search
REKLAMA
Zestawienie

FATALNE filmy SCIENCE FICTION, które RATUJE jedna dobra scena

Lista filmów science fiction, w których udała się jedna scena.

Jakub Piwoński

30 lipca 2022

REKLAMA

Są filmy SF, które są tak złe, że nie da się z nich wycisnąć niczego dobrego. Ale są też takie, które albo oparte są na dobrym pomyśle, którego potencjał został zaprzepaszczony, albo po prostu zawierają w sobie jedną scenę, która odwraca negatywne wrażenie o filmie. Oto lista kilku filmów science fiction, w których nie wszystko poszło tak, jak pójść powinno, ale udało się nakręcić jedną dobrą scenę, która śmiało może stanowić wizytówkę projektu.

Vanilla Sky

Film Camerona Crowe’a z 2001 roku to na pewno przykład kina intrygującego. Ale tak jak wciąga nas sposobem opowiadania i nieco oniryczną formułą, tak przy końcu seansu zostawia nas z uczuciem rozczarowania. Crowe to nie Lynch, powiedzmy to wprost. Vanilla Sky to film przekombinowany, mało transparentny, przesadnie zagmatwany, przez co dobre role Toma Cruise’a i partnerujących mu Cameron Diaz i Penelope Cruz poszły w piach. Natomiast lubię sobie ten film wspominać, uważam, że jego senny, niepokojący klimat był ujmujący. Scena w Vanilla Sky, która nie może wyjść z mojej głowy, to ta, w której Tom Cruise biegnie przez opustoszały Nowy Jork. Wiele filmów postapokaliptycznych chciałoby wypracować choć taki procent atmosfery samotności i wynikającego z niej lęku, jaki udało się oddać w tej krótkiej scenie.

Obcy kontra Predator

Czekam kiedy w końcu Hollywood obudzi się i stworzy remake tego filmu. Wizja Paula W.S. Andersona z 2004 roku niestety nie należy do w pełni udanych, mówiąc delikatnie. Mniej wymagający fani legendarnych, kosmicznych kreatur byli usatysfakcjonowani tą konfrontacją, inni, w tym fani gier komputerowych, psioczyli, że potencjał na dobrą jatkę został zaprzepaszczony. Generalnie staję po stronie tych drugich, choć na Obcego kontra Predatora lubię patrzeć przez pryzmat jednej dobrej sceny, która jednocześnie wskazuje, w jakim kierunku winno iść to widowisko, a ostatecznie tego nie zrobiło. Mam oczywiście na myśli słynną scenę bijatyki tytułowych postaci. Moment, w którym Predator chwyta Obcego za ogon, obija o ściany i rzuca niczym szmatę, jest dla mnie kwintesencją potrzeb, jakie rodziły się w nas, widzach, gdy oglądaliśmy serię o Obcym. Wynik tej walki jest zaskakujący, co jest jej dodatkowym atutem. Sęk w tym, że mniej więcej taki właśnie polot powinien zostać oddany w reszcie filmu, takich scen powinno być więcej.

Terminator 3

Seria filmów o Terminatorze to dla mnie jedna z dziwniejszych serii SF w historii. Potencjał na jej kontynuowanie umarł bezpowrotnie po tym, gdy James Cameron postanowił zatopić T-800 w lawie. Wszystko, co nastąpiło po tym momencie, to przykre dla oka odcinanie kuponów od wielkiej legendy SF. Terminatora 3 trudno mi uznać za jednoznacznie zły film, ponieważ raz, że posiada on Arnolda Schwarzeneggera w momencie, gdy jeszcze mu się chciało i gdy jeszcze dobrze wyglądał. Dwa, ten film ma po prostu dobrą moc, bijącą z kilku scen. Jedną z nich wprost uwielbiam i nie raz miewałem momenty, gdy odpalałem film tylko w celu jej przypomnienia. Mam na myśli cały ten ciężarówkowy pościg, będący mocnym wyolbrzymieniem ciężarówkowych scen z T2. W rzeczonej scenie wiele się dzieje, bo w użytku jest dźwig, który podczas jazdy haczy o wszystko, co się da. Ponoć Arni dołożył ze swojej gaży, by ta scena mogła wyglądać tak, jak ostatecznie wygląda. Szacunek dla reżysera, Jonathana Mostowa, za jej finalne domknięcie. Robi wrażenie do dziś.

