Gry

FAR CRY – Filmowe gry komputerowe

Autor: Damian Halik
opublikowano

Tragedia z hitem zespołu Toto w tle

Czy mówiłem ci już, jak brzmi definicja szaleństwa?

Cztery lata później (w roku 2008), już z rąk Ubisoftu, otrzymaliśmy świetnie przyjęty Far Cry 2 – który moim skromnym zdaniem jest nie tylko najlepszą z odsłon całej serii, ale i jedną z lepszych gier w historii. Ponownie wcielamy się w rolę komandosa, tym razem jesteśmy jednak najemnikiem (mamy nawet możliwość, by wybrać jedną z dostępnych tożsamości), który trafia w sam środek afrykańskiego piekiełka rodem z Krwawego diamentu Edwarda Zwicka. Małe, bliżej nieokreślone państwo przeżera wewnętrzna wojna o diamenty, a nieradzący sobie z sytuacją rząd w końcu kapituluje. Jego miejsce zajmują zaś dwa ugrupowania, walczące między sobą o wpływy. Nie muszę chyba wspominać, że ich wzajemne relacje przypominają raczej konflikt Tutsi i Hutu, świetnie zobrazowany przez Terry’ego George’a w Hotelu Ruanda, niż polityczne podchody z cywilizowanego świata. Uczestniczymy więc w swoistym thrillerze politycznym, jakże realistycznym z punktu widzenia historii Afryki.

Wielowarstwowa historia, o której dalszym przebiegu w kilku momentach decydował sam gracz, oraz piękne widoki i otwarty świat to za mało, by w 2008 roku walczyć o gracza. Ubisoft zdecydował się więc na krok ryzykowny, dając nam coś, czego dawno nie było. W grze mogliśmy liczyć przede wszystkim na siebie. Ułatwiająca rozgrywkę mapka – bez której współczesny gracz obyć się nie może – została zastąpiona przez znacznie bardziej życiową nawigację. Wpływ wszechobecnego pyłu i naszych wybryków odczuwała także broń, która po dłuższej eksploatacji lubiła się zaciąć – często i tak była nam zbędna, gdyż dostęp do amunicji był mocno ograniczony. Nie wspominając już o potrzebie snu oraz malarii, której objawy trapiły naszego głównego bohatera, przez co zmuszony był wykonywać groźne zadania w zamian za leki. Niesamowicie klimatyczną fabułę Far Cry 2 wieńczył iście filmowy finał, zostawiając graczy z moralniakiem i pobudzając ich oczekiwania co do kolejnej części, ta jednak… jest już znacznie bardziej ubisoftowa.

Tak się kończą szalone zabawy…

Zakończony sukcesem eksperyment, jakim bez wątpienia był Far Cry 2, wcale nie oznaczał, że francuski potentat gamingowy znów zaryzykuje. Po raz kolejny postanowiono zmienić kierunek rozwoju marki, tym razem obierając znacznie bezpieczniejsze rozwiązania. Wydany cztery lata później Far Cry 3 przyjęto z olbrzymim entuzjazmem. Historia Jasona Brody’ego i jego przyjaciół – tragiczna, lecz o wiele lżejsza do strawienia, niż wydarzenia z drugiej części – przyciągnęła przed ekrany konsol i komputerów kilkanaście milionów graczy.

Ponownie wracamy w rozległe rejony gdzieś między Oceanem Indyjskim a Pacyfikiem. Choć trudno jest uwierzyć, że grupa małolatów, która podczas skoków ze spadochronem przypadkowo trafia na należącą do przemytników wyspę, ma jakiekolwiek szanse na przeżycie, gra zapewnia niezłą frajdę. Co prawda włączenie się „trybu Rambo” u chłopaka, który chwilę wcześniej nie był w stanie poradzić sobie nawet z trudnymi relacjami między nim a jego dziewczyną, jest mało prawdopodobną reakcją na stres, jednak nasz Jason staje się prawdziwą maszyną do zabijania. Ale w końcu to gra, po co komu nadmierny realizm?

Tytuł zrealizowano z rozmachem, którego nie powstydziłaby się niejedna produkcja filmowa. Znacznie rozwinięta od czasów poprzednich dwóch części grafika komputerowa pozwoliła na ukazanie rajskiej wyspy w sposób bardzo realistyczny, klimatyczną muzykę skomponował Brian Tyler (produkcje MCU, ostatnie części Szybkich i wściekłych), jednak prawdziwą gwiazdą był tu Michael Mando (ElizjumBetter Call Saul), wcielający się w Vaasa Montenegro. Zakapior, którego gracz z czasem zaczyna szczerze nienawidzić, budzi jednocześnie pewną fascynację. Zaczyna się bowiem zdawać, że w jego szaleństwie tkwi metoda.

Całość uzupełniają znane fanom serii Assassin’s Creed „znajdźki” oraz spora dawka motywów przygodowych, których nie powstydziliby się twórcy Uncharted czy Tomb Raidera. Dodajmy do tego narkotyczne tripy i mamy przepis na sukces. Przepis, który niestety postanowiono powielić.

Ostatnio dodane