Kino klasy Z

BOAR. Australijska eksploatacja na poważnie

"Dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły" - wiedzą o tym nawet dzieci, o ile jeszcze oglądają pana Kleksa. Nie wiedzą natomiast, że dzik może być większy od samochodu i spragniony ludzkiej krwi.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Mokry sen Obeliksa

Nie ma takiego zwierzęcia, którego mordercze skłonności mogłyby mnie zaskoczyć. Ryjówki, króliki, owce… to wszystko już było, więc tytułowy knur sam w sobie nie wzbudza większych emocji. Mogłoby to zrobić jedynie zbudowanie odpowiedniej otoczki i chociaż Chris Sun wybija się ponad niską średnią kina klasy B, daleko mu jeszcze do mistrzów kiczu.

Twórcy prekursorskich „złych” filmów zarywali noce i trwonili oszczędności wyłącznie w imię własnej satysfakcji, ale w tych czasach to za mało. Dzisiaj gatunkowe konwenty wykreowały środowiskowe „gwiazdy”, które stały się jedyną nadzieją na to, że w zasypie dziesiątek produkcji dostępnych w sieci ktoś wyłowi właśnie tę jedyną. Boar to jeden z takich przypadków, bo gdyby nie Bill Moseley (ulubieniec Roba Zombiego, odtwórca wielu drugoplanowych ról w kultowych filmach z lat 80. i 90.) i John Jarratt (rewelacyjny Mick Taylor z Wolf Creek), prawdopodobnie niewielu zwróciłoby uwagę na jeszcze jeden niezbyt wymyślny obraz typu animal attack.

Jarratt po raz kolejny odgrywa niemal dokładnie tę samą rolę, co wywołuje niepokojące wrażenie, że po prostu jest Mickiem Taylorem – jednym z najciekawszych psychopatów, jakich sportretowano na ekranie w XXI wieku. Moseley zmienia się natomiast nie do poznania – nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem go czystego, ogolonego, ze starannie przyciętymi włosami. Ma w sobie coś z nieobliczalności, a nawet z aparycji Woody’ego Harrelsona, a największą wadą filmu jest to, że widzimy go za rzadko. Na odleglejszym planie bryluje także gargantuiczny Nathan Jones – strongman i zapaśnik, a niegdyś najbardziej poszukiwany człowiek w Australii, który spędził siedem lat w więzieniu w konsekwencji kilku napadów z bronią w ręku, jakich dopuścił się w drugiej połowie lat 80. Skoro udało się przyciągnąć tych, którzy potrafią grać, pozostaje jeszcze pytanie, czy jest coś do zagrania, a z tym bywa różnie…

Mieszkam na tak zwanym „Dolnym Tarasie” Gdańska, kilka minut piechotą od Bałtyku. Dziki pojawiające się w parkach czy nawet na ulicach nie są tutaj rzadkością. Nie natrafiłem jednak na osobnika, który rozmiarami przypominałby hipopotama. Skąd takie monstrum wzięło się w Australii? Sun nie wyjaśnia, nie ma tu historii o szalonym naukowcu, nie ma tajemniczego szlamu wywołującego mutacje i może tak jest lepiej. Może zamiast sztampowej ekspozycji, lepiej przyjąć perspektywę przypadkowych ofiar, które nie mają możliwości poznania historii swojego oprawcy. Najdziwniejsze jest jednak to, że rodzinka głównych bohaterów tuż po przedstawieniu się widzom znika na blisko pół godziny, a w centrum wydarzeń umieszczone zostają przypadkowe osoby, eliminowane jedna po drugiej przez olbrzymiego dzika. Nie ma w tym ani finezji, ani emocji, jedynie zapychanie ekranowego czasu.

Większość z was, myśląc o niskobudżetowym horrorze z dzikiem w roli oprawcy, wyobrazi sobie intencjonalny kicz i dziwactwa na miarę Rekinado i jestem przekonany że w takim wydaniu Boar miałoby znacznie więcej do zaoferowania.

Agresywne zwierzę pojawia się pod podwójną postacią. Przy zbliżeniach – czyli między innymi w większości scen pozbawiania życia ofiar – zazwyczaj przybiera kształt praktycznych efektów specjalnych i patrzy się na nie z przyjemnością. Kiedy reżyser chce pokazać całą sylwetkę, stosuje jednak cyfrowe efekty i te wypadają bez porównania gorzej. Nie będę dokładać kolejnej cegiełki do wiekuistego konfliktu pomiędzy tymi dwiema technikami. Nie jestem przeciwnikiem CGI, jestem sceptykiem budżetowego CGI i niestety z takim w Boar mamy do czynienia, co szczególnie dotkliwie boli w trzecim akcie, kiedy pechowa rodzinka wreszcie musi stawić czoła zagrożeniu.

Niewątpliwie inspiracją dla Suna był inny australijski film o wielkim, krwiożerczym knurze – Razorback z 1984 roku. Obydwie produkcje łączy przede wszystkim poważny nastrój wbrew kompletnie absurdalnemu tematowi. Podejrzewam, że większość z was, myśląc o niskobudżetowym horrorze z dzikiem w roli oprawcy, wyobrazi sobie intencjonalny kicz i dziwactwa na miarę Rekinado – i jestem przekonany że w takim wydaniu Boar miałoby znacznie więcej do zaoferowania, a tymczasem to po prostu średniak, który w ramach relaksu albo wieczoru w gronie przyjaciół można obejrzeć bez poczucia marnowania czasu, a później zapomnieć o jego istnieniu.

Ostatnio dodane