search
REKLAMA
Zestawienie

KIEPSKIE filmy SCIENCE FICTION oparte na ŚWIETNYM pomyśle

Znacie to uczucie, gdy jakiś film science fiction mocno was rozczarowuje, ale wiecie, że oparty został na ciekawym pomyśle?

Jakub Piwoński

23 lipca 2022

REKLAMA

W przypadku filmów z gatunku science fiction najważniejszy w nich jest pomysł. Roboty mogą mówić, lasery mogą strzelać, świat może się walić, a kosmici mogą atakować, ale jeśli film nie zawiera jakiegoś ciekawego pomysłu na siebie, to trudno jest kupić wizję, co do zasady, nierealną. Jest cała masa kiepskich filmów SF, czyli takich, w których realizacyjnie, aktorsko i scenariuszowo nie wszystko poszło tak, jak pójść powinno, w przypadku których czynnikiem ratującym je przed zapomnieniem jest fakt wyłożenia fabuły na bardzo interesujących podstawach. Oto kilka przykładów takich filmów SF, które choć są kiepskie, to są jednocześnie ciekawe.

Wyścig z czasem

Andrew Niccol to jeden z tych najbardziej błyskotliwych twórców socjologicznego science fiction w kinie. W swej karierze dostarczył nam co najmniej kilka dzieł wybitnych, bo i scenariusz do Truman Show można tym mianem określić, i też film Gattaca – szok przyszłości się w te ramy wpisuje. Natomiast w przypadku Wyścigu z czasem coś w realizacji poszło nie tak. Mam wrażenie, że producenci musieli naciskać na przystępność treści, przez co reżyser musiał pokierować tą, skądinąd ciekawą, fabułą w wyjątkowo sztampowy sposób. Pomysł, wedle którego walutą świata przyszłości będzie czas, przez co powiedzenie „czas to pieniądz” nabierze dosłownego charakteru, był w swej prostocie genialny i błyskotliwy. Natomiast gdy już poznajemy zasady działania świata, wówczas bardzo szybko Justin Timberlake i Amanda Seyfried włączają przycisk z napisem „rutyna” i na ekranie nie dzieje się już nic wyjątkowego. Od Niccola podobne deski zalicza także Anon z Clive’em Owenem – niby intryguje, a jednak wieje nudą.

Tylko jeden

Był taki czas, gdy największym madafakerem w Hollywood był Jet Li. Uwielbiam wspominać ten okres, przypadający mniej więcej na przełom lat 90. i nowego wieku. Sporo wówczas filmów z Jetem Li oglądałem, podziwiając jego kunszt, elastyczność ciała, zastosowanie technik kung-fu. Co jak co, ale do dziś uważam go za duchowego spadkobiercę Bruce’a Lee, za sprawą wybitnych umiejętności i doboru podobnych ról. Dzięki rosnącej popularności w pewnym momencie zaproponowano aktorowi występ w filmie science fiction. Będący na fali aktor oczywiście się zgodził (ponoć pierwotnie szykowany był do filmu sam The Rock), ale z perspektywy czasu wydaje mi się, że pomysł na udział w Tylko jednym nie był dla aktora najlepszy. Pomijając fakt, iż tytuł wydaje się wyrazem megalomanii aktora, ten film jest, ogólnie rzecz biorąc, bardzo grubymi nićmi szyty, to raz. A dwa, że Li nie pasuje mi tu do roli tego „złego”, bo cała reszta obsady nie dorównuje mu do pięt umiejętnościami, przez co wychodzi na to, że postać, która chce źle, jest od innych uderzająco lepsza. Ale nie o tym chciałem. Bo warto podkreślić, że ten film oparty został na bardzo ciekawym pomyśle wyjściowym, czerpiącym garściami z mitów o wampirach i innych istotach wysysających życie ze swych ofiar i rosnących na tej podstawie w siłę. Tutaj główna postać przemierza kosmos i wymiary, bo dokopać wszystkim swoim alter ego. Gdy odrzucić niedorzeczności na bok, można nawet bawić się przy tym całkiem dobrze.

Next

Nędzne to jest i nędzne to było już w dniu premiery. Mocno się tym seansem rozczarowałem, pamiętam jak dziś. Scenariusz oparto na opowiadaniu Philipa K. Dicka, a że swego czasu przeżywałem fascynację twórczością tego pisarza, na zapowiedź nowego filmu budowanego na jego twórczość zareagowałem z ekscytacją. Nicolas Cage na liście płac nie sugerował w 2007 roku jeszcze niczego złego. Dopiero później szambo z niego wyszło. Natomiast sam Next okazał się produktem wybitnie hollywoodzkim, uwzględniając wszelkie negatywne konotacje tego słowa. Kolorowy, błyszczący twór, z ładnymi buziami i ładnymi scenami, wybuchowo, żywiołowo zaprezentowany, jednocześnie pozbawiony jakiejkolwiek głębi, umiejętnie ślizgający się po powierzchni opowiadania Dicka, czerpiący z motywu widzenia przyszłości jedynie okruchy, na których podstawie powołana została półtoragodzinna fabuła. W wielu miejscach wygląda to więc poprawnie, w innych nawet widowiskowo, a w jeszcze innych bezdennie głupio. A szkoda, bo można było zaryzykować coś więcej.

Istota

Od lat pomstuję nad kierunkiem, jaki obrał Vincenzo Natali dla swojej kariery. Facet z tak wielkim potencjałem, z tak wielkimi umiejętnościami tworzenia oryginalnych wizji postanowił finalnie rozmienić się na drobne, reżyserując od czasu do czasu odcinki głośnych seriali SF (Westworld m.in.). A przecież nie zapominajmy, że mówimy o autorze filmu Cube. Był taki moment, w którym jeszcze wierzyłem, że Natali coś wyjątkowego w kinie zdoła zdziałać. Tym momentem była premiera filmu Istota. Do dziś uważam go za przejaw zmarnowania potencjału wyjściowego, nieuważnego gospodarowania materiałem i trochę też przejaw arogancji twórcy, który błędnie myślał, że będziemy w stanie kupić taką bolesną żenadę pod przykrywką horrorowego kostiumiku. Istota to film, który świetnie działa do połowy. Gdy tajemnica się rozkręca, gdy badania dwójki głównych bohaterów postępują. Wtedy jest OK. Ale jak już się coś z tego „wykluwa”, wówczas robi się na scenie bardzo nieprzyjemnie, wręcz odstręczająco. Coś tu ewidentnie na poziomie estetyki nie zadziałało jak powinno, nie wiadomo, czy tytułowa postać ma wzbudzać w nas współczucie, sympatię, czy grozę. Natomiast na pewno pomysł ponownego wrócenia do mitu Frankensteina był interesujący i tak jak pisałem wcześniej, pierwszy akt działa bez zarzutów, gorzej jest z wprowadzeniem w Istotę życia.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA