Publicystyka filmowa
Filmy SCIENCE FICTION z XXI wieku, które staną się KLASYKAMI
10 współczesnych filmów SF, które na stałe zapiszą się w historii gatunku. Który z nich najmilej wspominacie?
„Tempus fugit, aeternitas manet” – jak głosi łacińska maksyma, czas ucieka, ale wieczność pozostaje. Tylko nieliczne twory kultury mają szansę trwale zapisać się w świadomości odbiorców; tylko nieliczne zdołają zachować nieśmiertelność. Kryterium stanowi wyjątkowość. Wśród reprezentantów filmowego gatunku science fiction, gatunku, dodajmy, nie raz mierzącego się z tematem upływu czasu, sporo jest przedstawicieli, którzy, za sprawą owej wyjątkowości, zdołają przetrwać próbę czasu. Wejść do gwiazdozbioru, zapisać się w wieczności. Oto przykłady filmów SF z XXI wieku, które będą kiedyś klasykami.
Ludzkie dzieci

Ludzkie dzieci autorstwa Alfonsa Cuaróna to film, którym nie bez powodu otwieram to zestawienie. Pod każdym bowiem względem i każdym swoim elementem ta produkcja wpisuje się w jego założenia. Ludzkie dzieci to jeden z najważniejszych i najlepszych filmów SF XXI wieku. Jestem przekonany, że gdybyśmy przyrównali go do przedstawicieli gatunku wcześniejszych dekad, film także znalazłby się w czołówce.
Wyjątkowość filmu to suma znakomitej realizacji oraz dystopijnej tematyki. Świat umiera, przestaliśmy się już reprodukować, a Clive Owen z typowym dla siebie smutkiem na twarzy walczy o życie ostatniej ciężarnej kobiety. Niby mało, ale emocji w tej historii jest tyle, że ogląda się ją na krawędzi fotela, przeżywając każdą sekundę. Żywiołowe, realistyczne zdjęcia tylko potęgują ten efekt. Alfonso Cuarón to z pewnością jeden z ważniejszych reżyserów SF XXI wieku, ponieważ dał światu w tym okresie także nie mniej wyjątkową Grawitację.
2046

Widziałem ten film tylko raz, krótko po jego premierze. Ale do teraz nie zdołałem wyprzeć go ze swej pamięci. Być może niewiele jest w nim wiarygodnego antycypowania przyszłości ze strony Wong Kar-Waia. Żaden to wizjonerski twór, dowiadujemy się tu niewiele nowego o przyszłości zasugerowanej w tytule (będącym tak po prawdzie numerem hotelowego pokoju). Ale nie w tym rzecz, nie tędy droga. 2046 to twór z kategorii widowisk sensualnych, stawiających nacisk na budowanie atmosfery poprzez kolorystyczne zdjęcia, inteligentną muzykę i figlarne zespolenia kochających się ciał, kosztem położenia mniejszego nacisku na rozbudowywanie niuansów fabularnych.
Pod wieloma względami jest to rozszerzenie idei zapoczątkowanej we wcześniejszych o kilka lat Spragnionych miłości tego samego reżysera. Tu romans został podszyty po prostu futurystyczną atmosferą. Trudno temu filmowi będzie stanowienie gatunkowego wzoru, ale jest to film tak mocno naznaczony artystyczną, oryginalną wizją, że powinien stanowić przykład tego, w jaki sposób tworzyć SF, by nie stało się jednowymiarowe.
Dystrykt 9
„Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” – powiedział kiedyś ksiądz Jan Twardowski, podkreślając upływ czasu. W przypadku twórczości Neila Blomkampa można sparafrazować to stwierdzenie, pisząc „spieszmy się kochać reżyserów, tak szybko przestają tworzyć wyjątkowe filmy”. Coś się z Blomkampem stało tuż po tym, gdy dał światu Dystrykt 9. Choć podobał mi się jeszcze Chappie, to jednak jego reżyser już nigdy nie podskoczył do poprzeczki, którą ustawił sobie przy realizacji swego, jakby nie patrzeć, opus magnum.
Może źle zrobiono, tamując mu drogę do realizacji kolejnego Obcego? Bo taki Dystrykt 9 to film SF, który śmiało można nazwać już klasykiem. Kapitalna realizacja, z efektami specjalnymi na czele, oraz równie oryginalna tematyka, w której konflikt ludzi z kosmitami posłużył do nakreślenia metafory społecznych podziałów. Ja to kupiłem, świat to kupił, wszyscy się filmem zachwycili, dziś stanowi on idealny przykład zamienienia w czyn bardzo dobrego, nośnego pomysłu wyjściowego mającego ważne przesłanie.
V jak Vendetta

