Kino klasy Z

GLINIARZ W PRZEDSZKOLU 2. Bezglutenowy suchar

Film dla całej rodziny i dla nikogo.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Każdy ekranowy zabijaka musi czasami zmięknąć. Choć trochę, choć na chwilę. Zajść w ciążę jak Schwarzenegger, mieć kłopoty z mamą próbującą czyścić mu broń i życie (Stallone w Stój, bo mamuśka strzela), przyznać się do słabości (JVCD z „mięśniami z Brukseli”) lub uwrażliwić na wątki ekologiczne (W morzu ognia z Seagalem). Wspomniany powyżej Austriacki Dąb próbował też – w filmie Gliniarz w przedszkolu Ivana Reitmana – opiekować się dziećmi. Była to hitowa komedia z wątkami sensacyjnymi – zasadniczo dla całej rodziny, idealna pod niedzielny obiadek. Teraz, w ćwierć wieku później, tę samą ścieżkę przemierza inna ikona kina akcji, Dolph Lundgren. On, a także reżyser Wpół do śmierci z Seagalem, scenarzysta American Pie i niewysoki budżet spotkali się, by stworzyć obraz, który wkrótce zapełni wyprzedażowe kosze w marketach. I nadali mu mylący tytuł – oglądamy właściwie remake, nie sequel. Czy chociaż postawny Szwed wyszedł z projektu obronną ręką?

Agent FBI musi udawać przedszkolnego wychowawcę, aby odnaleźć supertajne dane. Trafia do placówki propagującej harmonijny rozwój, ekologię i zdrowy tryb życia. Dzieci są kluczem do całej sprawy, więc tajniak chce je szybko przycisnąć i mieć sprawę z głowy. 

Nie jestem fanem pierwszego Gliniarza w przedszkolu, bo nie przepadam za kinem familijnym. Humor oparty na kontraście pomiędzy wielkim, twardym gliną a mrowiem rozwrzeszczanych przedszkolaków wydawał mi się naciągany i szantażem podbity – śmiać się trzeba, no bo to przecież dzieci. Napięcia też nie było wiele – bo to dla całej rodziny. Arnold faktycznie mnie bawił, ale głównie jako nieoszlifowany diament przesady, istna piła mechaniczna aktorstwa, rżnąca na pół wszelkie subtelności. Film był jednak sprawnie zrobiony – jak to analogowe produkcje lat 90. Dolph Lundgren najdłużej spośród weteranów VHS wzbraniał się przed zmiękczaniem. Jasne, jego rola w Niezniszczalnych naznaczona jest ironią, ale i tam, i w pozostałych kreacjach był wciąż pełnoetatowym zabijaką. Zresztą pomimo że w filmografii Szweda dominują bohaterowie względnie pozytywni, to dla mnie jednymi z jego najmocniejszych ról są szalony sierżant z Uniwersalnego Żołnierza i Ivan Drago z Rocky’ego IV. Lundgren miał i nadal ma chłodny – jeśli nie psychopatyczny – rys w swym emploi.

Aktor wyglądający jak bezwzględny Übermensch, a postawiony naprzeciw 6-latkom, miał szansę pociągnąć projekt w rejony komizmu mniej oczywistego niż Arnold, który jest co prawda potężny, ale jego obecność nie przywołuje tak mrocznych skojarzeń (Austriak jest na tyle ironiczny, że często zapominamy, iż na początku kariery przerażał w Terminatorze).

Niestety, Dolph niczym specjalnym nas tu nie zaskakuje. No, może uśmiecha się nieco częściej, niż mu się to zdarzało wcześniej. Zasadniczo jest jednak twardy i nieugięty, a o dzieciach wie tylko tyle, że nie przynosi ich bocian. Potem jego własna przykrywka nieco go rozmiękczy i nie tylko znajdzie posłuch u podopiecznych, ale i przyjemność w kontakcie z nimi. Odbędzie się to zgodnie ze schematem znanym z filmu Reitmana. Dolph jest totalnie uległy konwencji, ale – z racji innych warunków aktorskich – mniej ekspresyjny niż Arnold. Porównajcie sobie ich krzyk w bliźniaczej scenie, gdy obaj tracą nad sobą kontrolę, przygnieceni chaosem powodowanym przez dzieci. Zresztą Schwarzenegger zdecydowanie wygrywa ten pojedynek aktorski, okazując się zdolnym do odegrania szerokiego spektrum uczuć. Lundgren niby sporo tu przeżywa, ale przeważnie wygląda, jakby relaksował się w kurorcie. I nie pomaga wątek miłosny między nim a jedną z nauczycielek. Problem podwójnej tożsamości mężczyzny nie niesie tu żadnego napięcia, a chemia między bohaterami jest taka jak między moim mydłem a szamponem. Sceny akcji zrobione są mechanicznie, bez polotu i praktycznie bezkrwawo. Licznik trupów – z czego powinni sobie zdać sprawę fani Lundgrena – wychyla się nieco ponad zero, ale tylko w pierwszych partiach filmu, a potem ani drgnie. Zamiast standardowej dla aktora jatki dostaniemy tu sekwencję randki z nalewaniem wina i tańcami w klubie country. I dialogi, dużo dialogów; prawie tyle słów, ile ołowiu schodzi w Czerwonym skorpionie, klasycznym akcyjniaku klasy B ze Szwedem na pokładzie.

