publicystyka filmowa

KING KONG. Chłopięce marzenie Petera Jacksona

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Historia filmu pełna jest obrazów mających źródło w dziecięcych fascynacjach swych twórców. Paradoksalnie, takie hołubione przez lata marzenie często okazuje się nieprzekładalne na celuloidowy konkret, kiedy nadejdzie czas dorosłego zmierzenia się z dzieckiem w sobie. Peter Jackson potrafił wydobyć swą chłopięcą fascynację i sprzedać pod postacią fenomenalnego spektaklu. Trudno sobie wymarzyć wspanialszy powrót King Konga po ponad 70 latach.

Jednym z częściej powtarzanych filmowych morałów jest idea urzeczywistniania własnych marzeń, klepana w kółko przez ekranowych moralistów z obu stron kamery. Podsumowując historię powrotów na ekran King Konga, jakoś trudno podejrzewać ludzi za to odpowiedzialnych o coś innego, niż marzenie rozwalenia legendy w drzazgi. Partacze z Johnem Guillerminem na czele jeden po drugim masakrowali ten jeden z najsłynniejszych znaków rozpoznawczych kina. Nowozelandczyk Peter Jackson (ur. 1961) też nie zapowiadał się na jakiegoś szczególnego reżysera – ot, kolejny młody filmowiec zafascynowany makabrą, z której niewiele wynika poza zabawą w kino. Jego czwarty film Martwica mózgu (1992), poza radośnie przegiętą ilością najkrwawszej rzeźni, zawierał motyw biologicznego zagrożenia przywleczonego z dziczy. Brzmi znajomo? Mniej więcej to samo było w King Kongu, najbardziej ukochanym filmie Petera Jacksona. Po nominacji do Oscara za scenariusz Niebiańskich istot (1995) i komediowym horrorze Przerażacze z roku następnego, Jackson miał nadzieję na uwieńczenie swych wieloletnich marzeń o własnej wersji King Konga, obejrzanego po raz pierwszy w piątkowy wieczór 1970 roku w nowozelandzkiej telewizji. Lecz słabe wyniki kasowe Przerażaczy oraz planowane premiery dwóch nowych wersji monster-movies, Emmerichowskiej Godzilli i Wielkiego Joe Rona Underwooda zastopowały prace przygotowawcze ekipy Petera Jacksona. Gotowy scenariusz powędrował na półkę. Universal Pictures nie podjęło ryzyka, a Peter Jackson zajął się czymś równie ambitnym, słynnym, monumentalnym i piekielnie trudnym w adaptacji i 274 dniach zdjęciowej realizacji – nakręconą za 280 mln dolarów trylogią Władca Pierścieni (2001-2003). Trzy epickie freski fantasy, nagrodzone łącznie aż 17 Oscarami (w tym trzema dla Jacksona), odniosły skutek lepszy od planowanego – od tej pory Peter Jackson mógł wymyślić sobie dowolną fabułę do realizacji, a na jego skinienie do hal zdjęciowych mogły wjeżdżać taczki wypełnione dolarami. Chwila powtórnego nadejścia King Konga nadeszła wraz z udowodnieniem całemu światu kunsztu reżyserskiego Jacksona, jego umiejętności panowania nad monstrualną superprodukcją, jego niebywale wyostrzonego zmysłu wizualnego i rzadkiej mocy kreacji magii kina najwyższej próby. Na marginesie – jeszcze kilka lat temu filmy wg Tolkiena były uznawane za największe dzieło Jacksona, po którym powinien iść na emeryturę, bo i tak już nie zrobi niczego lepszego. Tymczasem z perspektywy King Konga trylogia jawi się jako wręcz wprawka warsztatowa, swoisty bilet wstępu na pole bitwy z legendarnym gorylem. Jedną z lekcji Władcy Pierścieni była umiejętność tym wiarygodniejszego zakorzenienia opowiadanej historii w rzeczywistości ekranowego świata, im bardziej fantastyczną historię miało się do przełożenia na obraz. Myślą przewodnią Petera Jacksona było opowiedzenie dokładnie tej samej historii, co w 1933 roku, lecz przy udziale współczesnej technologii. A ta była już przez reżysera gruntownie oswojona dzięki właśnie tolkienowskiej trylogii. W 2005 roku sen się spełnił. Pierwsze prace nad animowanymi storyboardami rozpoczęto jeszcze w czasie postprodukcji Powrotu Króla.

