publicystyka filmowa

Filmy, które POWINIENEŚ obejrzeć, jeśli jesteś fanem STAR WARS

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Jako dozgonny fan Gwiezdnych wojen przy każdej nadarzającej się okazji będę powtarzał, że Disney zniszczył wiekopomne dzieło George’a Lucasa. Chłam, jakim jest zakończenie sagi w postaci Skywalkera: Odrodzenia pozostawia na długo w głowie kompletne niezrozumienie i ciągle dźwięczące pytania: dlaczego nie wykorzystano takiego potencjału? Dlaczego już na samym początku filmu opowiedziano jego zakończenie? Dlaczego w ogóle nakręcono taką szmirę? Dla fanów „starej” sagi zestawione poniżej produkcje mogą być więc odskocznią od disnejowskiej tragedii, bo zapewne znają oni mitologiczne źródła Jedi i Sithów. Dla widzów dopiero wchodzących w ten świat owe tytuły plus trochę literatury pozwolą zrozumieć, jak w głowie Lucasa w ogóle zrodził się pomysł na jedną z najbardziej znanych w popkulturze opowieści łączącej western, romans i science fiction. Dla mnie odkrywanie motywów, które stoją za Star Wars, było czasem naprawdę zaskakujące, a ich współczesne interpretacje nieraz dosłownie przyprawiają mnie o ból głowy i zażenowanie.

Darth Vader i Imperator mają coś z Żołnierzy Wyklętych, a rycerze Jedi (SB) realizują spisek na ich życie ku uciesze Yody, który tak naprawdę jest Żydem.

Chodzi mi tu głównie o próby całościowo subwersywnej interpretacji Lucasowskich mitów, inaczej zwane za Umberto Eco „partyzantką semiologiczną”. Oczywiście teoria dotyczy wszelkiego dzieła artystycznego, a nie tylko Gwiezdnych wojen, natomiast, co widać w dzisiejszej kulturze, zaczyna być popularna, a raczej nieświadomie stosowana jako model zachowania interpretatorów rekrutujących się z grona do tej pory trzymających się raczej z dala od popkulturowej działalności liberalnych artystów. Głębiej zainteresowanym tematem polecam książkę Umberta Eco pt. Semiologia życia codziennego, wydaną w połowie lat 90. przez Czytelnika. Warto tę pozycję znać, żeby poszerzyć swoją świadomość w zakresie wpływu interpretacji na ocenę dyskutowanego dzieła.

Umberto Eco

Metoda jest stara, chociaż w teorii semiotyki opisana niedawno. Nagminnie używali jej cenzorzy w Polsce za czasów PRL, architekci stalinowskich represji i mordów w postaci Ławrientija Berii, co bardziej znani i obeznani w erystyce filozoficznej inkwizytorzy jak np. Robert Bellarmin, a także mistrzowie propagandy w typie Josepha Goebbelsa. Co jednak ciekawe, teoria Umberto Eco stawia wyraźne granice subiektywizmowi. To znaczy można uprawiać „partyzantkę semiologiczną” i oszukiwać wszystkich dookoła, ale z czasem stanie się to widoczne. Nie każdy da się zwieść. Interpretacja dzieła nie jest bezgranicznie subiektywna. W przypadku Gwiezdnych wojen nie można racjonalnie zatem wymyślać kosmicznych teorii na ich temat, bo zawsze jest gdzieś ta warstwa obiektywnej wartości lub bezwartościowości dzieła. Zbyt odjechane interpretacje mogą dokonać kłamliwej subwersji, jak np. wnioski posła Grzegorza Brauna, w których Darth Vader i Imperator mają coś z Żołnierzy Wyklętych, a rycerze Jedi (SB) realizują spisek na ich życie ku uciesze Yody, który tak naprawdę jest Żydem. To wszystko oczywiście wbrew Bogu (Mocy, szmocy itp.), który potrafi zapładniać zamężne kobiety za pomocą midichlorianów. Ot, kwintesencja semiotycznych podchodów realizowanych na prawicy, która chce być za wszelką cenę gitowa, cool i fancy, by przyciągnąć do siebie młodych.

Podobnie subwersywne przesunięcie znaczenia wystąpiło u niektórych grup czytających Harry’ego Pottera, a raczej słuchających tych, co go podobno przeczytali i z zacięciem godnym inkwizycji krytykują. Hello Kitty również się dostało, podobnie jak Teletubisiom czy reniferowi Nico na łamach „Frondy” od Tomasza Terlikowskiego. To wszystko oczywiście nie świadczy o tym, że po przeciwnej stronie barykady leśni chłopcy nie eksperymentują ze znaczeniem. Taki np. Slavoj Žižek, gdy bierze „na warsztat” sagę George’a Lucasa, wymyśla ciekawe historie, jednak on ma świadomość semiotyczego przesunięcia znaczenia i trzyma się jednak racjonalnie sprawdzalnych granic. A Braun, Terlikowski i np. taki Oko? Ten pierwszy jako polonista powinien przynajmniej znać prace Umberto Eco o wykorzystaniu semiotyki w kulturze. Cóż to za specjalista od języka, który nie zna teorii jednego z największych nowożytnych semiologów i mediewistów? Skąd więc te moje wątpliwości? Pewnie przez te midichloriany krążące w płynie mózgowo-rdzeniowym posła.

