zwyczajnie, bez ekwilibrystyki. Będzie solidny pościg samochodowy – nieprzesadzony, nie za długi. Pozycja nie miała wielkiego budżetu, co nie znaczy jednak, że nie jest stylowa.

Reżyser Gotowego na wszystko, mający na koncie parę kryminałów, umie filmować miasto. W produkcji nie ma słońca. Dominują chłodny niebieski kolor albo szarzyzna; czasami pojawi się złowroga czerwień. Akcja toczy się zimą lub jesienią. Z kadrów bije chłodem. Wszystko to jest chropawo realistyczne za dnia i klimatyczne, ale nieprzeestetyzowane w nocy. Obraz ma francuski sznyt; w tym języku słyszymy też dialogi. Poziom przemocy nie jest wyśrubowany, ale od początku czuć, że tej rzeczywistości nie tworzą harcerze i ministranci. Znaczenie ma tu forsa, a nie ludzkie życie.

Tytuł wchodzi gładko. Nie narzuca się, po prostu płynie. Neo-noirowa estetyka nie jest gryząca, przeszarżowana. Dialogi – zdawkowe. W filmie brak erudytów, żartownisiów, filozofów, krasomówców, estetów, natchnionych szpagatów i romansu. Gangsterzy są zwyczajni, pragmatyczni, bardziej z ulicy niż z filmów Tarantino. Ciosy (a także decyzje, uczynki i czas) zostawiają ślady i nikt nie jest kuloodporny. Napięcie wzmaga się od początku. Już od pierwszych scen, kiedy Lukas przemierza klub, czuć je w powietrzu, mimo że kamera podąża po prostu za plecami faceta idącego do pracy. Warto też zwrócić uwagę na „rozmowę kwalifikacyjną” na stanowisko bramkarza, która odbędzie się w podziemiach klubu ze striptizem – napuszcza się tu na siebie potencjalne „zasoby ludzkie” i kto zostanie na nogach, ma etat.

Jeśli ten tytuł jest telewizyjną zapchajdziurą, to tą lepszą. Jest w tym kinie jakiś depresyjny ton. Niewymuszony. I – przede wszystkim – Van Damme… Tak wyciszony, że powoduje melancholijny zamęt w widzu, który z jednej strony chciałby, żeby było krzepko, jędrnie i kozacko jak dawniej, a z drugiej – wreszcie może docenić dojrzałą grę aktora. Przyznaję, że biorę ten średni w sumie film nieco pod obronę, wbrew wszystkim obiektywnym przesłankom. Z pełnym poczuciem jego wtórności. Trudno. Weźcie to na klatę. Nie wszystko da się wytłumaczyć logicznie.

Dekady temu Seagal był egzotyczny, Lundgren – zdystansowany i niekiedy psychopatyczny, Norris – bardzo amerykański. Van Damme, którego główny atut – poza opanowaniem sztuk walki – stanowił chłopięcy urok, okazuje się najlepszym spośród nich aktorem „50 plus”. W wywiadzie sprzed 20 lat wyczytałem, że jego idolem na polu kina akcji jest Sylvester Stallone. Teraz widzę, że Belg także szuka prawdziwych emocji i dramatyzmu, o które podobno zawsze chodziło odtwórcy roli Rambo. Jak tak dalej pójdzie, Van Damme przerośnie mistrza.

Ostatnio dodane