To zapewne bardzo zaskakujące (także dla mnie), ale jeden z moich ulubionych duetów twórców SF, rodzeństwo Wachowski, w XXI wieku nie zapisze się w pamięci żadnym wyreżyserowanym przez siebie filmem, żadnym sequelem Matrixa, ale za to filmem, do którego duet ten stworzył scenariusz. V jak Vendetta to film, który nie jest idealny, ale to zestawienie nie jest poświęcone filmom idealnym, tylko tym, które będą na nas oddziaływać jeszcze przez długie lata.
Za sprawą sposobu, w jaki V jak Vendetta podjęła temat konfrontacji z totalitarnymi rządami, jest to film, który wypracował dla siebie stałe miejsce w popkulturze. Duża zasługa w tym intrygującej postaci V i różnych innych plastycznych urozmaiceń tej historii. Najwyraźniej aktorskie poświęcenie wyrażone zgoleniem przez Natalie Portman głowy na łyso się opłaciło – ta rola także zostanie zapamiętana. Bierzmy pod uwagę jednak rzecz najistotniejszą, że siła tego scenariusza związana jest z tym, iż z biegiem czasu jest on, o zgrozo, coraz bardziej możliwy do zaistnienia w rzeczywistości.
Incepcja

Przyjąłem zasadę, że nawet jeśli dany twórca miał w XXI wieku wiele do zaoferowania w gatunku SF, to jednak nałożyłem sobie rygor i wytypowałem tylko jeden jego film. Tak jest też w przypadku Christophera Nolana. Do zestawienia nadaje się Prestiż i przede wszystkim Interstellar, ale mam wrażenie, że oba te tytuły przegrywają z Incepcją w dziedzinie, która w nomenklaturze graczy brzmi „grywalność”, a w przełożeniu na film znaczy po prostu „oglądalność”.
Incepcja to po prostu doskonałe widowisko SF, wolne od potknięć, zdolne do angażowania i trafiania do serc szerokiego grona odbiorców. Koncept, według którego grupka agentów wchodzi do snów po to, by zakorzenić, zaaplikować daną myśl osobowemu celowi, jest tak genialny, że nie trzeba dodatkowej zachęty, by go kupić. Nie jest oryginalny, bo coś podobnego widzieliśmy już w anime Paprika, ale jest za to bardzo przystępnie zaprezentowany, intrygujący od samego początku do samego końca dzięki użyciu wszystkich nolanowskich trików realizacyjnych, na czele z fabułą skrywającą wiele tajemnic i twistów.
Warto też zwrócić uwagę, że tak jak Incepcja nie powstałaby bez pierwszego Matrixa, tak czwarty Matrix wyraźnie czerpał już z Incepcji – tym samym wąż ponownie zjadł swój ogon.
Droga

Jeśli spojrzymy na kino postapokaliptyczne jako podgatunek SF, to z pewnością wielu z nas bardzo mile wspomni seans czwartego Mad Maxa. Według mnie jednak film ten nie będzie klasykiem, gdyż jest on odtwórczy względem poprzednich części serii. Jednym z najważniejszych, najciekawszych filmów ukazujących świat po katastrofie, stanowiący niejako filmowy wzór podejścia do tej tematyki, jest Droga. Film z Vigo „Aragornem” Mortensenem w roli głównej oparty został na książce Cormaca McCarthy’ego, co, jak wiemy, wpłynęło na jego wyjątkowo posępny klimat.
Mało tu nadziei, zaprezentowany w filmie świat jest brutalny i bezwzględny, chyli się ku upadkowi. Widz śledzi losy ojca i syna przemierzających postapokaliptyczną scenerię, mierzących się z wieloma niebezpieczeństwami. Prosta, wręcz klasyczna i w dodatku dogłębnie poruszająca jest ta historia, trudno wyprzeć ją z pamięci, zakorzenia się trwale już po pierwszym seansie.
Marsjanin

Ridley Scott, jeden z najważniejszych twórców science fiction w historii kina, nie miał dobrej prasy w XXI wieku. Choć kombinował jak mógł, samodzielnie tworząc filmy SF lub partycypując w ich tworzeniu, zwykle efekt jego pracy był krytykowany. Dość powiedzieć, że ponowne wejście do świata Obcego, które zaowocowało Prometeuszem i Przymierzem, w sposób wyraźny wywołało skrajne emocje i podziały wśród fanów.
O wiele lepiej Scott poradził sobie ze scenariuszem oryginalnym. To właśnie skromny i nieco już zapomniany Marsjanin może trwale zapisać się w kanonie SF. A to dlatego, że stanie się wkrótce jednym z najbardziej inspirujących filmów opowiadających o kosmicznej podróży, która prędzej czy później w końcu w historii ludzkości zaistnieje. Zdobyliśmy już Księżyc, i to wiele lat temu, teraz zatem przyszedł czas na kolejny krok w eksploracji kosmosu. Mars wciąż wydaje się fantazją, ale przecież już odbywają się pierwsze przymiarki do takiej wyprawy. Marsjanin będzie filmem, do którego będziemy jeszcze po wielokroć wracać z racji tego, jak realistycznie zaprezentował odwieczne marzenie o podboju Czerwonej Planety.
28 dni później

