Kino klasy Z

DUDE BRO PARTY MASSACRE III. Oko w sokowirówce

Smak starej kasety - świetna zabawa slasherowymi kliszami.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Zaproś kolegów. Weźcie kwas (np. cytrynowy), grzyby (np. maślaki), zalejcie to piwem (bezalkoholowym) i puść którąś z dalszych części Piątku, trzynastego – obowiązkowo z video. Podczas seansu pozwalajcie sobie na wszystkie te żarty, jakie tylko przyjść mogą grupie ludzi w ten rytualny sposób otwierających weekend. Dzięki owym zabiegom macie szansę wykreować nastrój zbliżony do tego, który przenika Dude Bro Party Massacre III. Możecie też zacząć od wspomnianego obok tytułu, ale wtedy za przysmaki wystarczą wam zwykłe orzeszki – całą resztą ubarwiania rzeczywistości zajmą się twórcy filmu.

Produkcję stworzył kolektyw artystyczny 5 Seconds, wyspecjalizowany w kręceniu superkrótkich klipów. Tematyka tychże? Wszelaka. Strzelanina po napadzie na bank spermy lub magik, który sprawia, że dziecko ciężarnej kobiety znika z jej brzucha, po czym wychodzi z jego ust. Po tym, jak w paru sekundach twórcy zawarli trailer nieistniejącego horroru, pojawił się pomysł, żeby rozwinąć ten temat. I mamy DBPM3 – parodystyczną, psychodeliczną i dziką odę do slasherów.

Członkowie bractwa studenckiego wyruszają nad jezioro. Nie wiedzą, że ich tropem podąża Motherface – upiorna kobieta, której rodzina ucierpiała na skutek ich nieodpowiedzialnych działań. Wśród członków bractwa jest też Brent, którego brat bliźniak został zabity przez mściwą maszkarę. Nie widzieliście poprzednich części? Nie przejmujcie się. One nigdy nie istniały. Twórcy DBPM3 przeszli od razu do trzeciej. I proponują nam gęsty koncentrat slashera. Spiętrzone schematy gatunkowe tryskają z filmu jak piwo z podrzucanej puszki. Znajome gesty, słowa, figury i konwencje zostają podkreślone, uwypuklone i nabierają maniakalnej wręcz wyrazistości. Trafiamy do rzeczywistości, którą utrwaliły nam w głowie obrazy w typie wspomnianego Piątku, trzynastego czy Uśpionego obozu, a także ich kontynuacje. Tak, sequele są tu nad wyraz istotne. Bo jeśli jest cios maczetą w głowę, to musi być krew. A jeśli są dolary z filmu, to muszą być kolejne części. I choćby zło zostało unicestwione, to pewnie miało rodzinę, która może się mścić. Najlepiej na młodzieży, której produkcje obozowe wystawiają zazwyczaj jak najgorsze świadectwo. Niejeden widz miał już dość tych ekranowych serii, które nie chciały umrzeć, lecz wracały po więcej. Ale trzeba przyznać po latach, że ten brak umiaru, brzemienny w absurdalne skutki (vide: Jason Voorhees wizytuje statek kosmiczny w ostatniej odsłonie Piątku, trzynastego), potrafił także bawić.

DBPM3 oddaje hołd obskurnym slasherom w podobny sposób, w jaki niedawno omawiany Commando Ninja nacierał się klimatami staroszkolnego kina akcji.

Ostentacja wyraża się w DBPM3 zarówno na poziomie fabularnego swądu „odgrzewanego mielonego”, jak i filmowego detalu. A więc jeśli mamy na ekranie lata 80., to portrety Ronalda Reagana wiszą niemal w każdym pomieszczeniu, a członkowie bractwa są tak głośni, narcystyczni i hedonistyczni, że w pewnym momencie jeden z nich punktuje to kluczowym zdaniem: „Jesteśmy Amerykanami – nie interesują nas konsekwencje naszych czynów”. I tak jeden z „żartów” bohaterów doprowadza do katastrofy samolotu z pokaźną liczbą ofiar, ale wnętrzem tego filmowego świata zawiaduje kreskówkowa groteska, więc jedyną formalną karą dla sprawców jest przymusowa wycieczka za miasto.

Tutaj rodzi się pytanie: czy tak wysoki stopień odrealnienia historii czyni ją wciąż atrakcyjną dla dorosłego widza? Jak najbardziej, bo obraz jest parodią nie tylko inteligentną, ale też autentycznie zabawną i skąpaną w smakowitym sosie „natarczywej ejtisowości”. DBPM3 oddaje hołd obskurnym slasherom w podobny sposób, w jaki niedawno omawiany Commando Ninja nacierał się klimatami staroszkolnego kina akcji. Co oznacza, że nie tylko prezentuje na ekranie zgrane do cna motywy, ale dodatkowo umieszcza je w stylizacji na seans video. Mamy więc przyćmione zdjęcia z zielonymi obwódkami wokół postaci i moc zakłóceń – pasków „jeżdżących” po ekranie, rozmyć, a nawet liczne fragmenty reklam (np. pizzy) przerywających nagle seans, ale urywanych w środku, co jeszcze bardziej dezorientuje widza. I jeśli idzie o stronę wizualną, to rzecz prezentuje się równie ciekawie, co w recenzowanej niedawno Stodole, gdzie stylizacja także była udana, ale miksując wpływy lat 70. i 80., pozostawała bardziej jesienna. Tutaj mamy już pełnoprawne ejtisy – kolorową epokę pełną wesołych koszulek i magnetofonów.

