publicystyka filmowa

HORROROWE PODSUMOWANIE 2017. O horrorach w mijającym roku

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Król wrócił. Aż cztery ekranizacje twórczości Stephena Kinga mogliśmy obejrzeć w tym roku, z czego trzy udane, dwie w kinie, dwie inne na Netfliksie, za to tylko jedna premiera wystarczyłaby, aby uznać Kinga za być może najważniejszego twórcę współczesnego horroru, a na pewno najbardziej dochodowego. Przyjdzie nam jeszcze poczekać, czy sukces To przełoży się na większą popularność kina grozy; trudno jednak uwierzyć, aby inny przedstawiciel tego gatunku zarobił w niedalekiej przyszłości takie pieniądze jak film Andrésa Muschiettiego. I choć trudno rozpatrywać powodzenie horroru o krwiożerczym klaunie w oderwaniu od sukcesu serialu Stranger Things (który przecież czerpie całymi garściami z twórczości Kinga) oraz kultowości książkowego pierwowzoru i jej pierwszej ekranizacji sprzed ćwierć wieku, wielu uzna 2017 za rok Kinga, który w iście piorunującym stylu powrócił na usta wszystkich, nie tylko miłośników straszenia. Ale to nie znaczy, że To było najlepszym horrorem ostatnich dwunastu miesięcy. Daleko mu do tego tytułu.

POCZĄTEK ROKU

Zanim wrócimy do Kinga i filmów na podstawie jego prozy, przypomnijmy sobie, jak zaczął się mijający rok w naszych kinach. Najpierw byliśmy świadkami Autopsji Jane Doe, którą przeprowadzili prowadzący mały zakład pogrzebowy ojciec i syn, z przerażeniem odkrywający tajemnice ciała młodej nieboszczki. Film norweskiego reżysera André Øvredala rozpoczyna się od dosyć szczegółowego opisu sekcji zwłok i pytania o pochodzenie martwej dziewczyny, a kończy na mało satysfakcjonujących jump scares, sprowadzając początkową tajemnicę do serii fantastycznych i makabrycznych wydarzeń, które stoją w opozycji do stylowego, wciągającego zawiązania akcji. Mimo to z chęcią będę wracał do Autopsji – jak żaden inny horror tego roku szukał swej siły nie w przebojowości i oryginalności, lecz w przeświadczeniu, aby z jednego prostego pomysłu wyciągnąć maksimum. Przez dobre pół filmu udaje mu się to wyśmienicie.

Split

Równie skromnym filmem wydawał się być Split M. Nighta Shyamalana, w którym James McAvoy (wielkie brawa) porywa trzy młode dziewczyny i zamyka je w piwnicy. Szybko okazuje się, że napastnik cierpi na rozszczepienie osobowości, co postanawia wykorzystać jedna z jego ofiar. Początek sugeruje, że mamy do czynienia z thrillerem o psychopacie, trochę na modłę filmów z lat dziewięćdziesiątych, ale Shyamalan, znany przecież z wywracania gatunkowych schematów do góry nogami, bawi się naszymi oczekiwaniami. Dreszczowiec przeistacza się w horror o mężczyźnie potrafiącym zamienić się w niezniszczalnego potwora o nadludzkich właściwościach, a sam koniec filmu ustala jeszcze jeden ważny kontekst, dzięki któremu Split jawi się jako dzieło z mocno komiksowym rodowodem. Schizofreniczna natura bohatera przekłada się na sam film, ciężki, ponury i pozornie mało atrakcyjny, ale też zaskakująco rozrywkowy, momentami przejmujący, a przede wszystkim zapowiadający spektakularną kontynuację, której premiera zaplanowana jest na 2019 rok.