Mam wrażenie, że ten film wiele zmienił w dziedzinie tzw. filmów o zombie (choć w tym wypadku mowa raczej o osobach zainfekowanych, a nie umarłych). Przede wszystkim znacząco zdynamizował rywalizację z tymi stworami, zmieniając ich charakter, czyniąc je szybszymi, bardziej zajadłymi. Bez 28 dni później pewnie nie byłoby nowego Świtu żywych trupów Zacka Snydera, nie byłoby pewnie też World War Z, kto wie, może nie byłoby też serialu The Walking Dead.
Mnie jednak najbardziej zaintrygował świat przedstawiony przez Danny’ego Boyle’a, który bardzo mocno łączy się ze stylistyką postapokaliptyczną. Nie zapomnę nigdy sceny otwierającej, w której bohater Cilliana Murphy’ego przemierza opuszczone miasto. Ta dojmująca cisza do dziś pobrzmiewa w moich uszach. Szkoda, że jednak nie zdecydowano się rozszerzyć tego projektu do rozmiaru trylogii i nie zrealizowano trzeciej odsłony.
Zakochany bez pamięci

Raz, że to bardzo oryginalny film. Odświeżający wyświechtaną formułę filmu miłosnego. Wszystko tu właściwie zostało postawione na głowie, zgodnie z zasadą twórczości Charliego Kaufmana. Niby film o miłości, a jest depresyjnie, niby główny bohater jest zakochany, ale tak naprawdę zależy mu na tym, by o obiekcie swym westchnień trwale zapomnieć. Scenariusz to przykład utworu, który zaskakuje odważnymi, nietuzinkowymi rozwiązaniami.
I dlatego właśnie wspomnienie Zakochanego bez pamięci wciąż do nas wraca. A dwa, że ten film jest też kapitalnie zagrany. Jim Carrey po raz kolejny po Truman Show udowadnia, że jeśli chce, to potrafi stworzyć dobrą, wiarygodną kreację dramatyczną. To też kolejny dowód na to, że w kinie science fiction czasem opłaca się zaryzykować.
Tekst pierwotnie opublikowany w 2022 roku.

Odyn
11 grudnia, 2025 at 15:35
Żywiołowe, realistyczne zdjęcia? Dobry scenariusz, ale wyglądało to niewiarygodnie i tanio (te plastikowe spojlery na samochodach to poziom telewizyjnej szmiry). Naprawdę nie wiadomo, na co poszedł ten cały budżet – może na honorarium Owena.
F1nlandia
12 grudnia, 2025 at 00:07
Co mi sie mega podobalo w Drodze, to to ze tam jak bohaterowie sie schowali to naprawde goniacy stracili trop!!! I konniec. Nie jak w innych filmach. Gdzie mozesz sie schowac w 100 miejscach a i tak cie znajda!!!
Kapral Dwayne Hicks
12 grudnia, 2025 at 10:13
Z większością się zgadzam, choć BR2049 moim zdaniem też stanie się klasykiem jak jego wielki poprzednik. „Ludzkie Dzieci” mogłyby mieć lepsze zakończenie, nienawidzę nierozwiązanych kwestii, a chciałem wiedzieć czy udało się rozwiązać problem bezpłodności czy nie. Ale Droga, serio?? Twórcy zamordowali większość ludzkości (do tego rośliny i zwierzęta) a film nie wyjaśnia co się właściwie stało. A z pozostałych ludzi zrobiono bandytów i kanibali. Moim zdaniem nawet filmy post-apo powinny DAWAĆ NADZIEJĘ że będzie lepiej, że działania bohaterów sprawią że świat zacznie zmierzać ku lepszemu (jak scena w Sydney pod koniec Mad Maxa 3). Tymczasem Droga to ponure gówno, tylko Aragorna żal.
Zdzich
12 grudnia, 2025 at 10:16
a gdzie Prometeusz i Przymierze? Pan Odys się obrazi.
tylda
12 grudnia, 2025 at 11:39
Nie sądzę. Z wymienionych klasykiem może (?) stanie się Dystrykt 9, prawdopodobnie Incepcja, 28 dni później już jest poniekąd klasykiem. Reszta to jedynie poprawne produkcje, część słaba, część niestrawna. Nie bez powodu zostały zapomniane/odsunięte. Absolutnym klasykiem XXI w. będzie/jest Avatar. Zobaczymy 🙂