To najlepsze filmowe retro, jakie ostatnio widziałem. Nie „kino jak kiedyś”, ale nostalgiczny sen o latach 80. – karykaturalny, chwilami mglisty. Ten rodzaj podejścia przypomina konwencję, w której obracają się muzycy new retro electro; okładki ich płyt czy klipy są bardziej jak tęsknota za epoką niż sama epoka. Wciąż jeszcze egzotyczny dla Polski świat bractw studenckich wygląda tu – jak zazwyczaj w slasherach – niczym wylęgarnia najniższych zachowań stadnych, ale obraz proponuje też pewne przesunięcie akcentów. Ziomy są tu tak zapamiętałe we wzajemnej samczej adoracji, że w DBPM3 prawie nie ma kobiet. Te zawsze stanowiły trofeum i gwarancję atrakcji dla slasherowych byczków i wszelkiej maści cwaniaczków, jeszcze większą niż picie piwa i męczenie słabszych. Jedyna kobieta, jaka – poza krwiożerczą Motherface – pojawia się w produkcji na dłużej, to Samantha, która pragnie stać się członkinią bractwa. Tak bardzo, że jest gotowa pędzić przez kraj, by dostarczyć chłopcom sześciopak i przepraszać za to, że jest dziewczyną. Film nie przejmuje się zresztą polityczną poprawnością. Bractwo bez wahania zostawia w lesie kolegę na wózku – kiedy trzeba przeprawić się łódką przez wodę – proponując mu samotny spacer przez głuszę. Znarkotyzowany policjant jadący tropem studentów próbuje podrywać swoją koleżankę na fakt, że… jest pedofilem.

Aktorstwo jest akuratnie przeszarżowane. Postaci momentami nurzają się w patetycznych introspekcjach lub retrospekcjach. Wypowiadają teksty tak czerstwe, że od słuchania wypadają plomby. Wierzgają od dramatycznej przesady – krzyczą w zwolnionym tempie, drą sobie podkoszulki na ciele. Scenarzyści dorzucili im fobie czy problemy (np. uzależnienie od piwa, strach przez elektronarzędziami), dzięki którym te mentalne płaszczki wybrzuszają się nieco ponad poziom zwalcowanych stereotypów. Warto odnotować, że w jednej z ról drugoplanowych błyszczy w filmie Greg Sestero, znany z legendarnego The Room. Za to wspomniany wyżej prezydent Reagan pojawia się już w notce otwierającej seans, sugerującej, że jego ludzie zarekwirowali taśmy z niemoralnym DBRM3, a my oglądamy cudem zachowany egzemplarz. Ów prolog nawiązuje oczywiście do otwarcia Teksańskiej masakry piłą mechaniczną z 74 roku.

Może brzmi to wszystko głupio i niestrawnie, ale twórcy tej parodii znają się na gatunku, który opiekają na ruszcie, i z dużym wyczuciem – a więc i jego obligatoryjnym brakiem, kiedy trzeba – łączą wszystkie składowe. Soczyste, liczne i pomysłowe sceny mordów (jak głowa wybuchająca nie gorzej niż w filmie Skanerzy Cronenberga) gwarantują mnogość atrakcji. Kapitalne slow motion zamienia niektóre fragmenty – jak choćby otwierającą sekwencję basenową czy radosne pluskanie w jeziorze – w małe perełki odrealnienia. 

Film wypełniają frenetyczna energia i jak najbardziej dojrzała konsekwencja na poziomie stylu i fabuły. Ta produkcja za małe pieniądze, która wystartowała dzięki akcji na kickstarterze, ma gorącą krew i serce bijące w nerwowym rytmie zdrowej przesady i rajdu po wertepach popkultury. Film można by nieco skrócić, bo nie w każdej sekundzie jest tak dynamiczny i pomysłowy, jak w swych najlepszych momentach, ale zasadniczo jest to rozrywka z górnej półki  wypożyczalni marzeń. Blisko tu do dezynwoltury rodem z pierwszych filmów Raimiego. Obraz nie wyważa jednak żadnej nowej furtki. Raczej gładko wpasowuje się w modę na retro. Ale nie cynicznie i mechanicznie, lecz zdrowo, od serca. Być może więc tak wygląda Martwe zło nowego tysiąclecia. Czas pokaże, czy mamy do czynienia z klasykiem. Z pewnością powstało zmysłowe cudeńko, które rozpali niejednego maniaka gatunku.

Ostatnio dodane