Doom

Na swój sposób da się film Doom zakwalifikować do grzesznej rozkoszy. To „dzieło” jest przecież tak jawnie kiczowate, że byłbym w stanie się założyć, że celem twórców było właśnie uderzenie w tego rodzaju ton. Kręcić adaptację gry komputerowej Doom, zachowując przy tym powagę, byłoby trudno w przypadku, gdy sama gra tej powagi jest pozbawiona. Natomiast film z Karlem Urbanem i Dwayne’em Johnsonem, ma jeden zaskakujący moment, który stanowi jawne puszczenie oka do fanów komputerowego pierwowzoru. Mam oczywiście na myśli scenę, gdy na chwilę widzimy akcję z perspektywy pierwszej osoby przy akompaniamencie mocnej muzyki i dźwięku strzałów. Widząc to na ekranie pierwszy raz, niemalże zakrztusiłem się piwem, będąc uradowany wprowadzeniem tak jawnie nawiązującego do stylistyki gry efektu. Być może trzeba by się dziś zastanowić, czy Doom nie zasługuje na ponowną adaptację. Warto też zadać sobie pytanie, czy nakręcenie go w całości z perspektywy pierwszej osoby (jak w pamiętnym Hardcore Henry) nie byłoby dobrym posunięciem.

Zapowiedź

Film z Nicolasem Cage’em w roli głównej to marna próba wcielenia w życie intrygującego pomysłu na kino katastroficzne. Bo nie da się ukryć, coś w tym koncepcie jest, że zdołał nas wciągnąć. Jakieś dziecko zapowiada nadchodzące katastrofy, niewinnie sobie rysując, a jakiś astrofizyk bierze to na poważnie. Żaden to Donnie Darko, choć z filmem swego czasu łączony był sam Richard Kelly, lubiący klimaty związane z końcem świata. Natomiast ostatecznie scenariusz trafił do rąk Alexa Proyasa, który choć dobre SF na koncie ma (Mroczne miasto), to jednak w tym wypadku sporo rzeczy wymknęło się spod jego kontroli (choć nie wiem, czy kiedykolwiek ją miał). Ale ukróćmy te narzekania. Na Zapowiedź lepiej się patrzy, niż ją rozumie, lepiej ona wygląda, niż przemawia. Scena, w której Cage spostrzega nadlatujący w kierunku ziemi samolot, który wkrótce po tym rozbija się w niedalekiej odległości od niego, to widowiskowa bomba. Z ekranową katastrofą poszła jednak w parze katastrofa jakościowa filmu.

Żyleta

W zasadzie, ten film nie pasuje do tego zestawienia, bo nie ratuje go jedna scena, ale kilka, szczególnie wszystkie te piękne one-linery płynące z ust Pameli Anderson. I Pamela sama w sobie jest dla niego ratunkiem. Generalnie za każdym razem, gdy aktorka pojawia się na ekranie i rzuca kolejny głupi tekst, uosabiając jednocześnie swą ekranową obecnością wszystko to, z czym kino teraz walczy, na czele z uprzedmiotowieniem kobiet – robi się gorąco. Bo ten film tylko na papierze jest pokazem kobiecej siły, tak naprawdę z tą koncepcją mocno ironizuje. Najlepszym tego przykładem jest scena strzelaniny, w której Żyleta chowa się za stołem, niezdarnie, acz z dużą gracją oddając strzały z pistoletu. Zakończenie tej sceny, czyli rzucenie w twarz przeciwnikowi „nie mów do mnie dziecinko”, trafia z metaforą zużytego patriarchatu znacznie lepiej niż kule tytułowej bohaterki.

Gamer

To jeden z tych filmów, który udaje adaptację gry komputerowej, choć nią nie jest. Akcja Gamera w sposób dosłowny odwołuje się do stylistyki ulubionej rozrywki współczesnych inceli, budując na graniu i korzyściach z tego płynących całą fabułę. W głównej roli Gerard „This is SPARTA” Butler, który po raz kolejny napina mięśnie i kopie tyłki. Jego starania wywołują jednak efekt znużenia miast zaangażowania, bo częstokroć można złapać się na tym, iż intryga filmu została wyjątkowo topornie zaprezentowana. No, może poza jedną sceną, w której, nie powiem, zostałem zaskoczony pozytywną energią. Mam na myśli ten niepokojąco pokraczny taniec Michaela C. Halla, który grając w Gamerze antagonistę, na lata przed wejściem w buty Dextera zdradził nam, że ma w sobie coś demonicznego. Podczas tego tańca rzecz jasna Gerard Butler kopie tyłki, ale jest to kopanina ujęta w oryginalnych okolicznościach i dobrze zaaranżowana. O filmie się po latach nie pamięta, tak jak pamięta się tę jedną scenę.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA