Kino klasy Z

BAD MILO! Przyjemny body horror łamany przez komedię

Niegłupia toaletowa komedia - na jedno posiedzenie.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

To, co wyparte; to, co zaparte

To, co dzieje się pomiędzy naszymi tyłkami a toaletą, jest zazwyczaj pomijane przez kino. A jeśli nawet naświetla się tę materię (vide: Głupi i głupszy, scena w ubikacji, czy Pulp Fiction – Travolta i jego śmiertelne zaczytanie na sedesie), to kwestia wydalania pojawia się co najwyżej jako epizod. Są też wyjątki, ale rzadkie – choćby otwarty na kwiecistość cielesności Człowiek-scyzoryk. Twórcy Milo – przy znacznie mniejszym budżecie – także postanowili przypomnieć światu, że nie tylko mamy tyłki, ale też używamy ich dość często. I że ten bardzo prywatny świat może się stać polem zarówno dla dramatu, jak i komedii.

Duncan ma pracę w dużej firmie i żonę, która go kocha. Ona pragnie dziecka, on jeszcze się waha. Na razie mężczyzna musi na życzenie szefa przeprowadzić redukcję etatów, a dodatkowo męczą go problemy trawienne. Gastroenterolog jako winowajcę wskazuje polipa. Ale Duncan ma w sobie innego mieszkańca. Jest to Milo – mały, nerwowy stworek. I opuszcza on ciało mężczyzny (bolesny proces przypominający poród), ilekroć ten poważnie się zdenerwuje. Milo zabija wszystkie żywe stresory. Duncan musi się więc ratować – albo wraz z terapeutą powstrzymają stwora, albo jego życie zamieni się w rzeźnię.

Podobno twórców filmu zainspirowało kino Davida Cronenberga. Podobno też bodźcem do powstania Milo była konstatacja jednego z przyszłych twórców, że w żadnym filmie potwór nie wychodził nikomu z tyłka. Już z gotowym scenariuszem postanowili wypełnić niszę, mając świadomość, że nie tworzą hitu na miarę Szybkich i wściekłych. Za to okazało się, że projekt szybko znajduje sponsorów, rozentuzjazmowanych niecodziennym konceptem. I trzeba przyznać, że wyszło lepiej niż przy niejednej produkcji jadącej na „odjechanym” pomyśle. Jest oto bowiem kino znacznie bardziej profesjonalne i angażujące niż omawiany w tym dziale Gingerdead man czy paździerze o morderczcyh prezerwatywach czy krwiożerczych fajkach wodnych.  Na pewno nie jest to film do natychmiastowego spłukania w toalecie niepamięci.

Milo to prosta historia o dupościsku. O tym, co sobie robimy, dusząc w sobie gniew i frustrację. To opowieść o tym, że nasze lęki w końcu nas dopadnę i zrobią nam „ała” – no, chyba że stawimy im czoła. Duncan to bowiem człowiek przygnieciony codziennością, niepewny swoich potrzeb i niebędący w stanie ich wyartykułować wprost. Pojawienie się Milo zmusza go do przewartościowania swojego życia.

Na pewno nie jest to film do natychmiastowego spłukania w toalecie niepamięci.

Kreacja tytułowego bohatera to największy atut tej produkcji. Ręcznie wykonany model budzi nasze żywe zainteresowanie. Jest groźny, kiedy szczerzy ostre zęby i bezwzględnie eliminuje kolejne ofiary. Bywa słodki, kiedy zasypia u boku Duncana, mrucząc i przewracając swymi wielkimi czarnymi oczami (tylko je stworzył komputer, co jednak nie razi ani nie psuje dobrego wrażenia). Milo nie przypomina taniej makiety. Żyje, oddycha, ma humory, a końcowe partie obrazu udowadniają, że może nas także wzruszać. Jeśli oglądać film, to dla niego. Aktorstwo nie rzuca w tej produkcji na kolana. Wszystkie postaci drugoplanowe jakoś dają radę – tylko tyle i aż tyle. Nieco lepiej ma się sprawa z wykonawcą roli Duncana. Zachowujemy bowiem współczucie dla człowieka, którego odbyt skrywa mordercze siły, przeciskające się zresztą przez osławioną dziurę w sposób nielekki dla nosiciela. Aktor nie szczędzi tu też potu i łez w scenach na toalecie; słowem, odnajduje się w konwencji body horroru. W Milo dobrze sobie radzi Peter Stormare – uznany wykonawca, który od lat uświetnia swymi epizodami produkcje przeróżnej jakości; facet, którego odkrył Ingmar Bergman, a który teraz biega za wychodzącym z czyjegoś tyłka potworkiem. I dobrze, skoro ewidentnie bawi się obecnością na planie, dodając smaku tej nawet sympatycznej opowieści.

Jest to film średniego budżetu – z poprawnymi zdjęciami, przeciętną muzyką, taką sobie scenografią. Ale to nic, bo twórcom chodziło o wskrzeszenie ducha starszego kina z ręcznie robionymi maszkarami. Jako punkt odniesienia podają oni choćby kultowe Gremliny rozrabiają. Reżyser pragnął także zmierzyć się z własnymi demonami – od lat cierpi na bóle brzucha. I zrobił to w lekkim stylu, który nie jest ani zanadto wulgarny, ani męczący w epatowaniu cielesnością.

Wyszedł z tego przyjemny body horror łamany przez komedię. Twór, który nikogo nie przerazi, ale daje okazję mocnego wniknięcia do wnętrza bohatera – obejrzymy i gastroskopię, i proces terapeutyczny. Oba potraktowane z dużym przymrużeniem oka, choć myśl przewodnia obrazu – zadbaj o siebie, inaczej życie będzie nieznośne – wybrzmiewa tu całkiem dobitnie.

Ostatnio dodane