Po tych dwóch styczniowych premierach ciężko było zadowolić fanów gatunku następnymi propozycjami. O ile jeszcze koreański Zombie Express był żywiołowym, choć mocno schematycznym widowiskiem dla wybranych (i nie chodzi mi tu wcale o fanów żywych trupów, lecz widzów, którym udało się zobaczyć film w kinach – musiał on mieć niewiele kopii, skoro nawet w Warszawie seanse były wręcz przypadkowe), o tyle następne premiery wołały o pomstę do nieba. Resident Evil: ostatni rozdział trudno nazwać inaczej niż głośnym, nieskładnym i pędzącym na złamanie karku, a mimo to niesamowicie nudnym, gniotem, w którym nawet Milla Jovovich wygląda na zmęczoną. Niewiele lepszą kontynuacją był Rings – nawiedzona kaseta video zostaje przerobiona na plik cyfrowy, co przekłada się na jeszcze większą liczbę ofiar. Są tu ciekawe pomysły, ale zmierzają donikąd, na dodatek w iście żółwim tempie. Brytyjska Baba Jaga dobrze się zaczyna, sugerując miejską legendę w duchu Candymana, zbyt szybko jednak poddaje się budżetowym ograniczeniom, które zamykają główne bohaterki w dużym domu. Reżyser Caradog W. James (The Machine) nie potrafi ani budować napięcia, ani straszyć nawet najprostszymi środkami, dodatkowo starając się zaskoczyć widza bardzo topornym twistem w finale. Na plus należy zaliczyć udane zdjęcia, ciekawą muzykę elektroniczną oraz dobre role Katee Sackhoff i Lucy Boynton.

Jednym z niewielu tytułów, jakie przegapiłem na dużym ekranie, była Ostatnia klątwa Simona Rumleya, mająca premierę w kwietniu, dotycząca skazanego na karę śmierci chłopaka, który poprzysiągł zemstę na ludziach, którzy go niesłusznie skazali. Zaległość, którą z pewnością nadrobię, a na ten moment posilę się cytatem z recenzji Radosława Pisuli: „To prosta historia zemsty zza grobu, odbita od zajechanej do granic możliwości kalki, idąca jak po sznurku. Nic tutaj nie zaskakuje (…) Nie pomaga też zupełnie przezroczysta reżyseria – brak autorskiego pazura, próby dodania czegoś od siebie do nadal płodnego gatunku”.

Lekarstwo na życie

Najciekawszym z tych nieudanych horrorów początku roku było Lekarstwo na życie Gore Verbinskiego, film zawieszony pomiędzy ambicją i perfekcją realizacyjną Lśnienia Stanleya Kubricka, a kiczem (i oczywistymi zapożyczeniami fabularnymi) Barona krwi Maria Bavy. Są tu sceny wspaniałe, okropne oraz niepokojące, a i trudno wskazać inny równie imponująco wyglądający horror ostatnich lat. Ale jednocześnie jest to dzieło uginające się pod ciężarem własnych aspiracji, a w rzeczywistości puste, niemiłosiernie długie, które ostatecznie nietrudno nazwać dziwadłem. Kiedyś dam mu drugą szansę, ale na ten moment jest to jedno z większych rozczarowań roku.

POST HORROR

Post horror - termin, ukuty przez Steve’a Rose’a, odnosi się do niedawnych niezależnych produkcji, odważniejszych w wyborze tematów i środków niż horrory wielkich wytwórni.

Nie jestem również fanem Zła we mnie Oza Perkinsa, choć konsekwencja, z jaką reżyser kreuje ponurą atmosferę, faktycznie skupiając się na bezkompromisowym ukazaniu zła, niespecjalnie zainteresowany szukaniem źródła tegoż, jest godna podziwu. Konkluzja poraża, sceny przemocy, choć nieliczne, skutecznie atakują widza nieprzyzwyczajonego do surowości przekazu, ale seans po jakimś czasie nuży swą jednostajnością i pretensjonalnością. Zło u Perkinsa nie jest atrakcyjne, ani żywe; to nie znaczy jednak, że i film ma być martwy.

Zło we mnie

Przy okazji tego tytułu warto poruszyć kwestię tzw. post horroru, który to termin, ukuty przez Steve’a Rose’a, dziennikarza „The Guardian”, odnosi się do niedawnych niezależnych produkcji, często jedynie z pogranicza kina grozy, odważniejszych w wyborze tematów i środków niż horrory wielkich wytwórni. W swoim artykule Rose nie jest zbyt przekonujący, wyraźnie patrząc na gatunek z góry, co widoczne jest już w samej konstrukcji wymyślonego pojęcia, dostrzegając rewolucję głównie przez pryzmat zaangażowania małego studia A24 Films w produkcję wymienionych przez siebie filmów (Czarownica, To przychodzi po zmroku, A Ghost Story) oraz ich niełatwej relacji z widzami, którzy spodziewali się taśmowego straszaka, a wychodzili z kina rozczarowani.

Ostatnio dodane