publicystyka filmowa

Jakie TAJEMNICE kryją CZOŁÓWKI WYTWÓRNI FILMOWYCH?

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

MGM

Zdubbingowany Leo.

To, że te trzy literki są skrótem od Metro-Goldwyn-Mayer, czyli nazwisk producentów odpowiadających za powstanie spółki w 1924 roku, wie (chyba) każdy kinoman. Także widniejący na mieniącej się złotem filmowej taśmie napis można sobie przetłumaczyć – „Ars gratia artis” oznacza po łacinie „sztukę dla sztuki”. Autorem tego sympatycznego sloganu jest projektant całego logo, Howard Dietz, a był to ukłon w stronę jego własnej uczelni – Uniwersytetu Columbii, maskotką którego jest także lew. Ryczący nieprzerwanie od 1928 roku zwierz nie stanowił jednak novum, ponieważ ten znak rozpoznawczy wcześniej należał do produkcji Goldwyn Pictures, czyli późniejszej 1/3 MGM-u. Przez lata sama czołówka ulegała modyfikacjom, a lwy często się od siebie różniły. Ten kanoniczny, którego na dużym ekranie oglądamy nieprzerwanie od 1957 roku, określony został po prostu jako Leo. Żeby jednak było śmieszniej, bestia została zdubbingowana – jego ryk to dla lepszego efektu miks odgłosów kilku różnych dzikich kotów. I trzeba przyznać, że działa.

Miramax

Żarty z Harveya Weinsteina na bok – sformowana przez niego z bratem pod koniec lat 70. firma to jedna z najważniejszych młodych wytwórni i zarazem jeden z bardziej liczących się dystrybutorów amerykańskich. Kiedyś wielkie, z początku niezależne M straszące z ekranu – potem jakże sympatyczniejszy, wręcz swojski napis na tle nocnej panoramy Manhattanu (mimo że spółka powstała w Buffalo). Cóż jednak oznacza w ogóle to tajemnicze słówko? To ciekawy efekt spojenia imion rodziców Weinsteinów – Miriam i Maxa. Spółka rodzinna, jak się patrzy.

Paramount

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek w branży.

To najstarsze z wciąż działających na terenie Hollywood studio (starszy jest tylko Universal, ale jego siedziba znajduje się w dolinie San Fernando). Narodziło się z połączenia kilku mniejszych wytwórni dokładnie 106 lat temu i od tamtej pory pozostaje jednym z gigantów amerykańskiej fabryki snów. Jest też jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek w branży, a to dzięki charakterystycznej górze umieszczonej w logo firmy – przez dziesięciolecia formowanej coraz bardziej szczegółowo, a w erze HD poprzedzonej dodatkowo pięknym obrazem szybujących ku szczytowi gwiazdek. W tej symbolice nie ma przypadku. Jest ich dokładnie 22, czyli tyle, ile pierwotnie gwiazd filmowych zostało zakontraktowanych przez studio – wśród nich była Mary Pickford (chociaż, w zależności od podpisanych w danym roku umów, bywały wersje loga z większą ich liczbą). Sama góra to natomiast pomysł jednego z ojców założycieli Paramountu – W.W. Hodkinsona, dla którego inspirację stanowiło ranczo w Utah, gdzie mógł wpatrywać się w piękne szczyty gór Wasatch. Czuć tu ich potęgę. 

Pixar

Podobnie jak w przypadku Miramaxu początki tego prekursora animacji sięgają jeszcze lat 70., kiedy to George Lucas zaczynał eksplorację komputerowych technologii. Pixar jako taki narodził się przy tym w roku 1986 za sprawą Steve’a Jobsa, który wykupił od Lucasa cały ten dział jego rozrastającego się imperium. Nazwę wzięto wprost od wynalezionego przez ekipę Lucasa na potrzeby tworzenia animacji cyfrowej komputera. Z kolei sympatyczna lampka, która skacze wśród literek tuż przed każdym filmem studia, to bohater pierwszej krótkometrażówki stworzonej przez Pixara jeszcze w tym samym roku. Jego twórcą był John Lasseter, który niemal wprost ożywił swojego nieodłącznego towarzysza pracy – stojącą na biurku lampę Luxo L-1 (stąd też tytuł nominowanej do Oscara produkcji – Luxo Jr.), którą w pierwotnej, niezmienionej formie, nadanej jej przez norweskiego projektanta Jaca Jacobsena, można było nabyć w okresie 1937–2017. Taka piękna historyjka.

TriStar

W 1982 roku CBS, HBO i wspomniana wcześniej Columbia połączyły siły, aby obniżyć rosnące wciąż koszty produkcji – tak powstał TriStar. Dwa lata później projekt ten zyskał własny symbol, którym okazał się skrzydlaty koń. Pomysłodawcą umieszczenia w ikonie pegaza był podobno sam założyciel, Victor Kaufman – prywatnie wielki miłośnik wierzchowców. Pierwszy wizerunek rozpędzonego konia zapożyczono z filmu Sydneya Pollacka Elektryczny jeździec, za który odpowiadała Columbia. Dopiero po dekadzie ten radosny obrazek odpowiednio odświeżono na potrzeby premiery Bezsenności w Seattle, dodając do niego między innymi zarejestrowane na Hawajach chmury w tle oraz przede wszystkim wymieniając widocznego w czołówce zwierzaka na w pełni nowe zwierzę. Obecny wygląd trzygwiazdkowego rumaka jest już całkowicie komputerowy. Znak czasów.

 

Bonus: Se-ma-for

Na deser coś z polskiego poletka. To łódzkie królestwo animacji ma dość osobliwą nazwę, która pozornie odnosi się do kolejowej sygnalizacji. Czyżby to z uwagi na bliskość samej kolei? Nie można tego wykluczyć, aczkolwiek generalnie jest to po prostu chwytliwy skrót od Studia Małych Form Filmowych, którego początki sięgają późnych lat 40. ubiegłego stulecia, a którego tradycje współczesny Se-ma-for kontynuuje. Oby jak najdłużej.

Ostatnio dodane