Przejdźmy jednak do głównego dania, czyli konfrontacji Dolpha i dzieci. Okazało się, że… nie ma tu nic ciekawego. Nie będąc fanem pierwszego Gliniarza w przedszkolu, doceniam przynajmniej próby nadania jakiegoś charakteru postaciom przedszkolaków. Tutaj zlewają się oni w jedną masę. Trzeba przyznać, że na ich tle gwiazda obrazu może wydawać się sprawniejsza aktorsko, niż na to zasługuje. A czy spotkanie agenta FBI i dzieci generuje odpowiednią ilość humoru? Pewnie. Któryś wychowanek obsika bohatera, inny upaćka mu koszulę farbą. Marne żarty słowne skruszyły się w mojej pamięci tuż po wybrzmieniu na ekranie. Oczywiście dojdzie też do przemieszania światów: glina wzmocni i zintegruje grupę, dzieci go uwrażliwią. No to Oscar i Nobel dla scenarzystów. 

Tyle że wszystko tu jest błahe, na pół gwizdka, nie dość grane, nie dość dobrze napisane i - grzech bardzo ciężki - słabo przekalkowane z obrazu z Arnoldem.

Najciekawiej wypada konfrontacja staroświeckiego gliny z nowoczesną instytucją promującą wychowanie w duchu pokoju, tolerancji i unikania alergenów. Przedszkole wygląda zresztą nieco jak hipsterski lokal. Stąd też agent, miłośnik batoników, zetknie się z osobnikami jadającymi soję i chipsy jarmużowe, za to przerażonymi widokiem orzeszków czy samym brzmieniem słowa „gluten”. On, entuzjasta machania pukawką, będzie musiał znosić dyrektorkę, którą hasła „empatia” i „otwartość” wprawiają w euforyczny nastrój. Tyle że wszystko tu jest błahe, na pół gwizdka, nie dość „grane”, nie dość dobrze napisane i – grzech bardzo ciężki – słabo przekalkowane z obrazu z Arnoldem. Rzecz jest w miarę sprawnie nakręcona, nafaszerowana jakimś popem jak pod trailer Teletubisiów, ale całość ani ziębi, ani grzeje. I o ile początkowe sekwencje przypominają jeszcze dorosłe kino akcji, o tyle finalna konfrontacja – 6-latki gromiące terrorystów – przywodzi na myśl serie typu Małolaty Ninja (o ile ktoś ją jeszcze pamięta), a może nawet odcinek przygód Scoobiego. Pod koniec, oczywiście, wszyscy się śmieją, całują, kochają i są lepsi, niż byli. Miód z rodzynkami. 

Kiedyś tego typu produkcje – tanie, słoneczne, dozwolone również dla młodszego widza – lądowały na kasetach. Mogliście oglądać w nich Hulka Hogana czy kogoś o podobnej renomie oraz działające mu na nerwy dzieci. Nie wiem, czy ktoś wciąż czeka na takie kino. Może jakieś stacje telewizyjne, żeby puścić je pod rosół w niedzielę albo osoby nadwyrężone sobotnią nocą – żeby odwracać nimi uwagę od swojej kondycji. Mam jednak wrażenie, że Gliniarz w przedszkolu 2 jest zbyt płaski i kuriozalny, żeby znaleźć sobie jakichkolwiek fanów – starszych czy młodszych.

Niedawno widziałem w Internecie przemówienie Dolpha na temat swej przeszłości. Aktor przyznał się do trudnego dzieciństwa i do faktu, że jako dorosły nie potrafił tworzyć głębszych związków. W życiu zadowalały go przygody łóżkowe i alkohol. To się jednak zmieniło – gwiazdor Punishera zauważył wartość w pomaganiu innym, otwartości i zrównoważonym stylu życia. Życzę mu jak najlepiej, ale mam nadzieję, że pozytywne doświadczenia nie pchną go w tryby tak mechanicznie pozytywnego kina, jakim była druga część Gliniarza w przedszkolu. Zdecydowanie wolę, kiedy Szwed potrafi kogoś solidnie pociągnąć za uszy. Niestety, to nie koniec zbędnych powrotów. Wiele wskazuje na to, że za jakiś czas dane nam będzie zobaczyć Bliźniaków 2 – sequel innego wielkiego hitu komediowego z Arnoldem. No, ale najpierw musi skończyć nowego Terminatora.

 

Ostatnio dodane