Opowiadanie fabuły nie ma w tym miejscu większego sensu, gdyż jej oś jest niemal identyczna z filmem Meriana C. Coopera i Ernesta Schoedsacka (a do odstępstw i cytatów zapraszam za kilka akapitów). I tu pierwsze zaskoczenie – grzechem głównym twórców wszelakich filmowych remake’ów jest pycha, za której podszeptami z oryginalnych filmów zostaje wzięte tylko jądro, a cała reszta przerobiona na gorsze. Jak zły szeląg powracają wtedy pytania o sensowność powtórek, które są niemal z definicji niezdolne przeskoczyć pierwowzór. Natomiast Peter Jackson nie popełnił nowej wersji filmu ani nie zekranizował na nowo scenariusza. On głęboko wniknął w strukturę świata filmu z 1933 roku, wyciągnął na zewnątrz to, co w oryginale było ledwo sygnalizowane i za pomocą współczesnych zabawek kinematograficznych jeszcze raz, lecz o wiele bardziej szczegółowo, opowiedział historię Konga z Wyspy Czaszek. Nie przestraszył się umieszczenia akcji właśnie w 1933 roku, kiedy swą premierę miał oryginalny King Kong. Nie zniechęciła go perspektywa odtworzenia marazmu społecznego doby Wielkiego Kryzysu, mimo eskapistycznego, przygodowego charakteru opowieści. Jackson nie uciekł przed bardziej wnikliwym zarysowaniem przyczyn biedy, która popchnęła Ann Darrow do kradzieży jabłka ze straganu. Z szacunku dla klasyki nie chciał, jak Guillermin, by Konga rozstrzelały działka ze śmigłowców. Jackson nie mógł sobie odmówić zrobienia finału swego najbardziej osobistego filmu z dwupłatowcami, wiarygodnymi tylko w latach 30. Poza tym w dzisiejszym świecie próżno szukać takich biologicznych oaz jak Wyspa Czaszek – kto w nie uwierzy, gdy za pomocą przeglądarki Google Earth można mieć całą Ziemię na ekranie komputera?

Film jest podzielony na cztery (choć niektórzy widzą tylko trzy) zasadnicze części: przedstawienie postaci i ich życie przed wyprawą, rejs, epopeję na wyspie i finał, znów w wielkim mieście. Żadna nich nie służy tylko jako pretekst do szybkiego przeciągnięcia akcji do następnego rozdziału. Podobnie jak w przypadku Speeda, film Jacksona to kilka seansów w jednym. Po ładnie stylizowanym tytule filmu widz nie otrzymuje od razu przygodowej opowieści. Najpierw czeka go kilkadziesiąt minut w samym środku Wielkiego Kryzysu z kolejkami bezdomnych po darmową zupę i aktorami zabawiającymi mało wybredną gawiedź. Schoedsack i Cooper w zasadzie tylko prześlizgnęli się po powierzchni zjawiska, bez dokładnego kreślenia szerszego tła społecznego, popychającego Ann Darrow do udziału w nieznanej ekspedycji Carla Denhama. Pozostałe akty filmu Jacksona oparte są na podobnej zasadzie – cytowanie oryginału, ale z rozciągnięciem w czasie i dobudowywaniem epizodów. W kilku momentach nowy King Kong niebezpiecznie zbliżył się do krawędzi nudy, szczególnie w sekwencjach rejsu (płynęli, płynęli, końca nie widać i za dużo zbyt podobnych ujęć sunącego po oceanie statku). Do znużenia nie dopuszczał znakomity Andy Serkis, który, oprócz użyczenia referencji aktorskich dla Konga, pojawił się we własnej osobie jako kucharz okrętowy, cedzący przez zęby i z przymkniętym okiem swe na przemian tajemnicze i zabawne kwestie. Na wyspie są z nim dwie ciekawe sceny – pierwsza, w której strzela z karabinu maszynowego w ogromne komary i druga, w której strzela właściwie do samego siebie, czyli do Konga.

Od momentu lądowania na Wyspie Czaszek Peter Jackson był już u siebie w domu. Zostawiwszy wielkomiejski styl retro, zanurzył się w dziczy, w której takich tubylców filmy o Kongu jeszcze nie widziały. Właściwie wizualnie bliżej im było do orków z Władcy Pierścieni, niż do cytowania oryginału. Osada, przypominająca surrealistyczne kamienne cmentarzysko, także nie była powtórką wystylizowanej na gładką atrakcję turystyczną wioski z pierwszego filmu. Zmienił się też wizualny styl opowiadania, kontynuowany aż do końca części wyspowej. Ładne, po hollywoodzku wypasione plenery, precyzyjne pasaże kamery i przejrzysty montaż bezpośrednio sąsiadują z chaotycznymi ujęciami z ręki, celowo bezładnymi cięciami i drastycznymi różnicami w oświetleniu i kolorystyce. Spokojny i momentami wręcz bijący po oczach nasyconymi barwami zachód słońca reżyser bez zająknięcia zestawia z ponurą i surową walką z robalami w wąwozie. Ta dwoistość stylu Jacksona obecna była również w trylogii tolkienowskiej. Natomiast sama kreacja prehistorycznej dżungli odsyła do oryginalnego filmu. Tak bajkowo zagęszczony las, pełen malowniczych smug światła sączących się przez liście mógł powstać tylko na taśmie filmowej. W oryginale były to studyjne dekoracje, miniaturowe plany i domalówki; ekipa Jacksona także większość dżungli zbudowała w atelier otoczonym niebieskim ekranem. Również sceny na skalnej półce Konga są wizualną kopią oryginału. Ponad 70 lat rozwoju sztuki filmowej, a metoda twórcza właściwie niezmienna – znów punkt dla pionierów kina, od których można się tylko uczyć.

Ostatnio dodane