Recenzje

KING KONG. Absurdalny remake

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Za fenomenem oryginalnego King Konga z roku 1933 stała jego nieuchronna jednorazowość. Można było budować bliźniaczo podobne opowieści o innych monstrach, porywanych bądź opuszczających swe mateczniki, by napędzić strachu butnej cywilizacji. Ale sam Kong gwarantował najlepszą rozrywkę tylko za pierwszym razem. Dosłowne powielanie jego historii, dopisywanie mu synów, braci, wujków, stawianie naprzeciw coraz bardziej wymyślnych straszydeł z tej ziemi i spoza niej, najzupełniej mijało się z celem. Wielka małpa była bohaterem tragicznym, dosłownym ogłuszającym rykiem przeciw włażeniu z buciorami w dziewiczy świat natury. Ale nieoczekiwany i całkowicie zasłużony triumf King Konga popchnął Ernesta B. Schoedsacka do pośpiesznego nakręcenia sequela Syn Konga (The Son of Kong), wypuszczonego na ekrany w tym samym 1933 roku. Merian Cooper został producentem. Wytwórnia RKO, choć na oryginale zarobiła krocie, wskutek niepojętej strategii marketingowej wcale nie miała zamiaru zainwestować większych pieniędzy w sequel (co dziś jest normalną praktyką). Fabuła skoncentrowała się na niesławnym reżyserze Carlu Denhamie z pierwszego filmu (ponownie Robert Armstrong), który po traumatycznych wydarzeniach ucieka statkiem z Nowego Jorku. Lecz w trakcie rejsu na pokładzie wybucha bunt, zakończony pozostawieniem Denhama i kilku innych ludzi na Wyspie Czaszek (!). Tam zesłańcy odkrywają wiele prehistorycznych bestii, a wśród nich młodego syna King Konga…

Willis O’Brien spuścił nieco z tonu przy produkcji efektów, przeciętny scenariusz ryzykownie nasycono przewrotnym humorem, zabrakło pamiętnej małpy z oryginału, słowem uczyniono wszystko, by film się nie udał. W tym samym roku powstała pierwsza parodia King Konga, dziewięciominutowy filmik rysunkowy King Klung, będący komediową wersją oryginału. W 1949 roku ponownie Schoedsack (jako reżyser), Cooper (producent) i aktorsko Armstrong, zaprezentowali Wielkiego Joe (Mighty Joe Young), skierowaną do młodszej widowni wariację na temat King Konga. Film opowiadał o przyjaźni białej dziewczynki Jill Young z wychowywanym przez nią od dzieciństwa gorylem Joe. Po latach ojciec Jill wywozi oboje do Ameryki, gdzie eksploatowana w filmach wielka małpa oczywiście dostaje szału i demoluje miasto. Czyli ciągle ta sama historyjka z morałem o ingerencji brudnej i chciwej cywilizacji w piękną i nieskażoną złem naturę. Animowany poklatkowo Joe to dzieło Raya Harryhausena, ucznia Willisa O’Briena (który w niewielkim stopniu także współpracował przy tym filmie). Uwspółcześnioną wersję tej opowieści gościliśmy kilka lat temu na ekranach kin z Charlize Theron i Billem Paxtonem w rolach głównych.

Powojenne reperkusje przebudziły Godzillę. Potwór w 1954 roku po raz pierwszy wyszedł z Pacyfiku, by rozpirzyć Tokio, symbol cywilizacji, która ośmieliła się atomowymi wybuchami obudzić bestię. Pomimo podjęcia tematyki przez twórców z drugiej części świata, film Inoshiro Hondy zdradził oczywiste podobieństwa do klasycznego King Konga. Niedługo potem nastąpił trwający do dziś wysyp kolejnych, coraz bardziej dziecinnych filmów z łuskowatym jaszczurem, a to atakującym, a to broniącym Japonię przed fantazyjnymi zagrożeniami ze strony innych monstrów, czy dziwadeł z beztrosko mnożonych planet X. Inoshiro Honda w trzecim filmie z serii naprzeciw Godzilli postawił… King Konga (King Kong vs. Godzilla, 1962). Co ciekawe, pomysłodawcą filmu był sam Willis O’Brien, szukający kolejnego poligonu doświadczalnego dla swego animacyjnego kunsztu. On to bezskutecznie próbował doprowadzić do realizacji równie kuriozalnego filmu „King Kong vs. Frankenstein” (Franek miał być potworem poskładanym z martwych zwierząt…). Żadna amerykańska wytwórnia nie zgodziła się na tak niedorzeczny crossover, więc scenariusz wraz z prawami do postaci Konga sprzedano Japończykom z wytwórni Toho, którzy zastąpili Frankensteina swoją ukochaną Godzillą. W przeciwieństwie do amerykańskiego oryginału, King Kong (za wyjątkiem kilku scen) był grany przez faceta w kostiumie.

Ostatnio dodane