Jak widać, ten podział na „lewe” i „prawe” interpretacje wyraźnie mówi, że takie dzieło jak Gwiezdne wojny warto i powinno się analizować, żeby wykorzystać je ideologicznie. Nieważne, ile przy tym powstanie wyssanych z palca teorii. Sława Zakonu Jedi okazuje się tak wielka, że każda z funkcjonujących w obrębie naszej kultury ideologii czuje się w obowiązku zinterpretować ją na swój sposób. Nawet jeśli pewne środowiska będą negować sagę Lucasa jako „wielką narrację” ponadczasowo oddziałującą na świadomość kolejnych pokoleń, to i tak będzie to oznaczało, że odniosła ona sukces.

Imperium jest odpowiednikiem Stanów Zjednoczonych z lat 50. i 60., a więc mocarstwem przypominającym ZSRR, któremu daleko do przestrzegania praw człowieka.

Dlaczego to wszystko o semiologii Star Wars, zwłaszcza tej prawicowej, napisałem? Po pierwsze dlatego, że to dla mnie nowe odkrycie. Nie sądziłem, że i moje ukochane Gwiezdne wojny podzielą los Diabłów Kena Russella, Kodu Da Vinci Rona Howarda czy też Dogmy Kevina Smitha. Po drugie fani Gwiezdnych wojen powinni mieć świadomość, co ideologizowanie w imię absolutnych doktrynalnie zasad może zrobić z ludzką rozrywką jako taką. Tak naprawdę gdyby dopuścić owe krytyczne narracje do głosu i dodatkowo uzasadnić je prawnie, nasz świat zamieniłby się w najbardziej totalne państwo, o jakim pisali np. Orwell, Vonnegut, Locke, Popper i Mill. Sztuka zostałaby zakazana, o ile nie pełniłaby zadań ideowych, a wszelka niejednomyślność zostałaby spenalizowana. Niebezpieczeństwo tyczy się również lewej strony – wszystkich skrajnych semiotyk. Bo zarówno lewa, jak i wyjątkowo odleciana w swoich twierdzeniach prawa strona interpretatorów powinny uważać z narzucaniem Gwiezdnym wojnom nowej semantyki w myśl partykularnych interesów bazujących na potrzebie usilnej weryfikacji wzorców światopoglądowych, w które się wierzy. Lepiej ufać Popperowskiej teorii falsyfikacji, niż na siłę szukać dowodów na swoje mokre sny.

Francis Ford Coppola i George Lucas

Jako jeden z fanów sagi Lucasa, który nie poprzestał na samych filmach, ale sięgnął do obszernej literatury przedmiotu swojego zainteresowania, wiem, że motywy wymyślenia Gwiezdnych wojen były tak przyziemne jak potrzeba zjedzenia obiadu, która codziennie rodzi się w podwzgórzu pana Grzegorza Brauna. Gdyby nie zachowanie Francisa Forda Coppoli, wieloletniego przyjaciela George’a Lucasa, Lucas najprawdopodobniej zająłby się na poważnie pisaniem Czasu apokalipsy. Coppola, jak zawsze z wężem w kieszeni, nie chciał oddać części swoich udziałów do tytułu Columbii. Firma producencka musiałaby je zabrać Lucasowi, na co ten nie wyraził zgody. Oddał więc Czas apokalipsy w całości Coppoli. Pozostając jednak wciąż pod wpływem tematyki wietnamskiej, wykorzystał wszelkie motywy fantasy i science fiction, jakie znał, i wymyślił Star Wars, które są opowieścią z wieloma indochińskimi nawiązaniami. Lucas wcale nie ukrywał, że we wczesnej wersji scenariusza Imperium było Stanami Zjednoczonymi z lat 50. i 60., mocarstwem przypominającym ZSRR, któremu daleko do przestrzegania praw człowieka, a tym bardziej potrzeb mniejszości, zaś Wietnam Północny reprezentowała wycięta w późniejszych wersjach planeta Aquilae, gdzie urodziła się księżniczka Leia. Aquilae jest więc protoplastką planety Alderaan, gdzie Leia spędziła dzieciństwo pod opieką Brehy i Baila Organów.

Co do motywów powstania Star Wars, warto jeszcze dodać, że w owym czasie Lucas miał sporo długów. Postprodukowane Amerykańskie graffiti było jeszcze wielką niewiadomą, jeśli chodzi o zyski, a reżyser musiał się wywiązać z umowy na dwa filmy z Universalem. Napisanie Gwiezdnych wojen było zatem biznesową koniecznością. Nie było to proste. George Lucas z wielkim trudem oddawał kolejne wersje historii. Z początku brnął przez wymyślanie i kręcenie kosmicznej opery bez głębszej motywacji, aż w końcu zrozumiał, że kręci przede wszystkim, by zaspokoić swoją dziecięcą naturę oraz dać światu alternatywę, chociażby fikcyjną. Sam mówił: „Dotarło do mnie, że istnieje inny wymiar, nawet ważniejszy – marzenia i fantazje – to, by pozwolić dzieciom uwierzyć, że istnieje coś innego niż rynsztok i zabijanie, kradzież kołpaków samochodowych i tak dalej – że można też usiąść i pomarzyć o dalekich stronach i dziwacznych potworach. Kiedy zacząłem pracę nad Gwiezdnymi wojnami, wyraźnie zobaczyłem, że to straciliśmy – całe nasze pokolenie wyrosło bez bajek. Bajek po prostu już nie ma, a przecież bajka to najlepsza rzecz pod słońcem – przygody w odległych stronach. To zabawa”.

Ostatnio dodane